Najpopularniejszy w Polsce portal o finansach i biznesie

PILNE:
Dane GUS o PKB. Spowolnienie w gospodarce

To będzie sądny rok dla budowlanki. Przed nami fala bankructw. Od katastrofy dzieli nas 10 mld zł

To będzie sądny rok dla budowlanki. Przed nami fala bankructw. Od katastrofy dzieli nas 10 mld zł

Bankructwa mogą spowodować, że firmy zaczną porzucać place budów. Fot. Jacek Bereźnicki
Bankructwa mogą spowodować, że firmy zaczną porzucać place budów.

- Scenariusze są dwa: albo rząd dopłaci do realizowanych zamówień publicznych, albo dojdzie do fali bankructwa w budowlance - mówi money.pl Rafał Bałdys-Rembowski, wiceprezes PZPB. Trudno o gorszy czas na załamanie na rynku, bo startują w Polsce kluczowe inwestycje drogowe i kolejowe.

Jak już pisaliśmy w money.pl, tylko w 2018 r. Generalna Dyrekcja Dróg Krajowych i Autostrad planuje oddać około 330 km nowych tras. Drogi budowane są na terenie kilku województw. Ponadto zgodnie z zatwierdzonym jeszcze w zeszłym roku planem Ministerstwo Infrastruktury zaplanowało jednoczesne inwestycje na 16 odcinkach dróg krajowych.

Ten budowlany rozmach widzą też gołym okiem kierowcy wakacyjnie przemierzający teraz Polskę. Trzeba się dobrze postarać, żeby na swojej drodze nie spotkać nowo budowanych lub wyremontowanych tras.

Prezes Skanska przekonuje, że firma nie jest uzależniona od unijnych pieniędzy i dużych projektów


 

Nie mniej dzieje się też na kolei. PKP PLK realizuje bezprecedensowy, ogólnokrajowy program inwestycyjny. Dzięki niemu pasażerowie otrzymają zmodernizowane, komfortowe dworce, a także, w wyniku remontów linii kolejowych, skróci się czas podróży pociągiem. Na razie jednak częściej ten czas się wydłuża, bo ciągle zmieniają się trasy pociągów. Na przykład realizowane w Małopolsce na niespotykaną, jak dotąd, skalę inwestycje za ponad 4 mld zł totalnie powywracały do góry nogami rozkłady.

Najgorsze przed nami

Rzecz jednak w tym, że prace na wyżej wymienionych placach budów mogą całkowicie stanąć, bo nie będzie komu tego modernizowania kraju pociągnąć. Wszystko dlatego, że w ocenie Polskiego Związku Pracodawców Budownictwa tak naprawdę najtrudniejszy okres dopiero przed nami. Inwestycje infrastrukturalne w naszym kraju wchodzą w kluczowa fazę realizacji. Po okresie projektowania wykonawcy dróg i kolei rozwijają fronty robót.

- Przed nami wielkie wyzwania, jak realizacja Krajowego Programu Kolejowego, dokończenie programu budowy dróg, dokończenie budowy zbiornika retencyjnego w Raciborzu oraz inne ważne inwestycje w ochronie środowiska i infrastrukturze portowej - mówi wiceprezes Polskiego Związku Pracodawców Budownictwa.

Jakby tego było mało, ciągle jeszcze utrzymuje się na wysokim poziomie popyt na mieszkania i inwestycje komercyjne.

Te czynniki tłumaczą szczyt zapotrzebowania w budowlance na ludzi, materiały, surowce, przewozy, kruszywa. Słowem wszystko, co potrzebne jest do realizacji inwestycji.

- Ten szczyt zaczął się w drugim kwartale tego roku i może potrwać nawet do końca 2020 r. Zatem przed nami kluczowe lata, które zweryfikują faktyczny potencjał branży i otoczenia biznesowego. Okaże się, ile zamówień budowlanka jest w stanie dźwignąć i kto ten gorący czas przetrzyma finansowo i organizacyjnie - mówi Bałdys-Rembowski.

