Trwa ładowanie...
Przejdź na
Paliwowa wizja Daniela Obajtka
Mateusz Ratajczak
Mateusz Ratajczak
|zmod.
WP magazyn

Paliwowa wizja Daniela Obajtka

(East News, Polska Press)

- Mam poczucie, że zrobiłem wszystko, żeby ceny paliw w Polsce były na najniższym możliwym poziomie - mówi w wywiadzie dla money.pl Daniel Obajtek. I sam rozwiewa wątpliwości, mówiąc, że cudotwórcą nie będzie. - Chce pan zapytać o to, czy dokonam cudu i paliwo będzie znów po 5 zł? - pyta. Prezes PKN Orlen wyjaśnia również, dlaczego paliwowa fuzja na polskim rynku powinna się wydarzyć.

Mateusz Ratajczak, Wirtualna Polska: Buduje pan koncern multi-energetyczny, czy realizuje multi-ambicje prezesa Daniela Obajtka?

Daniel Obajtek, prezes PKN Orlen: Można nic nie robić i wtedy pewnie nikt nie powie złego słowa.

To jak z tą ambicją?

W rozwoju PKN Orlen nie ma żadnych niezdrowych ambicji. Gdybyśmy chcieli kupować spółki na siłę, a później łączyć i mieszać według własnego uznania, to pewnie byłoby to możliwe. Tylko po co? Dla jakiej idei? W ramach jakiej strategii?

Strategii prezesa.

Budujemy taki koncern, z jakimi na co dzień konkurujemy w Europie. Nie inny. Dlatego PKN Orlen składa się już z Energi, będzie składał z Lotosu i PGNiG. Tylko taka firma ma szansę dalej się rozwijać i wzmacniać gospodarkę Polski. Ma szansę ją zabezpieczać. I to będzie koncern niebędący własnością Daniela Obajtka.

Nie zmienia to tego, że Daniel Obajtek może chcieć za wszelką cenę przejść do historii Orlenu.

Nie wciągnie mnie pan w taką dyskusję, bo nie mam ani ambicji, ani pokusy bycia historycznym prezesem, cokolwiek by to miało oznaczać. Jest wizja, jest wola działania i energia do pracy. Tak, czasami bywam uparty, ale…

…ale?

Idę do celu, który ma wyraźne i jasno określone ramy. Jeżeli okazuje się, że coś nie ma podstaw, na przykład biznesowych, to należy szukać innych rozwiązań. Przyznaję jednak, nie lubię, gdy ktoś staje mi na drodze - z niemerytorycznych pobudek.

Zobacz także: Niestabilny rynek paliw. "Te ceny zostaną z nami na dłużej"

Przejęcie Lotosu stanie się faktem…

… w ciągu najbliższych sześciu miesięcy – w zależności od tego, o jakich polach tej fuzji mówimy, bo będzie to nieustanny i długi proces. W kwestiach formalnych stanie się to oczywiście wcześniej, po spełnieniu licznych warunków dla tej transakcji, wymagań prawnych. Z kolei w kwestii możliwości realnego układania tego wspólnego biznesu, wyciągnięcia konkretnych synergii perspektywa jest dalsza.

I po co to wszystko?

Bo jestem przekonany, że takie działanie ma sens pod względem biznesu, bezpieczeństwa całej grupy oraz bezpieczeństwa energetycznego kraju. Dziś, na całym świecie, istnieją już duże, zdywersyfikowane koncerny. Rozbudowana grupa Orlen to ok. 250 miliardów złotych przychodu każdego roku, czyli ponad połowa budżetu Polski, a więcej niż wynoszą roczne dochody Słowacji.

Dzieje się to w chwili, gdy ceny paliw rozpalają Polaków. Ceny gazu i ogrzewania, rozpalają Polaków. Ceny prądu, już wie pan, co robią z Polakami. I wszystko to będzie pod jednym szyldem - Orlenu i prezesa Daniela Obajtka.

Sądzi pan, że nie damy rady?

Łatwo stać się twarzą drożyzny. Tym bardziej że mówimy o obszarach, które w ostatnich miesiącach są napędem inflacji, a mówiąc wprost, drenują kieszenie Polaków.

