Trwa ładowanie...

Notowania

Przejdź na
stany zjednoczone
03.07.2020 16:14

Amerykański sen - czas na pobudkę [OPINIA]

Nawet najbardziej bujna wyobraźnia nie wymyśliłaby tak niespokojnego tła tegorocznych obchodów 4 lipca - pisze Julia Chatterley.

Podziel się
Dodaj komentarz
Julia Chatterley, CNN

Tygodnie protestów, zaciekła debata na temat amerykańskich symboli i obecne kontrowersje wokół radzenia sobie z kryzysem COVID-19 w całym kraju sprawiają, że w trakcie obchodów Dnia Niepodległości w USA naród jest skonfliktowany. Ameryka jako "miasto na wzgórzu", najbogatszy naród na świecie, musi zmierzyć się z ogromnymi nierównościami powstałymi pod usianą gwiazdami flagą USA.

Już przed pandemią, niestabilność gospodarcza kraju była wyraźna. Szacuje się, że aż 63 proc. amerykańskich gospodarstw domowych nie było w stanie pokryć czeku o wartości 500 dolarów. Poziom zadłużenia gospodarstw domowych był niepokojący już od pewnego czasu; według badań Institute of Policy Studies z 2017 roku, blisko co piąte amerykańskie gospodarstwo domowe miało zerową lub ujemną wartość netto. Nie ma powodu sądzić, że ostatnio uległo to znacznej poprawie.

Tymczasem nierówności dochodowe nigdy nie były większe. Nierówny podział bogactwa w kraju uwydatnia, że "dolne" 50 proc. Amerykanów ma tylko 1 proc. bogactwa narodowego, podczas gdy "górne" 10 proc. ma 70 proc.

Obejrzyj także: Jak wyglądają wakacje w epidemii? Dobre wieści dla turystów

Według analiz Pew Research Center z początku 2020 roku gospodarstwa domowe o wyższych dochodach odnotowują wzrost, podczas gdy klasa średnia wciąż się kurczy. Łączny majątek trafiający do rodzin o wyższych dochodach wzrósł z 60 proc. do 79 proc. między 1983 a 2016 r., podczas gdy udział rodzin o średnich dochodach zmalał prawie o połowę, z 32 proc. do 17 proc. W przypadku rodzin o niższych dochodach ich udział w dochodzie spadł z 7 proc. do zaledwie 4 proc. Co czwarte dziecko rodzi się poniżej granicy ubóstwa.

Administracja Trumpa może pochwalić się rekordowym poziomem zatrudnienia przed pandemią, ale równocześnie maskowało to inny problem: jakość pracy. Prawie połowa amerykańskiej siły roboczej jest zatrudniona na niskich stanowiskach, ze średnim rocznym wynagrodzeniem poniżej 20 000 dolarów. Ponad 70 proc. Amerykanów żyje od wypłaty do wypłaty.

Podobnie wzrost płac nie dotrzymał kroku podstawowym wydatkom. Koszty utrzymania mieszkania wzrosły astronomicznie w ciągu ostatnich 20 lat wraz z innymi wydatkami, takimi jak opieka zdrowotna czy edukacja. Wspomniane kwestie w tym okresie pochłaniały więc wynagrodzenie w całości.

Nierówności ekonomiczne występują nie tylko w USA, ale są sprzeczne z pojęciem amerykańskiego snu. Raport Światowego Forum Ekonomicznego: "Global Social Mobility Report" z tego roku sklasyfikował 82 państwa według pięciu kryteriów: edukacji, opieki zdrowotnej, dostępu do technologii, bezpieczeństwa socjalnego i warunków pracy. Stany Zjednoczone zajęły 27. miejsce. Co stało się z tym krajem możliwości?

