Wyścig gigantów po Żabkę. Analityk zwraca uwagę na "przeciek"

Ponad 30 miliardów złotych, dwóch światowych rywali, tak w skrócie wyglądały kulisy przejęcia Żabki. Grzegorz Zalewski, analityk DM BOŚ, zwraca uwagę w "Biznes Klasie" na serię nietypowych transakcji na rynku kontraktów terminowych jeszcze przed ogłoszeniem wezwania.

Łukasz Kijek

Najpierw w mediach pojawiła się informacja o rozmowach z japońskim koncernem 7-Eleven, po czym negocjacje zerwano, a tydzień później pojawiła się już konkretna oferta kanadyjskiego funduszu, właściciela sieci Circle K. Zalewski zwraca uwagę, że przecieki o negocjacjach w ponad 50 procentach przypadków oznaczają, że transakcja nie dochodzi do skutku.

Analizując rynek kontraktów terminowych na akcje Żabki, Zalewski zauważył nietypową aktywność w czerwcu. - Jakieś instytucje dokonały ze sobą transakcji na 27 000 kontraktów. Po jednej stronie jest ktoś, kto kupił, po drugiej stronie ktoś, kto sprzedał - opisuje.

Co skłoniło Japończyków do wycofania się?

Zalewski przyznaje, że najbardziej intrygujący jest dla niego moment, w którym doszło do zerwania rozmów. Sprawa mogłaby się zakończyć na tym, gdyby tydzień później nie pojawiła się oferta Kanadyjczyków już z konkretną kwotą za wezwania i ceną za jedną akcję.

Analityk stawia też hipotezę, że sam przeciek o rozmowach z Japończykami mógł nie być przypadkowy. - Zacząłem się zastanawiać, na ile ta informacja o prowadzonych rozmowach z Japończykami by mogła być przeciekiem kontrolowanym, żeby wpłynąć na to, żeby podbić cenę na rynku, żeby w wezwaniu mogła być wyższa, żeby wynegocjować coś więcej od Kanadyjczyków - dodaje.

Fenomen sklepu na rogu

- Wiele osób, które 5, 10 lat temu mogłyby prognozować czy próbowałyby prognozować, czym będzie Żabka, czym będzie ta sieć sklepów, to w żaden sposób nie trafiłyby w ten fenomen, czyli że mamy na każdym rogu sklep, prawie 13000 sklepów, że te sklepy wcale nie są tanie - mówi analityk.

Jego zdaniem to, co kiedyś było "sklepem ostatniej szansy" czy miejscem, do którego szło się, gdy nie zdążyło się kupić czegoś w markecie czy dyskoncie, zmieniło swój charakter w momencie, gdy klientami Żabki zaczęli być młodzi ludzie.

- Ci młodzi, zwłaszcza w dużych miastach, w ogóle się tym nie przejmowali. Cena dla nich nie miała znaczenia. Miało znaczenie to, że jest lans, że jest fajnie - opisuje Zalewski, dodając, że sieć umiejętnie wykorzystywała też trendy influencerskie, jak słynne akcje z limitowanymi lodami.

Model franczyzowy, na którym zbudowany jest biznes, budzi jednak pytania o to, czy opłaca się prowadzenie punktów sąsiadujących ze sobą w odległości kilkudziesięciu metrów. Dane z raportu rocznego spółki pokazują, że średnia marża dla franczyzobiorcy wynosi 17 proc. Przejęcie Żabki przez kanadyjską grupę Alimentation Couche-Tard będzie największą z dotychczasowych transakcji gotówkowych M&A w Polsce. Jej wartość to prawie 33 mld zł.

Giełda bije kolejne rekordy. Analityk ostrzega

Przejęcie Żabki odbywa się w momencie, gdy polska giełda bije rekordy. Indeks Wig20 po raz pierwszy od 2007 r. przebił granicę 4000 punktów. Analityk porównuje obecny entuzjazm inwestorów do hossy internetowej z przełomu wieków, zwracając uwagę, że wielu nowych uczestników rynku zapomina o ryzyku. - To, że się skończą, to jesteśmy pewni. I to, że mnóstwo ludzi straci pieniądze, tego też jestem pewien - mówi wprost, przywołując przykład inwestorów z hossy internetowej, którzy na odrobienie strat rzędu 70 procent musieli czekać cztery lata.

Zalewski wskazuje też konkretny sygnał ostrzegawczy, który jego zdaniem może zapowiadać koniec hossy: rozdźwięk między świetnymi wynikami spółek a reakcją rynku. - I to już jest taki sygnał, że nerwowość jest ogromna. Palantir teraz opublikował świetne wyniki i po spadkach przez parę miesięcy wzrósł na jednej sesji 15 proc. To też nie jest zdrowe, no bo to przypomina Koreę, to co się działo na tamtym rynku - mówi analityk, nawiązując do gwałtownego załamania na giełdzie w Korei Południowej, napędzanego wcześniej kredytową dźwignią i spekulacją na spółkach półprzewodnikowych.

Zalewski dodaje, jaki impuls jego zdaniem może wywołać odwrócenie trendu: - Ja mam cały czas od wielu miesięcy takie przekonanie, że tym zapalnikiem ewentualnej bessy albo większej korekty będzie informacja o tym, że gdzieś czegoś nie ma - dodaje. Jako przykład przywołuje sytuacje z przeszłości, gdy okazywało się, że w bilansach spółek – jak Enron, WorldCom, czy funduszu Madoffa w 2007 r. – brakowało zadeklarowanych pieniędzy. Zwraca też uwagę na drobne, księgowe sygnały pojawiające się dziś, jak zmianę zasad amortyzacji przez Microsoft, która wpłynęła na to, że spółka pokazała większy zysk.

Wybrane dla Ciebie