Jeżeli te segmenty biznesu pozostaną w Polsce rozdrobnione, to nie będziemy mieć żadnego potencjału negocjacyjnego – np. dla cen dostarczanych do Polski surowców. I mogę zagwarantować, że trudno będzie w takich warunkach mówić o tym, że ceny mogą w ogóle spaść. Bez tych ruchów nie będziemy mieć odpowiedniej siły inwestycyjnej. I nie będziemy mieć pieniędzy, by przeprowadzić Polskę przez konieczną – trudną i wymagającą – transformację energetyczną.

Jak nie mamy inwestycji, to nie mamy mocy technologicznych i znów zostajemy w tyle. Świat się zmienił i nadal nieustannie zmienia. Narodowe, wieloskładnikowe koncerny energetyczne nadają mu ton. Polska też musi mieć takiego silnego gracza.

Wiem, co pan sugeruje – że to jest nie tylko odpowiedzialność gospodarcza i biznesowa za prowadzoną spółkę, ale również odpowiedzialność polityczna. Owszem, czuję ją, akceptuję i nie boję się jej. Należę do tych, którzy patrzą dalekowzrocznie. Nie skupiam się na obrazkach z konferencji prasowych czy momentach podpisywania listów intencyjnych na kolejne inwestycje. Jeżeli będziemy uprawiać w energetyce ciągłą politykę, to nie zajedziemy daleko - ani w kraju, ani za granicą.

Politykę na energetyce to akurat uprawiały wszystkie rządy III RP, od lewej do prawej strony sceny politycznej.

Tylko trzeba mieć wizję, trzeba się jej trzymać i trzeba ją realizować. A nie tylko w kółko o niej pięknie opowiadać. Czasami jest tak, że ci, którzy coś zmieniają, są obrzucani błotem z każdej strony za kierunek, podjęte wybory i realizowane decyzje. Po latach ich praca bywa jednak doceniana. Bo przestawili firmę albo kraj na inne, jeszcze szybsze tory.

I na to pan liczy? Na docenienie?

Liczę na biznesowy sukces. Jeżeli nie przejdziemy transformacji w zakresie paliw, w zakresie całej krajowej energetyki, to nie będziemy konkurencyjni. Jak nie będziemy konkurencyjni, to stracimy motor napędowy gospodarki. Silny Orlen to silna gospodarka kraju. Silna gospodarka kraju to silny Orlen. To są światy ze sobą zespolone.

"Trzeba być wyjątkowym idiotą, by dziś sprzedaż części Lotosu ludziom powiązanym z Władimirem Putinem próbować usprawiedliwić zablokowaniem takiej sprzedaży 11 lat temu przez rząd premiera Donalda Tuska" - to poseł Borys Budka o wpisach Daniela Obajtka w mediach społecznościowych.

Niesamowita zdolność do odwracania kota ogonem…

Od?

Od tego, co samemu chciało się robić, jakie decyzje się podejmowało i w jakich warunkach. Nie chcę się skupiać na tym, jakiego słownictwa używa pan poseł, więc pozwolę sobie skupić się wyłącznie na argumentach.

To nie rząd Zjednoczonej Prawicy i nie prezes Daniel Obajtek 11 lat temu chcieli sprzedać cały Lotos zagranicznym, nawet rosyjskim, podmiotom. To właśnie rząd pana Donalda Tuska, to właśnie Aleksander Grad, minister w rządzie pana Donalda Tuska, informował o wąskiej liście podmiotów, z którymi prowadzone są rozmowy o sprzedaży 53 proc. akcji Lotosu, czyli sprzedaży pakietu kontrolnego. I są na to odpowiednie dokumenty, chociaż już same wypowiedzi tych polityków z tamtego czasu ich kompromitują.

Pan udostępnił dokument w mediach społecznościowych.

Ja go skomentowałem, ujawniły go media. Wart był pokazania. Tym bardziej że firmowały go osoby, które dzisiaj najgłośniej krytykują sposób przeprowadzenia tej transakcji. I niech dziś powiedzą, dlaczego na krótkiej liście podmiotów, którym mógł zostać sprzedany Lotos, znalazła się nie tylko firma z Węgier – MOL, ale też inne dwie – firma całkowicie rosyjska oraz firma powiązana z podmiotem rosyjskim? I mówimy o sprzedaży pakietu kontrolnego, czyli o oddaniu całej władzy nad firmą.

