Wycinka drzew na własnej działce. Projekt tkwi w Sejmie. I budzi opory
W Sejmie od grudnia tkwi projekt zmian w ustawie o ochronie przyrody. Wprowadza on "milczącą zgodę" na wycinkę drzew na prywatnych działkach, jeśli urzędy zwlekają z decyzją. Organizacje ekologiczne alarmują, że rozwiązanie może uruchomić falę wycinek podobną do "lex Szyszko".
Projekt wyszedł z inicjatywy zespołu ds. deregulacji, który pracował przy premierze RP w 2025 roku. Komisje do Spraw Deregulacji oraz Samorządu Terytorialnego i Polityki Regionalnej wniosły w grudniu do Sejmu o uchwalenie projektu. Do tej pory projekt nie znalazł się jednak w wykazie dalszych prac całego Sejmu.
Zmiany dotyczą trybu usuwania drzew przez osoby fizyczne na prywatnych posesjach. Od początku budzą sprzeciwy przyrodników. Obecnie właściciel działki, który chce wyciąć drzewo, zgłasza ten zamiar w gminie. Wójt ma 21 dni na oględziny. Sprawy potrafią się jednak przeciągać, blokując ludziom wycinkę. W odpowiedzi projekt wprowadza mechanizm "milczącej zgody": jeśli w ciągu 60 dni gmina nie przeprowadzi oględzin i nie wniesie sprzeciwu, właściciel może wyciąć drzewo nie czekając na decyzję administracyjną.
Usunięcie drzewa będzie mogło nastąpić, jeżeli organ nie wniósł sprzeciwu w tym terminie (milcząca zgoda). Wprowadzenie 60-dniowego terminu jest uzasadnione ochroną interesów osób fizycznych, w przypadku o którym mowa w art. 83f ust. 1 pkt 3a ustawy z dnia 16 kwietnia 2004 r. o ochronie przyrody. Termin 60 dni został wypracowany w toku konsultacji ze stroną samorządową - uzasadnienie projektu w ocenie skutków regulacji (OSR)
Zaczynał od zbierania kamieni. Doszedł do setek milionów dolarów
Ekolodzy ostrzegali przed lawiną przyspieszonych wycinek i obchodzeniem prawa przez podmioty gospodarcze. - To nie żadna deregulacja, lecz pójście na rękę deweloperom czy innym dużym przedsiębiorcom - ocenił Radosław Ślusarczyk z Pracowni na rzecz Wszystkich Istot.
- Nie wiadomo nadal, jaki problem ma ta zmiana rozwiązać oprócz stwarzania pozoru, że coś ułatwiamy - dodał Paweł Pawlaczyk z Klubu Przyrodników, przewodniczący komisji w Państwowej Radzie Ochrony Przyrody. Zaznaczył, że skala wycinania drzew musi być tak duża jak przy "lex Szyszko", niemniej nowelizacji może "otworzyć nową ścieżkę do wycinek".
W projekcie zapisano mechanizm karencji: jeśli w ciągu pięciu lat od wycinki o pozwolenie na budowę wystąpi podmiot gospodarczy, ma zapłacić opłatę za usunięcie drzew. Krytycy uważają, że taki zapis nie wystarczy. Wskazują, że właściciele mogą "czyścić" działki z myślą o przyszłej sprzedaży i inwestycji po upływie karencji.
Ministerstwo Klimatu i Środowiska odpowiedziało, że projekt "ma charakter deregulacyjny i został przyjęty przez Radę Ministrów". Resort podkreśla, że wydłużony termin "milczącej zgody" ma dać urzędom czas na oględziny i weryfikację. Jednak i po stronie rządowej nie brakuje wątpliwości. - Uważam, że przyroda potrzebuje mądrej regulacji, a nie deregulacji - mówiła Małgorzata Tracz z KO. Dodała, że obecna inicjatywa, jeśli stanie się obowiązującym prawem, może oznaczać utratę realnej kontroli nad wycinkami.