Moim zdaniem Ameryka wygrywa nagrodę za najbardziej radykalną formę kapitalizmu – najlepsi uczestnicy rozwijają się z powodzeniem, podczas gdy najsłabsi zostają w tyle. Ściśle związany z zatrudnieniem system opieki zdrowotnej, kosztowny system edukacji, przyzwolenie na pracę bez umów i świadczeń, korporacyjny nacisk na maksymalizację zysków – to wszystko stoi na przeszkodzie zniwelowania przepaści pomiędzy tymi, którzy mają więcej, a tymi, którzy nie mają nic.

Co gorsza, pandemia bezwzględnie ujawniła kruchość amerykańskiego systemu. 85 proc. Amerykanów jest zatrudnionych przez MŚP (małe i średnie przedsiębiorstwa). A mechanizm wsparcia, z którego takie firmy korzystały, aby uzyskać dostęp do pieniędzy i tym samym zatrzymać pracowników, od zawsze stanowił wyzwanie. Pod koniec maja ponad 29 milionów Amerykanów pobierało zasiłki dla bezrobotnych. BLS (Biuro Statystyki Pracy) odnotowało stopę bezrobocia na poziomie 13,3 proc., a wśród młodzieży wynosiła ponad 25 proc..

Protesty Black Lives Matter podkreślają, że nierówności majątkowe mają również wymiar rasowy. Badania pokazują, że dochody białych amerykańskich rodzin znacznie przewyższają te uzyskiwane przez gospodarstwa domowe czarnoskórych – ci zarabiają mniej niż 60 proc. wartości pensji białych obywateli. Gospodarstwa domowe Afroamerykanów są bardziej zależne od miejsc pracy o niższych zarobkach i mają mniejszy dostęp do jakościowo dobrej edukacji. Co więcej, czarnoskórzy mężczyźni w USA częściej trafiają do zakładów karnych, co jednocześnie wpływa na pogłębienie problemów gospodarczych.

Wyzwania ekonomiczne nie ograniczają się jedynie do społeczności Afroamerykanów. Tak naprawdę, grupą o największej dysproporcji zarobkowej są Amerykanie pochodzenia azjatyckiego. Jak niedawno zauważył John Hope Bryant, założyciel oraz prezes organizacji non-profit Operation HOPE, w rzeczywistości to biali Amerykanie są największymi beneficjentami płatności transferowych, do których zalicza się m.in. świadczenia opieki społecznej.

Bryant w trakcie naszej rozmowy zilustrował tę kwestię następująco: "Nieustannie powtarzam, że nie chodzi o kolory czarny czy biały – tak jak w przypadku rasy, albo czerwony czy niebieski – w kontekście partii politycznej. Chodzi o kolor zielony, którego każdy z nas chce mieć jak najwięcej".

Jednym z celów fundacji HOPE jest zwiększenie integracji finansowej w Ameryce. Organizacja zapewnia bezpłatne doradztwo młodym ludziom o niskich i umiarkowanych dochodach, pomagając im w rozwoju działalności gospodarczych, podnoszeniu zdolności kredytowych, a nawet kupnie domów i mieszkań. Bryant jest zdania, że odpowiedzią na marazm, który utrzymuje się w społeczeństwie, jest wdrożenie czegoś na wzór planu Marshalla, tylko skierowanego do osób, które w kraju zarabiają najmniej. A zaczyna się on – jak mówi przedsiębiorca – od edukacji.

"Nie można mieć narodu światowej klasy, jeśli społeczeństwo ma średnie wykształcenie – to się nigdy nie uda. A połowa tego kraju (USA – red.) ma właśnie wykształcenie na tym poziomie. Nic dziwnego, że pojawiają się uprzedzenia, rasizm i ignorancja" – powiedział Bryant.

Jego plan koncentruje się na uldze podatkowej od dochodu uzyskanego z tytułu pracy (EITC): "Ciężko pracujesz, przestrzegasz zasad, postępujesz właściwie – wówczas twoja roczna płaca wzrasta o 20 proc. To ogranicza biedę, a osoby o takim statusie czyni klasą robotniczą. Klasę robotniczą zmienia w robotniczą klasę średnią. Natomiast klasę średnią w prawdziwą klasę średnią".