Wie pan, o czym świadczy ten dokument? To była planowana, całkowita sprzedaż Lotosu. To była całkowita dezinwestycja Lotosu. To był ruch, który oddawałby całą spółkę w obce ręce, oddawał całą rafinerię, infrastrukturę krytyczną. I to komu, i w jakim kierunku? Oczywiście, w kierunku rosyjskim. Nie mam wątpliwości, że podpisanie takiego dokumentu, że w ogóle planowanie sprzedaży całego biznesu Lotosu nosi znamiona działań przeciwko polskiej racji stanu. I byłoby zamachem na bezpieczeństwo energetyczne Polski.

Odpowiedzą: nie sprzedaliśmy, zmieniliśmy zdanie. Za to wy sprzedajecie, więc jest o czym rozmawiać.

A co zmienia fakt, że do tego nie doszło? Przecież te dokumenty pokazują, jakie było myślenie tej ekipy, jakie było rozumienie zagrożeń dla Polski, a w zasadzie jak ogromny był brak tego zrozumienia. I dziś zostaje im tylko udawanie, że tak nie było. Dziś zostaje tylko krzyk i politykowanie.

Trzeba powiedzieć coś jasno: nikt nie sprzedaje Lotosu. Nikt go nie oddaje w obce ręce. My łączymy potencjał Orlenu i Lotosu, dwóch największych spółek paliwowych w Polsce.

Przecież nawet po przeprowadzeniu transakcji zachowujemy pełną kontrolę nad rafinerią gdańską [należącą do Lotosu - red.]. 30 proc. udziałów kupi Saudi Aramco, firma o kapitalizacji większej niż Apple, która zaopatruje cały świat w ropę. I częścią tej transakcji jest właśnie zwiększenie dostaw do Polski i zabezpieczenie ich. I taki ruch sprawia, że Polska będzie istotnym graczem w regionie. A pozostałymi elementami tej umowy są badania i rozwój oraz inwestycje w petrochemię. Nie tracimy kontroli nad żadnym aktywem. Nie tracimy kontroli nad żadną częścią przedsiębiorstwa. Przyciągamy kapitał, wiedzę i bezpieczeństwo.

Jest jeszcze drugi element tej transakcji, czyli sprzedaż 417 stacji na rzecz węgierskiego MOL. Firmie z kraju, który ani głośno nie potępia rosyjskiej agresji, ani nie chce szybko rezygnować z rosyjskich surowców.

W 2011 roku węgierski MOL mógł być na krótkiej i nieprzejrzystej liście firm, którym można sprzedać Lotos, a dziś wymiana - bo tak to trzeba nazwać - części stacji paliw jest już koszmarnym błędem? Wtedy nie byli to ludzie Władimira Putina, a dzisiaj są? Przecież to są absurdy. W węgierskim MOL nie ma kapitału rosyjskiego i nie ma akcjonariuszy z Rosji. Transakcja jest objęta nadzorem odpowiednich służb.

MOL na polskim rynku nie jest ani zagrożeniem dla gospodarki Polski, ani nie jest zagrożeniem dla Orlenu.

MOL nie jest również tylnymi drzwiami, przez które wejdą Rosjanie? W końcu i Saudyjczycy, i Węgrzy mogą się w pewnym momencie rozmyślić, powiedzieć - sprzedajemy ten biznes. A dla Rosjan byłyby to bezcenne aktywa.

Transakcja jest pod tym kątem zabezpieczona.

Zatem wizja Daniela Obajtka nie będzie źródłem kłopotów energetycznych?

Nie.

Nie wpuści Rosjan tylnymi drzwiami?

Nie.

Wyjaśnijmy, dlaczego trzeba sprzedać część stacji. Z jednej strony, Komisja Europejska, badając transakcję i ewentualną koncentrację, sprawdzała właśnie sytuację na mikro-rynkach. I wymagana jest sprzedaż części stacji. Z drugiej strony, trzeba powiedzieć wprost, że trudno jest mieć dwie stacje paliw obok siebie i wciąż na nich zarabiać. To dubluje koszty, a nie zwiększa przychodów. Były kwestie, które z Komisją Europejską długo negocjowaliśmy. Były też kwestie, których koszt - np. sprzedaż części stacji - jesteśmy w stanie ponieść dla dobra transakcji. Ostatecznie i tak ta rezygnacja z części stacji byłaby konieczna, żeby nie zabijać biznesów.

