Najniższa krajowa niemal stanie w miejscu. Kto się cieszy? To chyba jasne [OPINIA]

Dlaczego rządzący zdecydowali się na tak wątłe podniesienie pensji minimalnej? Możemy zadać pytanie, w czyim interesie jest realne mrożenie najniższych płac. Odpowiedź zaczyna się na literę "p", a kończy na "rzedsiębiorców" – pisze w opinii dla money.pl Kamil Fejfer.

Najniższa krajowa niemal stanie w miejscu. Kto się cieszy? To chyba jasne [OPINIA]Najniższa krajowa niemal stanie w miejscu. Kto się cieszy? To chyba jasne [OPINIA]
Źródło zdjęć: © Adobe Stock | Marcin Tryc
Kamil Fejfer

Tekst powstał w ramach projektu WP Opinie. Przedstawiamy w nim zróżnicowane spojrzenia komentatorów i liderów opinii publicznej na kluczowe sprawy społeczne i polityczne.

W połowie września – jak co roku – rząd podjął ostateczną decyzję w sprawie wysokości płacy minimalnej. Od stycznia 2027 najniższa krajowa będzie wynosić 4950 zł brutto, a najniższa dopuszczalna godzinówka - 32,30 zł brutto. To bardzo licha podwyżka, która prawdopodobnie niemal w całości zostanie zjedzona przez inflację. Tymczasem właśnie ukazała się ciekawa analiza Polskiego Instytutu Ekonomicznego (o której więcej za chwilę), która pokazuje wpływ wzrostu polskiej płacy minimalnej na zatrudnienie oraz na płace. Co z niej wynika? Że nawet gwałtowne wzrosty wynagrodzeń nie spowodowały odpływu pracowników z rynku. Za to wyraźnie podnosiły ich płace.

Dlaczego więc rząd nie zdecydował się na bardziej zauważalny ruch w kierunku wyższych wynagrodzeń? Odpowiedzi mogą być dwie: albo nie wiedział, że minimalna nie przekłada się na zatrudnienie, albo silniej reprezentuje interesy biznesu niż ludzi najmniej zarabiających.

Propozycja płacy minimalnej na poziomie 4950 zł brutto pojawiła się na rządowych stronach już w połowie sierpnia. Procedura ustalania pensji wygląda następująco – do połowy czerwca każdego roku gabinet przedstawia propozycje najniższych wynagrodzeń na rok kolejny Radzie Dialogu Społecznego, gdzie negocjują strona związkowa i strona społeczna. Organizacje broniące interesu pracowników zaproponowały na przyszły rok płacę minimalną w wysokości 5200 zł brutto. Organizacje lobbujące za interesami pracodawców z kolei zaakceptowały propozycję 4950 zł. Strony jednak nie doszły do porozumienia. W takim wypadku to rząd (de facto obstawiając którąś ze wspomnianych flank) podejmuje decyzję.

W przyszłym roku najniższa krajowa będzie wyższa od obecnej nominalnie o 3 proc. To jeszcze nie znaczy, że realnie o tyle właśnie wzrosną dochody najmniej zarabiających; ważna bowiem jest korekta o inflację. A ta – według prognoz Komisji Europejskiej z maja bieżącego roku – w 2027 wyniesie 2,9 proc. De facto więc osoby otrzymujące minimalne wynagrodzenie nie uzyskają w zasadzie nic; ich płace będą stały w miejscu.

Ale to jeszcze nie koniec. Obecna płaca minimalna wzrosła względem roku 2025 również o około 3 proc. Tymczasem z uwagi na – delikatnie mówiąc – nierozsądną politykę Donalda Trumpa względem Iranu znów wzrosła globalna presja inflacyjna. Jej skutki widać już w odczytach tego wskaźnika – nie chodzi tylko o podwyżki na stacjach paliw, ale również o ceny na sklepowych półkach. Efekt drożejących paliw (przedsiębiorcy przewozowi nie skorzystali w ten sam sposób na programie CPN, co zwykli kierowcy) już rozlewa się po gospodarce. Rok może skończyć się ze skumulowaną inflacją przebijającą 3 proc. A to by oznaczało, że realna wartość płacy minimalnej spadnie.

