Inwazja Putina wstrząsnęła energetyką. Tak budziła się Europa [OPINIA]
Po czterech latach wojny, na skutek sankcji rosyjska ropa coraz trudniej znajduje odbiorców, a to oznacza, że dyskonto cenowe musi być większe. Putin zarabia mniej, a jednocześnie na świecie ropy nie brakuje - pisze w opinii dla money.pl analityk rynków surowcowych Dawid Czopek.
Tekst powstał w ramach projektu WP Opinie. Przedstawiamy w nim zróżnicowane spojrzenia komentatorów i liderów opinii publicznej na kluczowe sprawy społeczne i polityczne.
Pamiętajmy, że gwałtowne wydarzenia jakie miały miejsce w 2022 roku, były poprzedzone okresem pandemii, który również miał duży wpływ na rynek surowcowo-energetyczny, a początek 2022 roku to okres, gdy dopiero wyszliśmy z części pandemiczny obostrzeń.
Wybuch wojny w Ukrainie. Tak zmieniała się rynek surowców
Stąd pewne odniesienia i porównania są bardziej właściwe w stosunku do roku 2019, czyli okresu przed pandemią, niż do czasu bezpośrednio poprzedzającego wybuch wojny.
Zełenski o "trwającej już III wojnie światowej". Ekspert się zgadza
Zacznijmy od gazu ziemnego.
Z punktu widzenia rynku, gaz był kluczowym surowcem dla zachowania bezpieczeństwa energetycznego w Europie. Unia Europejska zużywając rocznie ponad 400 mld m szesc. gazu w szczytowym 2019 roku sprowadziła z Rosji około połowę swojej konsumpcji.
W kolejnych latach, były to już mniejsze pozycje, ale jeszcze w 2021 roku Rosja sprzedała nam ponad 157 mld m szesc. gazu. Przy czym wtedy już powoli ograniczała swoją sprzedaż, nie pozwalając nam zapełnić magazynów, aby potem móc nas szantażować całkowitym odcięciem dostaw.
Wszystko to sprawiło, że cena gazu na referencyjnej dla naszego kontynentu giełdzie TTF wzrosła z poziomów nieprzekraczających 20 euro/MWh przed rokiem 2021, do poziomu ponad 300 euro/MWh w drugiej połowie 2022 roku.
Sytuacja stała się bardzo trudna. Europejskie rządy zaczęły wzywać do ograniczenia zużycia gazu, obawiając się, że w przypadku nadejścia surowej zimy, może go zabraknąć do ogrzewania mieszkań.
W kolejnym roku Unia sprowadziła, już tylko 46 mld m szesc. gazu z Rosji, a oszczędności w postaci ograniczenia o około 20 proc. konsumpcji gazu, znacznie poprawiły naszą sytuacje i wpłynęły na zmniejszenie cen paliwa.
Ale prawdziwym "gamechangerem" okazał się jednak gaz skroplony LNG.
Od jakiegoś czasu handel gazem skroplonym, był jednym z najszybciej rozwijających się części przemysłu surowcowo-energetycznego, ale dopiero rosyjska napaść na Ukrainę przyspieszyła decyzję o budowie terminali do rozładunku gazu skroplonego.
Rewolucja w handlu gazem
W tym czasie bardzo pomogły też tzw. FSRU, czyli pływające statki-terminale mające zdolności przyjmowania gazowców, magazynowania i regazyfikacji surowca, dzięki czemu możliwe jest przesłanie go do sieci gazociągów danego kraju. Co istotne, działanie to nie wymaga budowania wielkiego gazoportu, a jedynie infrastruktury do odbioru gazu z jednostki pływającej.
Od tego czasu w Europie zbudowano infrastrukturę, która pozwoliła zwiększyć możliwości odbioru gazu o ponad 100 mld metrów, co w dużej mierze zastąpiło import surowca z Rosji.
Co ważne - powstała także w USA, w pewnej części dzięki umowom z europejskimi odbiorcami - infrastruktura do wysyłania gazu. Do dziś występują pewne opóźnienia w jej oddaniu, a po drodze było sporo kontrowersji, jak choćby toczący się do dziś arbitraż Orlenu z amerykańskim dostawcą. Jednak świat handlu gazem w Europie zmienił się od tamtej pory na zawsze.
Trzeba też pamiętać, że w przeciwieństwie do transportu ropy naftowej, transport gazu LNG stanowi dzisiaj około połowy kosztów samego gazu (w przypadku ropy naftowej jest to mniej niż 5 proc.), a zatem skazuje Europę na brak konkurencyjności cenowej w stosunku np. do amerykańskich producentów wyrobów, dla których cena gazu stanowi istotny koszt wytworzenia.
Dzisiaj, cena gazu na europejskim rynku to około 30 euro z MWh - więcej niż przed wybuchem wojny, ale nieporównywalnie mniej niż w momencie kulminacji obaw o dostawy.
Kolejnym składnikiem rynku surowcowo-energetycznego, którego cena uległa znacznym zmianom po 24 lutego 2022 roku, była energia elektryczna. Ze względu na sposób kształtowania się cen prądu, a właściwie ich wyznaczania przez rynek, cena była wprost związana z ceną gazu.