I choć pierwsze rozmowy z Komisją Europejską pozbawiały mnie entuzjazmu dla tej transakcji, to nie poddaliśmy się. Rozmawialiśmy, negocjowaliśmy. I Orlen z Lotosem zostaną połączone tylko wtedy, gdy część stacji przejmie węgierski MOL, a 30 proc. rafinerii Lotosu przejmie saudyjskie Saudi Aramco. Takie są główne warunki dla tej transakcji.

A dlaczego MOL?

Działamy na podobnych rynkach. Przecież Orlen ma stacje paliw na rynku słowackim, działa tam na rynku hurtowym, ale działamy też w hurcie na Węgrzech. Dzięki tej transakcji zyskujemy na Słowacji i Węgrzech stacje paliw – 185 punktów o podobnym potencjalne biznesowym.

Na stacjach, które przejmie MOL, będzie paliwo dostarczane przez Orlen. Zabezpieczyliśmy się na taki wypadek, mamy długoterminowe umowy na dostawy. Ta sprawa niemal od początku została przez polityków postawiona na głowie. W Polsce jest niemal 8 tys. stacji paliw. 400 stacji paliw z logo MOL nie może i nie będzie żadnym zagrożeniem dla kraju. Mało tego, przecież MOL już jest obecny w Polsce i nikt przed tą obecnością nie protestował, nikt nikogo nie wygania.

Za to dziś wielu bardzo uważnie przygląda się węgierskiej polityce energetycznej i wypowiedziom węgierskich polityków.

Węgierski rząd, węgierscy politycy i węgierska polityka energetyczna to jedno. Działalność biznesowa to drugie.

Koncern może być wykorzystywany do polityki.

To warto postawić inne pytanie – jak odbierać działania poszczególnych krajów m.in. Niemców w kontekście polityki energetycznej?

Niemcy wysyłają więcej sygnałów, że chcą się błyskawicznie przestawić z rosyjskich surowców. Węgrzy kupują sobie więcej czasu.

Sygnały to jedno, działania to co innego. Czy większym zagrożeniem dla Polski nie jest np. rafineria Schwedt, która prawie w całości jest własnością Rosji i prowadzi działalność na terenie Niemiec? W mojej ocenie jest, bo potencjalnie mogłaby przerabiać tani rosyjski surowiec.

Nie chcę jednak wchodzić w strategię danego państwa, bo jak już mówiłem, my robimy biznes – spółka ze spółką. I wiem, że w MOL nie ma ukrytego rosyjskiego kapitału. I wiem, że nie ma zagrożeń. I wiem doskonale, że są one teraz wyłącznie wyolbrzymiane.

Dlaczego teraz?

Niestety, mam wrażenie, że inwazja Rosji na Ukrainę dla wielu jest pretekstem do walki politycznej we własnym kraju.

Dla kogo w tym wypadku?

Dla Donalda Tuska, dla Borysa Budki, dla Radosława Sikorskiego. Wszystkich, którzy szukają pretekstu, by uderzać w rząd Zjednoczonej Prawicy.

Prawo polityków.

Tylko że ja chciałbym skupić się wyłącznie na merytorycznych argumentach. Poważnych rozmowach. Jestem gotów spotkać się z każdym, kto chce poważnie o tej transakcji rozmawiać. Bez kontekstu politycznego. Jestem przekonany, że wszystkie ekipy rządowe wiedziały doskonale, że Lotos pewnego dnia będzie musiał przejść ogromną transformację. Połączenie z Orlenem jest dla tej firmy szansą.

To jaka była data przydatności Lotosu według pana? Dekada? Dwie?

To zależy, czy byłaby do niej dostarczana kroplówka finansowa, czy nie. Nie mam jednak wątpliwości, że biznes rafineryjny widzi swój koniec na horyzoncie. Dziś na świecie powstają nowe technologie - paliwa wodorowe, a elektro mobilność zyskuje na znaczeniu. To są kierunki, w których Lotos miał ograniczony potencjał na samodzielny rozwój. Pamięta pan słynną wycenę, że Lotos jest warty 0 zł?

Tak. W 2008 roku jeden z zagranicznych analityków uznał, że prawdopodobieństwo nieprzetrwania firmy jest wysokie. I stąd wycenił akcje spółki na 0 zł. Choć trzeba przypomnieć, że wywołało to ogromne kontrowersje.

Pokazywało jednak doskonale, że już ponad dekadę temu Lotos stał przed wielkim wyzwaniem - jak zapewnić spółce możliwość przetrwania w długim terminie.

