Trwa ładowanie...

Notowania

Przejdź na

Dzięki minister Emilewicz o tym lokalu było głośno. Tarcza nie pomogła, ale właściciele się nie poddają

Nie pomogło zainteresowanie wicepremier. Popularna warszawska restauracja nie załapała się na pomoc z tarczy, więc jej właściciele zastosowali znaną wszystkim przedsiębiorcom zasadę "umiesz liczyć, licz na siebie". Restauracja nie zniknie, ale będzie działała na mniejszą skalę. "Czasem trzeba zrobić krok do tyłu, by pójść do przodu" – mówi jej współwłaścicielka.

Podziel się
Dodaj komentarz
Lokal Nabo w dotychczasowej formie nie będzie już istniał

"Zapraszam do Ministerstwa Rozwoju. Bez Nabo to nie Sadyba" – tak informację o tym, że popularna na Mokotowie restauracja może się zamknąć, na początku kwietnia skomentowała minister rozwoju Jadwiga Emilewicz. Jak się okazało, pani minister od czasu do czasu się w Nabo pokazywała, a ponadto smutno się jej zrobiło, gdy właściciele napisali, że decyzja o zamknięciu może być podyktowana "znikomą pomocą naszego państwa".

To zdjęcie zostało wykonane kilka dni po zamknięciu lokali. Właściciele NABO coraz mniej wierzą, że "wszystko będzie dobrze"
Minister Emilewicz chce ratować znaną kawiarnię. "To miłe, ale nie łapiemy się na tarczę"

Stan na drugi tydzień maja jest taki, że Nabo zawiesiło swoją działalność, straciło dotychczasowy lokal, ale będzie istniało w zmienionej formule. Wkrótce wystartuje w nowym, mniejszym lokalu i pod nowa nazwą - NABOku. Cudownym zbiegiem okoliczności okazało się, że firma znajdująca się w tym samym budynku poszukuje większej powierzchni, więc dokonano sprawnej zamiany. W obu lokalach trwają remonty. Nie zmieniło się natomiast to, że tarcza antykryzysowa okazała się dla państwa Eriksenów nieosiągalna.

- Jest taka zasada: jeśli umiesz liczyć, licz na siebie – mówi w rozmowie z money.pl pani Urszula Eriksen. – Zakasaliśmy rękawy i szukaliśmy formuły, która pozwoli nam na dalsze prowadzenie działalności.

Obejrzyj: III etap odmrażania gospodarki. Emilewicz: wytyczne dla restauracji i fryzjerów w tym tygodniu

Zadłużenie po zimie gastronomia spłaca wiosną

Restaurację prowadzą od ośmiu lat. Po komentarzach na Facebooku można odnieść wrażenie, że to coś więcej niż miejsce, w którym serwuje się śledzie na wzór duński. Nabo ma grono wiernych klientów, którzy z dużym entuzjazmem zareagowali na informację, że restauracja będzie dalej istniała. "Przyjdziemy na pewno, bo Nabo to ludzie z wielkim sercem" – napisał ktoś w komentarzu. Mając tak oddanych klientów, trudno nie zawalczyć o siebie.

Pani Urszula przyznaje, że kilka tygodni temu restauracja zawiesiła działalność i zwolniła wszystkich pracowników. Nie załapali się na pomoc z tarczy antykryzysowej, bo decyzję podejmowali na podstawie pierwszej ustawy o pomocy małym przedsiębiorcom i niestety nie spełniali dwóch kryteriów: zatrudniali powyżej 9 osób i posiadali zaległość w składkach ZUS. Pani Urszula przekonuje, że rzadko która firma działająca w gastronomii nie ma żadnych zaległych zobowiązań po zimie, która jest dla branży najgorszą porą. Nie ma żalu o sam wymóg "czystej karty", ale o to, że ustawa nie dała firmom szans, by naprawiły swój błąd.

Te warszawskie hotele, które zdecydowały się otworzyć, świecą pustkami.
Hotele w Warszawie otwarte, ale puste. "Jest naprawdę źle"

- Można to było rozwiązać inaczej: uprzedzić, jakie będą wymogi i dać firmom czas na spłatę zaległości i uruchomić pomoc już po tym, jak uregulują długi. Przedsiębiorcy spod ziemi wyciągnęliby pieniądze, byle tylko móc skorzystać z pomocy – uważa. – Zyskałby ZUS, bo otrzymałby zaległe pieniądze i zyskaliby przedsiębiorcy. A tak musiałam zwolnić ludzi, którzy poszli po zasiłki, więc finalnie i tak obciążyli państwo.

Właścicielka nie żałuje jednak tych decyzji. Przyznaje, że znajomi restauratorzy do dziś nie dostali nawet potwierdzenia, że ich wniosek został przyjęty, o pieniądzach nie wspominając.

