Trwa ładowanie...
Notowania
Przejdź na
Weronika Szkwarek
|
aktualizacja

Rząd szykuje nam kolejny kryzys. "Niepokojący proces"

392
Podziel się:

– Idziemy w miałkość – mówi o skutkach niskich wynagrodzeń w sferze budżetowej Kamil Sobolewski, główny ekonomista Pracodawców RP. 17 listopada w Warszawie odbędzie się protest związków zawodowych, które domagają się wzrostu płac o 20 proc. Tymczasem w ustawie budżetowej przewidziano średnio 7,8-procentowy wzrost, podczas gdy minimalne wynagrodzenie wzrośnie o 19,6 proc. Ekonomiści w związku z obecną sytuacją płacową w administracji powoli mówią o kryzysie instytucjonalnym.

Rząd szykuje nam kolejny kryzys. "Niepokojący proces"
Pracownicy sfery budżetowej, w tym urzędnicy, nie mogą liczyć na płace rekompensujące inflację w 2023 r. (East News, Wojciech Strozyk/REPORTER)

Niedawno na Twitterze ekonomista BNP Paribas Wojciech Stępień napisał, że zbyt długi okres wysokiej inflacji musi w końcu doprowadzić do jakiejś formy kryzysu instytucjonalnego, a stanie się tak dlatego, że pogłębiać się będzie mocno różnica w wynagrodzeniach w sektorze prywatnym i publicznym.

Miałkość usług

Przypomnijmy, że w ustawie budżetowej zapewniono wzrost wynagrodzeń dla wspomnianego sektora na poziomie 7,8 proc. Jest to stawka, która nie satysfakcjonuje pracowników, co przekłada się na rosnące niezadowolenie wśród różnych grup oraz na zapowiadane protesty.

Beneficjentami ustawy budżetowej staną się nie osoby, które inwestują w swój rozwój i znajdują się na wyższych stanowiskach, ale te, które zarabiają tzw. minimalną krajową.

Jeśli na 2023 r. przewidziano wzrost płacy minimalnej o 19,6 proc., a wzrost płac w sferze budżetowej wynosi 7,8 proc., to można powiedzieć, że istotną część budżetu na podwyżki "zjadają" osoby zarabiające najmniej. To są ci pracownicy, którzy mają albo najkrótszy staż pracy, albo najniższe kwalifikacje, albo ci, którzy nie wzięli na siebie odpowiedzialności menedżerskiej. Oni znajdują się w kontrze do tych, którzy na przykład podjęli dodatkowe studia, wzięli odpowiedzialność za zespół czy budżet. Ostatecznie te osoby, które mają wyższy nakład pracy, otrzymują niższą podwyżkę od osób zarabiających minimalną pensję – mówi nam Kamil Sobolewski i dodaje, że motywacja płynąca ze struktury płac w sektorze publicznym dla specjalistów, inspektorów, ekspertów nie prowadzi do zwiększonego wysiłku. - Idziemy w miałkość - najprościej mówiąc. I to jest główny problem – uzupełnia.

– Z perspektywy finansowej praca w sektorze publicznym niedługo może przypominać pracę w latach 70., kiedy obowiązywało hasło, czy się stoi, czy się leży, to wypłata się należy – mówi nam Kamil Sobolewski, główny ekonomista Pracodawców RP.

Kryzys instytucjonalny

Do hasła "kryzys instytucjonalny" ekonomiści podchodzą z rezerwą, ponieważ nie możemy jeszcze mówić o paraliżu usług publicznych. Witold Michałek, wiceprezes Business Centre Club (BCC) i ekspert ds. gospodarki, legislacji i lobbingu komentuje w rozmowie z money.pl, że "na pełną skalę" taki kryzys póki co nam nie grozi, ponieważ rząd na takie sytuacji zwykle chomikuje jakieś rezerwy w budżecie państwa.

– Ale w wybranych sektorach sfery budżetowej, w szczególności tam, gdzie obecne wyzwania inflacyjne nakładają się na jeszcze starsze zaległości z podwyżkami wynagrodzeń – jest duże prawdopodobieństwo, że będą protesty, które mogą między innymi przybierać formę czasowego zaprzestania wykonywania obowiązków służbowych, co można zaliczyć do objawów kryzysu instytucjonalnego – komentuje dla nas Witold Michałek z BCC.

Z kolei Łukasz Kozłowski, główny ekonomista Federacji Przedsiębiorców Polskich, tłumaczy, że rosnąca dysproporcja płacowa między sektorami odbija się na jakości funkcjonowania instytucji państwa.