I dziś najbardziej transakcję krytykują ci, którzy sami ją chcieli przeprowadzić. Przecież Rosja traktuje surowce nie jako biznes, a jako narzędzie wpływu politycznego od lat! I inwazja Rosji na Ukrainę w tym zakresie nic nie powinna była zmienić! Rozważanie sprzedaży całej firmy podmiotowi rosyjskiemu, który ma nieograniczony dostęp do ropy w dowolnej cenie, do tego ma kontrolę nad całością produkcji, jest myśleniem nieodpowiedzialnym, wręcz katastroficznym.

Myślę, że gdyby wtedy Lotos trafił w obce ręce, to prędzej niż później ten sam los spotkałby Orlen.

To tylko przypuszczenie.

Podparte pewnością, że wszystkie słowa o Rosjanach, o sprzedawaniu im biznesów, o bezpieczeństwie, były tylko pod publikę.

Wracając do pytania - jak wyglądał wybór MOL?

Złożyli najlepszą ofertę. W momencie, gdy zapadły decyzje o połączeniu Orlenu z Lotosem, w momencie, gdy mieliśmy wynegocjowane warunki dla tej transakcji z Komisją Europejską, odezwaliśmy się do 40 podmiotów na całym świecie. Odpowiedziało osiem, z czego tylko kilka znalazło się w bardziej zaawansowanych rozmowach.

MOL to wybór czysto biznesowy?

Tak.

Nie polityczny?

Nie.

I jest pan przekonany, że nie można było tej transakcji przeprowadzić inaczej, z innym partnerem?

Zerknijmy na proces wyboru MOL – przejrzysty, rynkowy, nikt nikogo nie wskazywał. Nikt nie wrzucił dokumentu w Ministerstwie Aktywów Państwowych z informacją: jak chcecie sprzedać Lotos, to proszę, tutaj lista podmiotów.

Odpowiadam za wszystkie decyzje, zarząd również. Nikt z nas nie pozwoliłby sobie na nieuzasadnione wybory, które mają wymiar polityczny. Bo kiedyś – za rok, za dwa, za pięć, za dziesięć – ktoś będzie miał pełne prawo spojrzeć na te procesy, rozliczać je, wyciągać wnioski i sprawdzać poprawność. Przecież w tych procesach biorą udział międzynarodowe kancelarie, doradcy z całego świata. Wybraliśmy najbardziej korzystne, najbardziej opłacalne i najbardziej przyszłościowe firmy do tej fuzji. I ktoś może zapytać: "dlaczego wolicie stacje na Węgrzech, na Słowacji, a nie w Hiszpanii?". A ja odpowiem, że może i bym chciał! Tylko tam, gdzie nie mamy przynajmniej częściowego dostępu do własnych paliw, trudniej jest prowadzić sprzedaż detaliczną na stacjach. Gdybym miał wysyłać do Hiszpanii lub Portugalii paliwa z Polski, to nie znalazłbym nikogo chętnego na nie, bo cena byłaby za wysoka. A gdybym chciał sprzedawać to, co dostarczają inni, to nie miałbym wielkich możliwości konkurencyjnych. Dlatego… panowie Donald Tusk, Borys Budka i inni teoretyczni obrońcy Lotosu mylą religię z przyrodą. Mylą przekonania z biznesem.

A jeżeli MOL postanowi wyskoczyć z biznesu? A na jego miejscu pojawi się firma powiązana bliżej lub dalej z Rosją?

Po pierwsze, sprzedaż tych aktywów musi być poprzedzona decyzjami ministra odpowiedzialnego za aktywa Skarbu Państwa. Po drugie, w umowach podpisanych z partnerami zabezpieczyliśmy się w tym zakresie. I to w zasadzie kończy temat wrogiego oddania biznesu w ręce Rosjan lub firm związanych z Rosjanami.

A jeżeli Węgry wynegocjują lepsze warunki i wciąż będą sprowadzać rosyjską, tańszą ropę? Staną się dla was śmiertelnym zagrożeniem w tym regionie, który dopiero chcecie podbijać.

Dlatego jestem zwolennikiem wprowadzania sprawiedliwych – rozłożonych równo po wszystkich – sankcji wobec Rosji. Bez preferencji i bez dodatkowych lat na przygotowanie się. A jeżeli takie się pojawią, to jednocześnie powinny być stworzone pewnego rodzaju podatki, cła importowe od różnicy w cenach, by wyrównać szanse rynkowe i nie zaburzać konkurencji na rynku.