Upadłości będzie więcej i więcej

Niestety te wyzwania niebezpiecznie zbiegają się w czasie ze słabą już kondycją branży. Bardzo dobrze widać to w raporcie firmy Coface, która ubezpiecza należności krajowe i eksportowe.

W jej najnowszym dokumencie ”Upadłości i restrukturyzacje firm w Polsce w I półroczu 2018 roku” oceniono, że liczba upadłości w branży budowlanej rośnie. "Coraz więcej firm boryka się z rosnącym zadłużeniem - zarówno ze względów kosztowych, jak i z powodu zatorów płatniczych. W najbliższych kwartałach można się spodziewać wzrostu dynamiki upadłości w tym sektorze” - czytamy.

Co więcej, jak zaznacza Bałdys-Rembowski, problemom z płynnością towarzyszy też stały wzrost liczby firm, które wchodzą w postępowanie upadłościowe lub naprawcze.

- Trend jest niepokojąco oczywisty, co biorąc pod uwagę rosnący stale katalog problemów, może rodzić obawy o przyszłą kondycję sektora, realizację publicznych inwestycji i wykorzystanie unijnych środków. Przewidzieliśmy to już w zeszłym roku, ale mimo rozmów w resorcie i ostrzeżeń, nie podjęto praktycznych działań - mówi wiceprezes PZPB.

Jakby tego było mało...

To też jeszcze nie wszystko, co może uderzyć w budowlankę. Inną kategorię przewlekłego bólu głowy dla budowlańców funduje split payment (czyli metoda podzielonej płatności), którym zgodnie z zapowiedziami będą płaciły m.in. GDDKiA i PKP PLK.

Jak już pisaliśmy w money.pl, do tej pory wykonawca mógł zarządzać dowolnie całą kwotą brutto, którą przelał mu inwestor. Mógł za jej pomocą realizować różne zobowiązania, co oznacza, że VAT-em ze sprzedaży mógł finansować np. wynagrodzenia. Teraz kwotę podatku VAT otrzymuje na oddzielne konto, co powoduje, że te pieniądze są praktycznie zamrożone i to nierzadko przez całe 60 dni, bo tyle czasu na zwrot będzie ma skarbówka.

Zatem problemy z płynnością finansową całego sektora przez to rozwiązanie mogą się znacząco nasilić. Tym bardziej, że dotyczy do publicznych zamówień, a państwo to dla budowlanki szczególny klient.

- Z prywatnymi inwestorami firmy zawsze sobie lepiej radzą. Tutaj łatwiej się wykonawcom dogadać z inwestorem, mają wspólny cel, którym jest dokończenie budowy w jak najszybszym czasie i z budżetem, na który strony są w stanie się zgodzić. Inaczej jest z inwestorem publicznym. W tym przypadku umowy zabraniają stosowanie zdrowego rozsądku - ironizuje Rafał Bałdys-Rembowski.

Brakuje 10 mld zł

Tymczasem do zawartych już kontraktów publicznych z ostatnich dwóch lat trzeba, jak szacuje PZPB, dołożyć co najmniej 10 mld zł, żeby nie pogrążyło to finansów wykonawców i nie pociągnęło w dół całej branży. Branży, która generuje, wraz z powiązanymi sektorami, blisko 13 proc. PKB

Jeżeli zatem inwestorzy publiczni, nie będą chcieli urealnić kosztów budów, które przecież ciągle rosną, w szybkim czasie dojdziemy do krytycznego momentu.

- Przed nami podobne dramaty, jakie obserwowaliśmy w 2012 i 2013 roku. Przed nami seria upadłości, plajty dużych i małych, bankructwa większych graczy i mikroprzedsiębiorców. Scenariusze są tylko dwa: albo rząd dopłaci do już realizowanych zamówień publicznych, albo dojdzie do fali bankructw w budowlance - mówi wiceprezes PZPB.