Jest to proces stopniowy, ale bardzo niepokojący. Mimo konieczności wprowadzania oszczędności w finansach publicznych wydaje się, że co najmniej utrzymanie realnej siły nabywczej wynagrodzeń w sferze budżetowej powinno pozostać priorytetem. W przeciwnym razie grozić nam będzie postępujący spadek wydolności kluczowych instytucji państwa – i to w czasie, kiedy ich skuteczne działanie jest szczególnie potrzebne – mówi nam Łukasz Kozłowski z FPP.

Szukanie zieleńszej trawy

Rozwiązaniem dla wielu pracowników sektora publicznego może być zmiana zatrudnienia i transfer do sektora prywatnego. O tym, w jakim stopniu zatrudnieni są do tego skłonni, zdania są podzielone. Marcin Zielonka, ekspert Konfederacji Lewiatan, komentuje dla money.pl, że praca w sektorze budżetowym jest na tyle specyficzna, że popyt na tych pracowników na otwartym rynku jest niski. – Poza tym dochodzi również brak skłonności do porzucenia ciągle stabilnego zatrudnienia przez pracowników – komentuje Mariusz Zielonka.

Wbrew temu, odpływ pracowników ze sfery budżetowej można łatwo zauważyć na przykładzie oświaty. W czerwcu tego roku na nauczycieli czekało 13 tys. wakatów, a w samej Warszawie było to ponad 3 tys.

O to, czy pracownicy sektora publicznego będą przechodzić do sektora prywatnego, pytamy również Krzysztofa Bociana, analityka think-tanku WiseEurope.

– W sektorze budżetowym płace są bardziej sztywne, a dodatkowo niższe niż w sektorze prywatnym, co strona administracyjna kontrargumentuje większą stabilnością zatrudnienia i dodatkowymi bonusami – trzynaste świadczenia, dodatki stażowe, nagrody jubileuszowe. Jednak w otoczeniu prawie 20-procentowej inflacji z każdym kolejnym miesiącem pracownicy publiczni, w tym nauczyciele, mogą zadać sobie pytanie, czy faktycznie stabilność zatrudnienia rekompensuje im tę różnicę, zwłaszcza że rynek pracy w Polsce jest bardzo silny – mówi Krzysztof Bocian w rozmowie z money.pl.

Natomiast w opinii Kamila Sobolewskiego z Pracodawców RP czas na taki transfer już upłynął. – Sektor prywatny zgłosił ogromne zapotrzebowanie na pracowników w trakcie ostatnich niecałych dwóch lat i ten, kto miał przejść z sektora publicznego do prywatnego, już to zrobił, a biznes już tak chętnie nie szuka nowych osób. Moment na dostanie dobrej pracy w sektorze prywatnym raczej się kończy, niż nasila – komentuje główny ekonomista Pracodawców RP.

Dalsza część artykułu pod materiałem wideo

Zobacz także: Górnicze związki zawodowe manipulują rządem? "Łatwy cel. Nie mają pojęcia o górnictwie"

Ministerstwo Finansów odpowiada

O komentarz w sprawie poprosiliśmy Ministerstwo Finansów – zapytaliśmy o to, czy zaproponowane 7,8 proc. jest wystarczające, aby nie doszło do kryzysu instytucjonalnego, czy resort będzie prowadził rozmowy ze związkowcami z uwagi na protest, w jaki sposób chce utrzymać zatrudnienie w sferze budżetowej oraz czy dostrzega ten problem związany z odpływem pracowników.

W odpowiedzi otrzymaliśmy informacje na temat planowania wynagrodzeń w sferze budżetowej, która podlega rygorom ustawy o kształtowaniu wynagrodzeń. Podano, że średnioroczny wskaźnik wzrostu wynagrodzeń w sferze budżetowej określono na 107,8 proc.

"Wpływ na wysokość wynagrodzeń w danym roku - mają zatem nie tylko planowane systemowe podwyżki wynagrodzeń (w 2023 r. – w wysokości 7,8 proc.) – ale również efektywnie prowadzona w jednostkach polityka kadrowo-płacowa. W ramach planowanych środków na wynagrodzenia na dany rok, kierownicy jednostek prowadzą odpowiednią politykę kadrowo-płacową, która przekłada się na wzrost płac pracowników, czego wymierne wzrosty odzwierciedlają dane z wykonania budżetu. W roku 2021 wykonanie funduszu wynagrodzeń dla pracowników psb (państwowej sfery budżetowej - przyp. red.) wzrosło w porównaniu do roku 2015, w ujęciu nominalnym, o ok. 53,6 proc., natomiast wynagrodzenie przeciętne o ok. 48,3 proc." - przekazała money.pl Marta Arendt z wydziału prasowego Ministerstwa Finansów.

