Andriej Mielniczenko, jeden z najbogatszych obywateli Rosji, zaprezentował swoje stanowisko w obszernym eseju i wywiadzie dla magazynu "The Economist". Rozmowa z dziennikarzem Arkadijem Ostrowskim trwała łącznie blisko 60 godzin. Publikacja ta rzuca światło na nastroje, które panują wśród rosyjskich elit biznesowych po ponad dwóch latach od wybuchu pełnoskalowej wojny w Ukrainie.
Miliarder, którego majątek szacuje się na ponad 17 miliardów dolarów, po 24 lutego 2022 r. trafił na listy sankcyjne Unii Europejskiej oraz Stanów Zjednoczonych. W swoim tekście nakreślił cztery scenariusze dla powojennej przyszłości swojego kraju. Pierwszy z nich zakłada, że państwo po ewentualnej porażce trafi na peryferie świata zachodniego. Drugi wariant to całkowita zależność od Chin. Trzecia opcja przewiduje chaos i podział państwa, gdzie stawką będzie kontrola nad bronią atomową. Ostatni scenariusz to przekształcenie kraju w twierdzę bez jakiegokolwiek kontaktu ze światem zewnętrznym.
Biznesmen powiela w swojej publikacji narrację Kremla, według której wojna w Ukrainie to w rzeczywistości starcie z całym Zachodem. Mielniczenko apeluje o "cofnięcie się znad krawędzi przepaści" i sugeruje, aby światowe mocarstwa ponownie nauczyły się szanować wzajemnie swoją suwerenność. Jak przekonuje, rozliczenia i pytania o przyczyny obecnego kryzysu należy zostawić na czas po zakończeniu konfliktu. Słowa te padają w momencie, gdy zakłady przemysłowe oligarchy zasilają rosyjską machinę wojenną, produkując między innymi amoniak niezbędny do wytwarzania amunicji.
WIDEOPolska przegrywa stawkami. "We Francji i Niemczech płaci się lepiej"
Oligarchowie pod presją Kremla i sankcji
Wystąpienie Mielniczenki zbiega się w czasie z trudną sytuacją gospodarczą, w jakiej znalazła się Rosja, w tym z narastającym kryzysem paliwowym. Profesor Andriej Jakowlew, były prorektor Wyższej Szkoły Ekonomii w Moskwie, wskazuje na gwałtowny wzrost represji wobec elit. Władze w Moskwie wszczynają sprawy karne pod zarzutami korupcji, a majątki nieposłusznych przedsiębiorców trafiają w ręce państwa. Komunikat reżimu jest jasny: biznes musi wykazać pełne posłuszeństwo, bo w przeciwnym razie straci wszystko.
Agencja Bloomberg informuje z kolei o coraz większej skali ucieczki kapitału. Najbogatsi Rosjanie wyprowadzają z kraju dziesiątki miliardów dolarów. Używają do tego kryptowalut oraz systemów płatniczych w Kazachstanie, Armenii i Kirgistanie. Środki te trafiają następnie na rynki nieruchomości w Turcji, Monako czy na Cyprze, gdzie oligarchowie próbują zabezpieczyć resztki swoich fortun.
Brak oferty dla biznesu i wizja powrotu do normy
Zdaniem profesora Władimira Ponomariowa, byłego członka rosyjskiego rządu, artykuł w "The Economist" nie powstał na bezpośrednie polecenie Władimira Putina. Ekspert ocenia, że to inicjatywa samego środowiska oligarchów, którzy mają dość wojny i chcą powrotu do sytuacji sprzed inwazji. Ponomariow podkreśla jednak, że przed ewentualnym powrotem do normalnych relacji handlowych państwo rosyjskie musi przejść proces podobny do powojennej denazyfikacji Niemiec.
Z drugiej strony pojawiają się głosy o bierności państw zachodnich w kwestii rozbicia rosyjskich elit. Michaił Chodorkowski, dawny rosyjski oligarcha i były więzień polityczny, już wcześniej zwracał uwagę na brak jakiejkolwiek propozycji dla biznesmenów z otoczenia Putina. Według niego wielu z nich chętnie opuściłoby Rosję, ale Zachód nie określił jasnych warunków ani gwarancji bezpieczeństwa dla osób, które zdecydują się na taki krok. W efekcie część elit, zamiast otwarcie występować przeciwko władzy, wybiera zakulisowe działania. Przykładem jest Roman Abramowicz, który wielokrotnie pełnił rolę nieoficjalnego mediatora w rozmowach między Moskwą a Kijowem.