- Są w trudnej sytuacji. Zadłużenie rośnie, pracownicy nie dostają pieniędzy. Część łata dziury sprzedażą na wynos, ale to nie są pieniądze, które pozwalają pokryć wszystkie koszty. Te firmy nie wychodzą nawet na swoje. Niektórzy dogadali się z wynajmującymi lokal w sprawie obniżki czynszu, inni nie mieli tyle szczęścia. Każdy sobie radzi jak może – mówi.

Pani Urszula ma żal do rządu o to, że decyzję o zamknięciu lokali ogłosił w ostatniej chwili: w piątek wieczorem poinformował, że od soboty wszystkie restauracje mają być zamknięte.

- Z reguły restauracje towarują się na weekend w piątek rano. Zostaliśmy więc wszyscy z ogromną ilością jedzenia, którego nie mieliśmy jak sprzedać. Co mogliśmy, zamroziliśmy, resztę rozdaliśmy, ale już na starcie wiele restauracji było o kilka, czasem kilkanaście tysięcy złotych w plecy.

Złudne bezpieczeństwo umowy o pracę

Zmiana lokalu na mniejszy to niejedyny pomysł, na który zdecydowali się właściciele Nabo. Wkrótce na nowo zatrudnią połowę zwolnionych niedawno pracowników, ale już nie na umowy o pracę.

- Cała ta sytuacja pokazała, że najlepiej obronili się ci, którzy mieli działalność gospodarczą, bo dla nich państwo przygotowało najwięcej form pomocy. Chcieliśmy być uczciwi, więc do tej pory oferowaliśmy umowę o pracę. Tymczasem okazało się, że to się obróciło przeciwko pracownikom i nam – wyjaśnia swoją decyzję Urszula Eriksen.

Minister zdrowia Łukasz Szumowski
Odmrażanie gospodarki. "Nie ma decyzji o dwóch prędkościach luzowania obostrzeń"

Restauracje w świecie "po wirusie"

W nowym lokalu trwa remont, więc jeśli nawet okaże się, że restauracje będą otwarte od 18 maja, klienci najwcześniej pojawią się u nas w pierwszym tygodniu czerwca. Państwo Eriksen spodziewają się, że koronawirus zmieni sposób, w jaki ludzie będą "korzystać" z gastronomii.

- Gastronomia musi dostosować swoją ofertę do możliwości ludzi. Może się okazać, że klienci znacznie rzadziej będą mogli pozwolić sobie na wizytę w restauracji, bo z powodu pandemii stracili dochody. Nawet ci, którzy mają pieniądze, być może będą bardziej zwracać uwagę na to, co kupują – mówi.

Stąd zastanawia się nad zwiększeniem oferty sprzedaży w nowej formule: nie tylko gotowe dania, ale również przetwory czy domowy catering. Bacznie analizuje, co robią inni i co z tych pomysłów można wdrożyć w NABOku.

Nie ma żalu o to, że rezygnując z większego lokalu, musi ograniczyć skalę działalności. Najważniejsza jest płynność finansowa. Teraz bardziej będzie liczyła się nie skala biznesu i ryzykowne inwestycje, ale stabilny dochód i niepopadanie w długi. Czasem trzeba po prostu zrobić krok w tył, by móc pójść do przodu – wyjaśnia.

Z całej tej sytuacji wyciągnęła pewną lekcję i spodziewa się, że tak samo będą kalkulować inni przedsiębiorcy w branży.

- Bezpieczeństwo biznesu, a bezpieczny biznes to taki, który można utrzymać również w nieprzewidzianych okolicznościach, takich właśnie jak epidemia, stanie się ważniejsze niż jego skala. Musimy być bardziej kreatywni, rozwinąć sprzedaż on-line, zwiększyć ofertę o garmażerkę, przetwory, catering - mówi pani Urszula.

I dodaje: - Restauratorzy będą musieli brać pod uwagę, czy na pewno stać ich na duży lokal albo długie godziny otwarcia, czy lepiej skrócić czas pracy, by nie generować "pustych przebiegów". Właściciele nieruchomości, w których znajdują się lokale też być może będą musieli zweryfikować wysokość czynszów. Wszyscy jedziemy na jednym wózku i wszyscy będziemy musieli nauczyć się myśleć na nowo.

Masz newsa, zdjęcie lub filmik? Prześlij nam przez dziejesie.wp.pl

komentarze
+1
+1
ważne
smutne
ciekawe
irytujące
Napisz komentarz
11-05-2020

Apth"Przedsiębiorcy spod ziemi wyciągnęliby pieniądze, byle tylko móc skorzystać z pomocy" to mówi wszystko o tych "przedsiębiorcach". … Czytaj całość

11-05-2020

MorawieckichA no właśnie i o to wszystko się rozbija. Pomoc państwa jest dla uczciwych, płacących podatki i składki ZUS. Artykuł jest napisany w ciekawej … Czytaj całość

11-05-2020

Nepth"Przedsiębiorcy spod ziemi wyciągnęliby pieniądze, byle tylko móc skorzystać z pomocy" to mówi wszystko o tych "przedsiębiorcach". … Czytaj całość

Rozwiń komentarze (9)