400 euro za taksówkę i zamknięte drzwi samolotu. Koszmar Polek na Sycylii

Zapłaciły 400 euro za taksówkę, przejechały 230 km w środku nocy, a na pokład i tak ich nie wpuszczono. Rodzina z Trójmiasta wracała z Sycylii pięć dni dłużej, niż planowała. Wizz Air odmówił zwrotu kosztów, twierdząc, że lot nie został przekierowany - opisuje "Gazeta Wyborcza".

400 euro za taksówkę i zamknięte drzwi samolotu. Koszmar Polek na Sycylii (zdj. ilustracyjne)400 euro za taksówkę i zamknięte drzwi samolotu. Koszmar Polek na Sycylii (zdj. ilustracyjne)
Źródło zdjęć: © Getty Images | Artem Stepanov
Magda Żugier

Jak podaje "Gazeta Wyborcza", pani Natalia poleciała na Sycylię z mamą i córką. Były to pierwsze od lat wakacje organizowane samodzielnie, bez biura podróży i - jak podkreśla - ostatnie, o których chce pamiętać.

— Sycylia jest super, byłyśmy z mamą i córką zachwycone. A tu na koniec taki koszmar. Nie zapomnę tych wakacji do końca życia. Przez to, co nas spotkało, dziś nawet zdjęć nie chce mi się oglądać — opowiada.

Pierwsze odwołanie i bariera językowa

Powrót z Katanii do Gdańska zaplanowano na 8 sierpnia o godz. 22.35. Lot odwołano z powodu erupcji Etny i pyłu wulkanicznego.

Już wtedy pojawił się problem, który przewijał się przez kolejne dni — brak realnej pomocy ze strony przewoźnika. Jak relacjonuje czytelniczka, pracownicy lotniska w Katanii nie posługiwali się angielskim na tyle dobrze, by wyjaśnić sytuację. Gdyby nie znajoma mówiąca biegle po włosku, nie wiadomo, jak długo szukałaby informacji o powrocie do Polski.


WIDEO
Zegarek za 40 tys. euro. Gorąco wokół Piesiewicza. "Bardzo dziwne zachowanie"


Ostatecznie pracownica lotniska przebukowała bilety na 10 sierpnia, tym razem do Warszawy. Przewoźnik przekazał przy tym instrukcję: nocleg i wyżywienie pasażerki miały zorganizować sobie same, zachować wszystkie rachunki i dopiero potem wystąpić o zwrot. Pani Natalia zrobiła dokładnie to — zachowała rachunki, bilety i potwierdzenia płatności.

Zmiana lotniska w środku nocy

10 sierpnia rodzina wróciła na lotnisko w Katanii. Godzina odlotu zmieniała się kilkukrotnie: najpierw z 16.55 na 21.00, potem na 1.25 w nocy — mimo że lotnisko wydało komunikat o zawieszeniu ruchu do godz. 6 rano.

Na miejscu panował chaos, kolejne rejsy były odwoływane, a pasażerowie nie dostawali konkretnych informacji. Przełom nastąpił około 22.30, gdy przyszła wiadomość od przewoźnika: lot się odbędzie, ale wystartuje z Palermo.

Katanię dzieli od Palermo ponad 230 km, a przewoźnik poinformował, że nie zapewni transportu. Rodzina wraz z dwiema innymi pasażerkami zamówiła taksówkę za 400 euro i dotarła na miejsce około 1.50.

Samolot stał, ale nie wpuścili

Samolot wciąż był na płycie. Kobiety przeszły kontrolę bezpieczeństwa, ale na pokład ich nie wpuszczono.

— Próbowałyśmy rozmawiać, tłumaczyć, prosić, negocjować. Bez skutku. Została wezwana policja lotniskowa, która nakazała nam wrócić na terminal. Moja córka była przerażona, mama dostała ataku astmy, był tak silny, że myślałam, że za chwilę umrze — relacjonuje pani Natalia.

Nie były w tej sytuacji same. Na pokład nie dostało się około 250 innych pasażerów tego samego rejsu — według informacji, jakie otrzymali, weszło zaledwie około 10 osób.

Autobus do Rzymu i 1900 zł za bilety

Od tego momentu rodzina radziła sobie sama. Alternatywne loty były wyprzedane albo zbyt drogie, więc wybrały autobus do Rzymu za 150 euro. Wyjechały o 18, na miejscu były około 6.15 następnego dnia, a w stolicy Włoch musiały przeczekać kolejną dobę, bo bilety do Polski udało się kupić dopiero na 13 sierpnia.

Przelot z Rzymu do Gdańska kosztował je prawie 1900 zł. Decydowały się na ten wydatek w przekonaniu, że przewoźnik — zgodnie z tym, co obiecywał — zwróci poniesione koszty. Do kraju dotarły 13 sierpnia.

"Nie było żadnego przekierowania"

Zaraz po powrocie rodzina wysłała przewoźnikowi rachunki. Jak zaznacza pani Natalia, nie domagała się rekompensaty za utracone wynagrodzenie, choć przez opóźniony powrót nie stawiła się w pracy na dyżurze — chodziło wyłącznie o realnie poniesione koszty.

Odpowiedź była krótka. "Według naszego systemu nie było żadnego przekierowania lotu W4 1454. Zwrot kosztów opieki się nie należy" — napisał Wizz Air.

Ręce mi opadły. Mam wrażenie, że przewoźnik zwyczajnie robi z pasażerów idiotów, wysyłając wszystkim tę samą, automatyczną odpowiedź i licząc na to, że człowiek machnie ręką, odpuści i uzna, że nie warto walczyć. Ale nie odpuścimy — mówi czytelniczka, która ma dziś debet na karcie kredytowej.

Pozostaje ona w kontakcie z innymi pasażerami feralnego rejsu. Zapowiadają, że jeśli reklamacje nie zostaną rozpatrzone pozytywnie, skierują sprawę do sądu.

"Wyborcza" zapytała 20 sierpnia linie Wizz Air, dlaczego samolot z Palermo do Warszawy nie zabrał większości pasażerów oraz dlaczego odmówiono im zwrotu kosztów. Do momentu publikacji redakcja nie otrzymała odpowiedzi.

Wybrane dla Ciebie