Jak można się domyślać, również na rynku energii elektrycznej doszło do sporych zmian. Średnia cena na polskim rynku wzrosła z poziomu około 400 złotych za MWh, do poziomów przekraczających 1100 złotych/MWh, dla porównywalnych kontaktów na rok 2022 i 2023 (kontrakty te najczęściej zawierane są z rocznym wyprzedzeniem).
Ta skala wzrostów byłaby zabójcza dla przedsiębiorstw oraz gospodarstw domowych, stąd w praktycznie wszystkich państwach Unii stosowano osłony w postaci tarcz bądź mechanizmów dopłat, ale też warto pamiętać, że najczęściej za te rozwiązania płacili sami podatnicy.
Niektóre kraje wprowadziły także tzw. windfall tax, czyli podatek od nadmiernych dochodów, obciążając nim firmy energetyczne, które zaczęły zarabiać gigantyczne pieniądze dzięki temu, że cenę energii elektrycznej wyznaczano tak jakby w całości produkowana była z gazu, podczas gdy w rzeczywistości znaczna część energii wytwarzana była np. z OZE czy węgla brunatnego, których ceny nie uległy zmianie.
Skala zmian
Wraz z normalizacją ceny gazu, ceny energii elektrycznej wróciły do starych poziomów. Dzisiaj cena kontraktu rocznego, podobnego do opisywanych powyżej nieznacznie przekracza 400 złotych za MWh.
Od tego czasu kraje Unii wybudowały nowe źródła energii, przede wszystkim odnawialne. Zainstalowały magazyny energii i wybudowały nowe elektrownie gazowe. Część krajów zdecydowała się także na budowę bloków jądrowych, choć uczciwie trzeba przyznać, że te zobaczymy w Europie najwcześniej za kilkanaście lat.
Wreszcie dochodzimy do rynku ropy naftowej.
Zostawiam go na koniec, bo ten w moim pojęciu jest najbardziej międzynarodowy, tzn z wymienionych źródeł energii, ropę się najłatwiej się transportuje a jej ceny są najbardziej do siebie zbliżone, praktycznie każdym zakątku świata.
Oczywiście pierwsza reakcja na wybuch wojny była jednoznaczna, czyli wzrost cen z poziomów około 50 dolarów za baryłkę do ponad 130 dolarów.
Rosja odpowiadała za prawie 10 proc. światowego wydobycia ropy. Brak tego surowca po okresie bardzo niskich cen spowodowanych pandemią, a co za tym idzie znacznymi ograniczeniami inwestycyjnymi w nowe złoża, wzbudził strach na rynkach.
Na szczęście szybko, okazało się, że diabeł nie taki straszny. Rewolucja łupkowa w USA i zwiększenie wydobycia przez część krajów bardzo pomogły. Najbardziej jednak pomogła tzw flota cieni, czyli statki które szybko przekierowały rosyjską produkcję od dotychczasowych klientów do nowych odbiorców w Azji.
Po kilku miesiącach i zmianie całego łańcucha logistycznego, sytuacja powróciła do normy. Europa zaczęła kupować ropę w USA i krajach arabskich, które do tej pory dostarczały swoje produkty do Azji. Zarobili przede wszystkim właściciele tankowców, przewożący teraz ropę przez pół świata. My mieliśmy czyste sumienie, że nie tankujemy "ruskiej ropy".
Dzisiaj na skutek wprowadzanych sankcji, ropa ta coraz trudniej znajduje odbiorców, a to oznacza, że dyskonto cenowe musi być większe. Putin zarabia mniej, na świecie ropy nie brakuje, być może ma to sens.
Trochę nieoczekiwanym beneficjentem całej sytuacji okazały się rafinerie. Marże w tym skazanym przez wielu na zagładę biznesie wzrosły z poziomu kilku dolarów na baryłce do nawet ponad 40, w szczycie kryzysu.
Rosja o czym wielu zapomniało, była nie tylko dużym eksporterem ropy naftowej, ale także gotowych paliw do Europy czy USA, mocno inwestując w swój sektor rafineryjnych oraz zachęcając do tego firmy poprzez system podatkowy. Dzisiaj także tutaj sytuacja wraca do normy, choć ataki na rosyjskie rafinerie i embargo na ich ropę potrafią podnieść, w niektórych okresach, marzę rafineryjne z poziomu około 10 dolarów na baryłce do ponad 20.
Przez cztery lata od wybuchu wojny rynek surowcowo-energetyczny na pewno się zmienił, ale wbrew pozorom nie aż tak bardzo jak mogło się wydawać.
Największe zmiany zaszły na rynku gazu, gdzie terminale i statki LNG wykonały dla nas znakomitą robotę. Pozostałe rynki uległy mniejszej bądź większej ewolucji, która mam wrażenie i tak byłaby konieczna w związku ze zmianami jakie zaszły w świecie.
Rynek ropy bardziej się przeobraził, niż zmienił. Paliwo, które tankujemy do naszych samochodów w Polsce, najczęściej wyprodukowane jest z ropy pochodzącej z Arabii Saudyjskiej, USA lub z dna Morza Północnego. Za to odwiedzając niektóre duże azjatyckie kraje, pojazd którym się poruszamy, ma spore szanse być zasilany ropą, która przez lata przerabiana była w Płocku i Gdańsku.
Dawid Czopek, zarządzający Polaris FIZ