W takim wypadku osoby najniżej opłacane będą mogły kupić za swoje pensje mniej niż w 2025 roku. Ilu osób dotyczą zmiany? Rząd szacuje, że chodzi o mniej więcej 1,6 mln pracowników.

Tak rosła płaca minimalna

Niektórzy mogą mówić, że to tak naprawdę dobre wiadomości, ponieważ podwyższanie płacy minimalnej "wyrzuca ludzi z pracy". I tu przechodzimy do analizy Jędrzeja Lubasińskiego i Pauli Kukołowicz z Polskiego Instytutu Ekonomicznego.

Przyjrzeli się oni temu, w jaki sposób podwyższanie najniższej krajowej wpłynęło na zatrudnienie oraz na wynagrodzenia. Ekonomiści wzięli pod lupę okres od 2012 do 2025 r. i analizowali wskaźniki na poziomie powiatów, zakładając, że jeżeli płaca minimalna wywołuje jakieś efekty na rynku, to powinny one być bardziej widoczne tam, gdzie najniższa wypłata najbardziej zbliżała się do regionalnej średniej pensji. Jasne jest, że minimalna krajowa stanowi inną część średniej pensji w Warszawie, a inną część w Łomży – minimalna krajowa jest w obu tych miejscach zaczepiona na tym samym poziomie, ale średnie pensje drastycznie od siebie się różnią.

Zanim przejdziemy do konkluzji, kilka bardzo interesujących faktów. W badanym okresie nominalny wzrost płacy minimalnej wyniósł aż 211 proc. W tym czasie średnia pensja podskoczyła o 138 proc. Oznacza to, że najniższa krajowa rosła szybciej niż przeciętne wynagrodzenie. Tym samym – przynajmniej na poziomie osób zatrudnionych na umowach o pracę – instrument zmniejszał nierówności dochodowe. Warto też dodać, że sam wzrost minimalnej podbija średnią.

To oczywiście nie znaczy, że osoby pracujące na najniższych dopuszczalnych wynagrodzeniach mogą sobie pozwolić na trzy razy więcej towarów i usług niż w 2012, część efektu zjadła bowiem inflacja. Realnie jednak wszyscy możemy kupić więcej niż ponad dekadę temu.

Dynamikę wzrostu płacy minimalnej widać w zmianie jej stosunku do średniej krajowej. W 2012 r. stanowiła ona 40 proc. przeciętnego wynagrodzenia. W zeszłym roku było to ponad 52 proc. (tym samym "przeskoczyła" wartość 50 proc. zalecaną w unijnej dyrektywie o sprawiedliwych wynagrodzeniach).

Polski Instytut Ekonomiczny dokonuje pewnego interesującego eksperymentu, odwołując się właśnie do kategorii proporcji płac. Zanim przejdziemy do jego wyników, powiedzmy, że w polskim prawie istnieje pewien algorytm, który decyduje o minimalnym wzroście najniższej krajowej. "Płaca minimalna każdorazowo jest podwyższana co najmniej o wskaźnik inflacji, a w przypadku, kiedy jej wartość spada poniżej 50 proc. przeciętnego wynagrodzenia – dodatkowo o 2/3 prognozowanego wzrostu PKB w kolejnym roku. Ma to na celu zapewnienie względnej zgodności pomiędzy wzrostem minimalnego wynagrodzenia w danym roku a wzrostem przeciętnego wynagrodzenia" – czytamy w opracowaniu.

Jak napisałem, przepisy określają najniższy możliwy wzrost płac. Ale nie wyznaczają one sufitu. W badanym czasie rządzący nieraz decydowali się na podwyżki ponad wyznaczone minimum. Do konkluzji: jeżeli byśmy podążali tylko najniższą możliwą ścieżką wyznaczoną ustawowo, to minimalna krajowa w 2025 roku sięgałaby zaledwie 36 proc. przeciętnego wynagrodzenia. W zeszłym roku oznaczałoby to 3200 zł brutto, a w tym około 3350 zł brutto (zamiast tego mamy ponad 4800 zł).