Z kontekstu wypowiedzi resortu można wyciągnąć wniosek, że rząd nie planuje zwiększenia wynagrodzeń poza określone 7,8 proc.

"Kwestie społeczne, w tym kształtowanie wynagrodzeń w PSB, pozostają w obszarze szczególnej troski Rady Ministrów, jak również Ministra Finansów. Jednakże wszelkie rozwiązania w tym zakresie powinny być realizowane w sposób wyważony, z uwzględnieniem skutków finansowych z tym związanych, jak również konsekwencji wynikających z kryzysu związanego z pandemią COVID-19 oraz dalszego przebieg wojny w Ukrainie i jej wpływu na krajową i światową gospodarkę, a także wydatki budżetu państwa" - poinformowało nas Ministerstwo Finansów.

Przy okazji pojawia się pytanie, czy rząd, szukając oszczędności, nie spojrzy w kierunku budżetówki. Przypomnijmy, że premier mówił niedawno o tym, że udało się znaleźć 10-15 mld zł. Zapytaliśmy Witolda Michałka z BCC, czy oszczędności, których usilnie szuka rząd, odbiją się na płacach w sektorze budżetowym.

Niestety, doświadczenia z przeszłości w podobnych kryzysowych sytuacjach wskazują, że fundusze wynagrodzeń sfery publicznej są jednym z pierwszych kierunków, gdzie władza zaczyna szukać oszczędności. Jest to czasem o tyle łatwiejsze technicznie i nawet "etyczne" dla rządu, że budżety np. poszczególnych ministerstw są mało przejrzyste i zwykle zawierają zawyżone dane dotyczące potrzeb płacowych – mówi.

I dodaje, że prawdopodobna skala oszczędności może być bolesna nie tylko dla osób zatrudnionych w budżetówce, ale także np. w sektorze realnych inwestycji publicznych, w wydatkach na wspieranie instytucji społecznych i kultury poprzez ograniczenie liczby i wysokości grantów czy dotacji.

Weronika Szkwarek, dziennikarka money.pl

Masz newsa, zdjęcie lub filmik? Prześlij nam przez dziejesie.wp.pl
Oceń jakość naszego artykułu:
Twoja opinia pozwala nam tworzyć lepsze treści.
Źródło:
money.pl
KOMENTARZE
(392)
toster.
miesiąc temu
Chciałbym w końcu usłyszeć, kto jest zadowolony zeswojej pracy i płacy.Nie wymieniać posłów, senatorów i całego Rządu. Te grupy są uprzewiliowane, nie wiadomo z jakiego powodu.
Ciekawy.
miesiąc temu
Proszę pokazać, co fukcjonuje prawidłowo w Polsce. Nie wspomnę, że za Rządów PIS. Nie ma takiej opcji, wszystko działa zle. Pytam dlaczego?
wawryk
3 miesiące temu
Inflacja 18 %, a podwyżki płac 7,5 %, dla siebie do 80 %, zaś banki za lokatę kapitału dają 3.5 %, a konta obrotowe 0 %, a dla plebsu ochłap. Dudo Piotrze ! gdzieś ty był jak prezes łamał konstytucję, przywłaszczał trybunały i sądy, kazał rozdawać pieniądze za poparcie. Średnia emerytura z 13 i14 to już mniej niż 11 emerytur w roku. Nie-rządzie ! my emeryci nie chcemy być kupowani, my chcemy sprawiedliwych 12 emerytur, jeszcze raz powtórzę 12 sprawiedliwych emerytur.
r@zer
3 miesiące temu
Doprowadzą ten kraj do ruiny.Póki co podcięli nam jedna nogę.Jak zrobią to z drugą to padniemy na kolana.Wtedy albo się powiesić albo uciec z kraju.Zdecydowanie wolę to drugie
Jestem
3 miesiące temu
Im szybciej Polska zbankrutuje tym szybciej dowiemy się jakimi szkodnikami są starcy. Ich młodość to cwanuakowanie i matactwa a dzisiaj chcą emerytury . Nie zmoich nie nie. Zresztą gdyby nie unia dalej żył bym w chlewie przez nich stwożonym a tak mam chociaż karton . Tylko unia nam pomoże w walce z tymi hipokrytami .
...
Następna strona