Czyli zagrożenie jest.

Zakładam, że Unia Europejska w tym zakresie wykaże się pełną solidarnością i odpowiednimi mechanizmami.

Wciąż jednak za MOL ciągnie się rosyjski ślad. Nie tylko byłych akcjonariuszy, ale również współpracy spółki-córki tej firmy z Gazpromem. Mają u siebie operatora gazociągu Turk Stream.

I tak krok po kroku będziemy wszędzie szukać rosyjskich aktywów, rosyjskiego śladu?

A nie powinniśmy?

Warto wiedzieć, kto daną firmą rzeczywiście zarządza, kto na nią ma bezpośredni wpływ, a nie czy na końcu długiej nitki znajdzie się jakikolwiek ślad rosyjskiego kapitału.

Niestety, niemal wszyscy robili z Rosją biznesy. I niestety, wciąż wiele krajów robi z Rosją biznes. Trzeba to powiedzieć wprost: my również jesteśmy związani umowami na dostawy z Rosją. Dziś ten kierunek stanowi już tylko 30 proc. w przypadku dostaw ropy.

Nie zerwiemy umów?

Nie mamy do tego przesłanek. Niektóre umowy kończą się w tym roku, inne w późniejszym okresie.

Analizujecie to?

Wszystko analizujemy. Nie mogę w niektórych tematach wchodzić w szczegóły.

To inaczej - negocjacje przedłużenia tych umów się rozpoczęły?

Jak wyżej.

Jednocześnie nasze ruchy muszą uwzględniać to, co robią inne firmy - w innych krajach. Nie możemy pozwolić, by Orlen został "zabity" biznesowo przez tani produkt, który sprzedadzą inni.

Do Arabii Saudyjskiej, drugiego partnera tej transakcji - też można by powiedzieć sporo "ale". Niby partner, niby dostawca, a jednak wydobycia zwiększać nie chce, a to sprawia, że na rynkach ceny wciąż są wysokie.

Pan by zwiększał? Skoro wystarczy utrzymać wydobycie, a cena baryłki ropy wciąż jest dla nich atrakcyjna? To jest biznes. Nie podchodzę do tego tak, że Saudyjczycy ratują nam życie, że wyciągają do nas pomocną dłoń. Oni wyciągają rękę do biznesu, który z nimi chcemy robić. Chcą inwestować? Chcą. Chcą współpracować? Chcą. Orlen na tym może zyskać? Może. I tyle. To jest biznes.

Jest pan chciwym człowiekiem?

Nie.

A były prezes PGNiG Piotr Woźniak mówi, że przed wstrzymaniem importu rosyjskiej ropy to powstrzymuje Polskę tylko chciwość i pokazuje palcem na Orlen…

70 proc. ropy trafiającej do Grupy Orlen nie jest z Rosji, reszta - 30 proc. tak. A jeszcze dziesięć lat temu - kiedy Orlenem kierował Jacek Krawiec - niemal 100 proc. surowców dostarczanych do Orlenu pochodziło z Rosji. Do rafinerii Orlenu na Litwie nie dociera z Rosji już nic. I docierać nie będzie.

I tu jest chciwość? Bez żadnych przerw, bez żadnych problemów jesteśmy w stanie dziś zabezpieczać 100 proc. dostaw do Polski z kierunków innych niż rosyjskie. Mamy to zabezpieczone.

Dlaczego tego nie robimy?

Mamy wiążące nas umowy, więc czekamy na działania Unii Europejskiej w tym zakresie. Niestety, ale trzeba uwzględniać w biznesie to, jak inne rafinerie i inne firmy reagują na politykę wobec Rosji. Precyzyjnie - jak nie reagują.

Nie było pokusy kupowania taniego surowca? Rynek jest taką ropą zalany.

Wręcz przeciwnie. Gdyby była jakakolwiek pokusa, to wtedy byłbym chciwy. Gdyby była jakakolwiek pokusa, to układanka wyglądałaby inaczej. Nie 30 proc. z Rosji, a 100 proc. z Rosji. To już było i się nie sprawdziło.

Z jakiego kierunku popłynie ropa, która zastąpi tę rosyjską?

Partnerami będą firmy z Arabii Saudyjskiej, Afryki Zachodniej, dostawy są uzupełniane o surowce z Morza Północnego. Na żaden kierunek się nie zamykamy – mamy zbadane wiele rynków i wiele rodzajów surowca.