W tym miejscu można jednak postawić pytanie, dlaczego teraz z państwowej kasy trzeba dopompowywać rozstrzygnięte już kontrakty i rozpoczęte inwestycje. Przecież biznes oznacza ryzyko i zgłaszając się do przetargu, firmy powinny zdawać sobie sprawę z tego, że koszty są zmienne.

Warto jednak pamiętać, że wypowiadanie kontraktu nikomu nie służy, dla firmy zejście z placu budowy zawsze jest wariantem ostatecznym. Ponadto wycofanie się wykonawcy oznacza dodatkowe koszty dla inwestora. W tym przypadku dla nas wszystkich, bo przecież to spółki Skarbu Państwa.

- Zerwanie kontraktu oznaczałby konieczność rozpisania nowego przetargu z dużo większym budżetem. Trzeba by było zatem wydać dwa razy więcej. Oczywiście w przypadku zamówień publicznych trzeba dbać o finanse państwa i przestrzegać prawa w tym zakresie, ale nie można wyłączać myślenia, bo źle pojmowana troska o finanse publiczne może je w ostatecznym rachunku zrujnować - przekonuje Bałdys-Rembowski.

Rozmowy i spotkania

Sprawa nie jest prosta. Skoro koszty wystrzeliły pod niebiosa, ktoś musi za to zapłacić. Nie da się dokończyć realizacji kontraktów podpisywanych przed dwoma laty, kiedy ceny były niższe, według różnych szacunków, nawet 20-30 proc.

Zapytaliśmy w resorcie infrastruktury, czy w ogóle rozważana jest waloryzacja już realizowanych kontraktów. Do czasu opublikowania tego artykułu nie otrzymaliśmy odpowiedzi.

Zdaniem naszego rozmówcy świadomość co do konieczności systemowego rozwiązania tego problemu „rodzi się po stronie rządowej”. - Zresztą to nie jest tak, że ministerstwo słyszy to tylko od nas. Sygnały z rynku są oczywiste. Bardzo wyraźnie widać to po ostatnich, nieudanych próbach rozstrzygnięć w kontraktach publicznych. Nie ma chętnych i odważnych do budowania za proponowane budżety i na warunkach umownych, które silnie uprzywilejowują zamawiającego - dodaje wiceprezes PZPB.

Dwa tygodnie temu doszło do spotykania przedstawicieli branży z ministrem i urzędnikami w Ministerstwie Infrastruktury. Rzecz jednak w tym, że systemowe rozwiązanie tego problemu, według oceny PZPB, nie jest w mocy jednego resortu.

- Po braku jakiejkolwiek odpowiedzi na nasze postulaty, wnosimy, że ich adresatem powinien być premier Morawiecki - konkluduje Bałdys-Rembowski. Zgodnie z tą sugestią nasze pytanie przesłaliśmy również do kancelarii szefa rządu. Czekamy na odpowiedź.

Masz newsa, zdjęcie lub filmik? Prześlij nam przez dziejesie.wp.pl


Czytaj także
Polecane galerie
raz
2018-07-17 22:41
Firmy podniosły ceny o 30% a zleceniodawcy nie są na to przygotowani często do przetargu zgłasza się jedna firma z bardzo wysoką cena albo żadna.
123
2018-07-17 22:37
Stare pokolenie się kończy. Kiedyś pili i robili, teraz wielu już tylko pije. Młodych w budowlance mało bo cieżka praca. Bardziej ogarnięci wyjechali 10-15 lat temu. Teraz pełno ukrainców, bez nich stawki by poszły ostro w gorę. Nie jeden magister by poszedł na budowę jak by 5-6 tys do domu przyniósł. Myślę że rynek się sam wyreguluje. Najwyżej ceny domów ostro pójdą w górę...
Bolszewia
2018-07-17 22:35
Firmy trawnikowe masowo padają lub mają finansowe kłopoty trzymają się tylko te z nieuczciwej konkurencji mające dopłaty dla pracowników z grupą.
Pokaż wszystkie komentarze (153)