"Wzrost ten był przede wszystkim skutkiem podwyżek, które miały miejsce w latach 2009, 2020 oraz 2024–2025 – wartość podwyżek płacy minimalnej w tych latach znacznie wykraczała poza minimalny poziom przewidziany w ustawie" – czytamy w opracowaniu.

Innymi słowy, to decyzja polityczna wpłynęła na to, że ponad milion osób zarabia dzisiaj znacznie więcej. To oczywiście nie oznacza, że wszystkie płace można politycznie pompować. Ale oznacza, że niektóre (zwłaszcza najniższe) można regulować w taki sposób, żeby korzystały na tym osoby najbardziej na rynku wrażliwe – młodzi, dopiero zaczynający pracę, osoby z niskimi kwalifikacjami albo migranci.

Jak podwyżka pensji minimalnej wpłynęła na rynek pracy

No dobrze, to jak sprawa ma się z tym zatrudnieniem? Tutaj uwaga metodologiczna – z danych o "liczbie zatrudnionych" nie można od razu wywnioskować, jaka jest "liczba bezrobotnych". Tego ostatniego wskaźnika ekonomiści z PIE nie badali. Zatrudnieni to po prostu osoby pracujące. Jeżeli jednak wpływ płacy minimalnej by występował, to powinien być widoczny właśnie w liczbie zatrudnionych.

Nie zwlekajmy dłużej. "Według naszych oszacowań wzrost płacy minimalnej w latach 2013–2025 nie wpłynął na obniżenie poziomu zatrudnienia. Co istotne, wniosek ten dotyczy także powiatów o niższych poziomach wynagrodzeń, tj. tych, w których największa część populacji była objęta podwyżkami płacy minimalnej" – czytamy w analizie.

Jako że płaca minimalna nie wpłynęła na zatrudnienie, to musiała wpłynąć – pozytywnie – na pensje. I rzeczywiście tak się stało. Zwłaszcza w tych powiatach, gdzie płace były najniższe.

Dlaczego zatrudnienie nie spadło

A dlaczego właściwie efekt w postaci spadku zatrudnienia nie był widoczny? Kukołowicz i Lubasiński stawiają kilka hipotez. Po pierwsze, być może działa tu demografia. W bardzo wielu obszarach niska dzietność będzie nam sprawiała problem. Jednak jeśli chodzi o ochronę ludzi na rynku pracy, to działa ona in plus. Od lat więcej osób z rynku pracy przechodzi na emerytury, niż na niego wchodzi, co powoduje ciągłe "ssanie" na pracowników. A to podbija ich siłę negocjacyjną.

Druga hipoteza: rosnąca produktywność w gospodarce. Przedsiębiorstwa, wiedząc, że zbliża się kolejna podwyżka minimalnej, są przystosowane do tego, żeby zmieniać swoje biznesy w ten sposób, aby absorbować regulacje.

I trzecia – pieniądze brane "pod stołem". Wiemy, że niektórzy pracownicy, zwłaszcza ci zatrudnieni na najniższych płacach, część dochodów dostają w kopertach. Podwyżki minimalnej "zagarnęły" więc część pieniędzy wypłacanych "na szaro" do oficjalnego wynagrodzenia.

Mamy więc argumenty za tym, że podwyżka minimalnej działa dokładnie tak, jak powinna działać – podnosi pensje osób najmniej zarabiających. Jednocześnie nie ma ona dla tej właśnie grupy poważnych efektów ubocznych w postaci masowego spadku zatrudnienia.

Dlaczego więc rządzący zdecydowali się na tak wątłe podniesienie pensji? I tu wracamy do początku, możemy bowiem zadać pytanie, w czyim interesie jest realne mrożenie najniższych płac. Odpowiedź zaczyna się na literę "p", a kończy na "rzedsiębiorców".

Wybrane dla Ciebie