A wydobycie własne, w Polsce?

Ono nie stanowi niestety istotnego źródła. Nie mamy wielkich złóż, choć pewnie dziś wyjątkowo bardzo byśmy chcieli.

Kiedy pan ostatni raz tankował?

Robię rocznie kilkadziesiąt tys. kilometrów. I znam doskonale ceny na stajach paliw, bo pewnie o to pan chce pytać.

Dokładnie. 7,28 zł - to moja dzisiejsza stawka.

Mam poczucie, że zrobiłem wszystko, żeby ceny paliw w Polsce były na najniższym możliwym poziomie. Nie mamy wpływu na wojnę. Nie mamy wpływu na ceny produktów na rynkach. Nie mamy wpływu na to, że baryłka ropy kosztuje 100 dolarów, kurs dolara względem złotego jest w okolicach 4,4 zł, a podaż paliw na europejskim rynku nie nadąża za rosnącym popytem.

Sam się pan zapędził w ten kozi róg, ogłaszając w mediach społecznościowych obniżki. Skoro raz się dało, to da się i kolejnym razem.

Cały świat ponosi cenę wojny wywołanej przez Rosję. I są to skutki widoczne w cenach surowców, skutki widoczne w inflacji w poszczególnych krajach. Wszyscy płacimy. Chce pan zapytać o to, czy dokonam cudu i paliwo będzie znów po 5 zł?

Dziś cudem byłoby paliwo po 6 zł.

Nie w tych warunkach rynkowych. Obniżamy ceny zawsze, gdy tylko się da. I robimy to w pierwszym możliwym momencie, nie zwlekamy. I dalej tak będziemy robić. To jedyna obietnica, która w takiej sytuacji międzynarodowej i rynkowej mogę złożyć.

Nie jest tak, że Orlen i Lotos wykorzystują sytuację na rynkach i zarabiają na paliwach rekordowo?

W żadnym wypadku. Orlen ponosi obecnie zdecydowanie wyższe ryzyko niż przed wojną. Rynki ropy i paliw się rozchwiały i znacznie zwiększyła się niepewność naszego otoczenia. I to dotyczy całej Europy, a właśnie połowa naszej sprzedaży to źródła zagraniczne!

Czy w ogóle można powiedzieć, że wykorzystujemy sytuację? To jest nieuprawnione. Rok do roku sprzedaliśmy o 20 proc. więcej paliw - pod względem wolumenu sprzedaży – a dochód tego segmentu jest na tym samym poziomie. Proszę powiedzieć, gdzie tu widać wykorzystywanie sytuacji.

Modelowe marże rafineryjne wystrzeliły w górę.

Bo to modelowe marże rafineryjne nie uwzględniają szeregu czynników, przede wszystkim kosztów, które ponosimy. I nie przekładają się na zysk. Te wskaźniki dobrze działały na stabilnym rynku, ale przy takich zawirowaniach, które mamy obecnie, nie można na nich polegać. To dotyczy wszystkich firm na świecie. Wiem, że niektórzy politycy pokazywali te tabelki, ale nie możemy podważać rozsądku Polaków. Model to model. W sytuacji wojny, w momencie nadzwyczajnym, model nie pokazuje nic wartościowego.

Jak się słyszy, że Orlen zamknął pierwszy kwartał z zyskiem 2,8 miliarda złotych, to można zazdrościć. I pytać, czy zysk nie mógłby być mniejszy, kosztem niższych cen.

Lepiej, gdyby Orlen nie zarabiał ani złotówki? To jest biznes. Bez zysku nie będzie inwestycji. Energetyka morska, wiatrowa, gazowa, unowocześnianie petrochemii, rozbudowanie produkcji nawozów - to są obszary, w których Orlen inwestuje.

Zresztą sprzedaż w detalu w Polsce odpowiada za zaledwie 10 proc. zysku firmy. I w to wlicza się nie tylko sprzedaż paliw, ale też produktów pozapaliwowych, czyli na przykład kultowych już hot-dogów. Więcej, sieć niespełna 600 stacji w Niemczech przynosi już zbliżone zyski do sieci ponad 1800 stacji w Polsce. Zapewniam więc - zysk Orlenu nie jest wypracowany na kieszeniach Polaków.

Autor: Mateusz Ratajczak, dziennikarz Wirtualnej Polski

Źródło:
WP magazyn