Baryłka ropy Brent kosztuje obecnie ponad 100 dolarów, a amerykański surowiec przekroczył barierę 90 dolarów. Serwis CNBC w swoim rynkowym biuletynie zwraca uwagę na szereg czynników geopolitycznych, które wpływają na obecne wyceny. Główne obawy inwestorów koncentrują się wokół napięć na Bliskim Wschodzie oraz potencjalnych zakłóceń w łańcuchach dostaw.
Kluczowym elementem rynkowej układanki pozostaje sytuacja w Iranie. Dziennikarze CNBC stawiają pytanie o konsekwencje ewentualnego całkowitego odcięcia irańskiej ropy od globalnego rynku. Taki scenariusz mógłby się zrealizować w przypadku uszkodzenia głównego węzła eksportowego na wyspie Chark lub strajku pracowników narodowego koncernu naftowego.
WIDEOZbudowała transportowe imperium. „Najgorsze dopiero przed nami” - Agnieszka Hipś w Biznes Klasie
Scenariusz braku irańskich baryłek na rynku
Eksperci branżowi nie mają złudzeń co do skutków takiego szoku podażowego. Eric Nuttall z firmy inwestycyjnej Ninepoint Partners uważa, że świat po prostu nie może sobie pozwolić na utratę 2,6 miliona baryłek irańskiej produkcji dziennie. Analityk argumentuje to faktem, że globalne zapasy lądowe znajdują się na historycznie niskich poziomach, a amerykańskie rezerwy strategiczne uległy znacznemu uszczupleniu.
Podobne zdanie prezentuje Kevin Book, który reprezentuje firmę badawczą Clearview Energy Partners. Według jego szacunków rynkowych, całkowite wyeliminowanie irańskiego surowca z globalnego obrotu podniesie ceny o minimum 5 dolarów na każdej baryłce. Z kolei Bob McNally z Rapidan Energy Group dodaje, że wstrzymanie produkcji doprowadzi do zatrzymania irańskich rafinerii i załamania tamtejszej gospodarki.
Niebezpieczeństwo na Morzu Czerwonym
Ryzyko dla dostaw nie ogranicza się tylko do cieśniny Ormuz. CNBC wskazuje na cieśninę Bab al-Mandab, która stanowi południowe wejście na Morze Czerwone. Ataki bojowników Huti w tym rejonie stwarzają bezpośrednie zagrożenie dla transportu około 4,5 miliona baryłek ropy dziennie, które płyną rurociągami z Arabii Saudyjskiej do portu Janbu.
Sytuację na bieżąco monitorują największe instytucje finansowe. Daan Struyven z banku Goldman Sachs prognozuje, że w czwartym kwartale cena ropy Brent może wzrosnąć powyżej 120 dolarów. Warunkiem realizacji tego scenariusza jest utrzymanie zakłóceń w transporcie przez cieśninę Ormuz. Przedstawiciel banku zaznacza jednak, że słaby popyt na ropę w Chinach stanowi czynnik, który częściowo hamuje drastyczne wzrosty cen.
Równolegle na rynku energetycznym zachodzą istotne zmiany kapitałowe. Amerykańskie przedsiębiorstwa planują zainwestować 60 miliardów dolarów w projekty na terenie Iraku. W rozmowach o odbudowie infrastruktury i przejęciach udziałów w polach naftowych uczestniczą giganci tacy jak Chevron oraz ConocoPhillips. Ten drugi podmiot planuje nabyć 42 procent udziałów w jednym z dużych irackich złóż wspólnie z koncernem BP.
Uderzenia w rosyjskie rafinerie
Uwagę analityków przykuwa również sytuacja w Europie Wschodniej. CNBC relacjonuje, że ukraińskie ataki skutecznie wyłączyły z użytku część rosyjskich rafinerii. W efekcie Moskwa musi sprzedawać surową, nieprzetworzoną ropę na otwartym rynku. Eksperci rynkowi oceniają, że ten nadmiar surowca paradoksalnie powstrzymuje globalne ceny przed jeszcze większymi wzrostami.
Mimo drogiej ropy i paliw, światowe giełdy nie reagują paniką. Autorzy raportu CNBC tłumaczą to zjawisko ogromnymi nakładami finansowymi na rozwój sztucznej inteligencji, które skutecznie napędzają całą gospodarkę. Dodatkowo amerykańscy konsumenci nie rezygnują z planów wyjazdowych, a popyt na podróże pozostaje wysoki bez względu na koszty tankowania pojazdów.