To, jak podkreśla, wiązałoby się z obciążeniem wszystkich Amerykanów niewielką podwyżką podatków, przez co wzrosłyby wszystkie płace i zwiększyłyby się nakłady na edukację, w tym również na wiedzę o finansach. - Jak można być największą gospodarką na świecie i jednocześnie nie dawać ludziom możliwości czerpania z niej korzyści – zapytał.

Bryant nie jest samotny w takim podejściu, a jego pomysły nie muszą ograniczać się tylko do działań rządu. W ciągu ostatnich lat zauważalnym trendem stała się filantropia korporacyjna. Firmy wypełniają lukę pozostawioną przez zdekoncentrowanych prawodawców, którzy są pogrążeni w wewnętrznym sporze. Taką drogę obrała spółka Admiral Capital Group, która czerpie 10 proc. zysków ze swoich transakcji, inwestując je następnie w społeczności lokalne, przede wszystkim w edukację.

Jednak warto pamiętać, że rynki nie są w stanie rozwiązać tego typu problemów samodzielnie. Ponownie ujawnił to kryzys COVID-19 i jest to wina również poprzednich administracji, nie tylko obecnej. W zeszłym tygodniu profesor Stiglitz powiedział mi: "Mierząc się z kryzysem, zdaliśmy sobie sprawę, że potrzebujemy rządu. Rynki się tym nie zajmą – nie mogły nawet wyprodukować masek, testów i sprzętu ochronnego, których potrzebowaliśmy. 40 lat degradacji roli rządu poskutkowało tym, że byliśmy źle przygotowani".

Pandemia koronawirusa przyniosła kolejne wyzwania gospodarcze dla Ameryki. Jednym z niebezpiecznych skutków każdego kryzysu jest to, że firmy uczą się robić więcej za mniej, a rezultaty takich lekcji zazwyczaj utrzymują się w dłuższej perspektywie. Od marca przyspieszenie adaptacji technologicznych i innowacyjnych rozwiązań, takich jak praca w domu oraz automatyzacja, prawdopodobnie są największym zagrożeniem dla pracowników o niskich i średnich zarobkach. Dla osób sytuujących się w dolnej części drabiny dochodów lub bezrobotnych żadne z powyższych nie przynosi nic pozytywnego.

Pytania, które zadał Martin Luther King "Dokąd zmierzamy? Chaosu czy zjednoczenia?" wydają się nadal aktualne. W tym najbogatszym z narodów, biedni pozostają większością. A nawet ten najniższy szczebel drabiny dochodów dla wielu jest zbyt odległy.

American Dream opiera się na prostej idei: ciężko pracuj, wówczas twój sen się spełni. Jednak ta idea gdzieś się zagubiła, a kraj przesypia narastający kryzys. Podczas gdy świętujemy urodziny tego niezwykłego narodu, potrzeba przebudzenia Ameryki w tej alarmującej rzeczywistości jest pilna i konieczna.

Julia Chatterley, CNN

Program First Move z Julią Chatterley jest emitowany w CNN International w dni powszednie o 15.00 CET.

komentarze
+1
+1
ważne
smutne
ciekawe
irytujące
Napisz komentarz
04-07-2020

asdPrawidłowe obserwacje, nieprawidłowe wnioski. Więcej państwa i socjalizmu nigdy w historii nie przyczyniło się do poprawy sytuacji najbiedniejszych. … Czytaj całość

04-07-2020

GeraldAmeryka już nie taka jak na filmach? No cóż inaczej to się nie mogło skończyć dla tego kraju. Dziwi mnie jedynie postawa naszego Prezydenta który … Czytaj całość

04-07-2020

ArturSZAP przed rewolucją światopoglądową lat 60 XX wieku, była krajem pełnym sprzeczności, ba, wręcz niesprawiedliwości LECZ mechanizmy działania tamtego … Czytaj całość

Rozwiń komentarze (19)