Notowania

brexit
15.01.2019 06:43

We wtorek kluczowe głosowanie ws. Brexitu. Radosław Sikorski: "Nikt nie wie, co się dziś wydarzy"

- Zaczyna się od okłamywania obywateli - mówi Radosław Sikorski, były minister spraw zagranicznych, w rozmowie z money.pl. Jego zdaniem referendum, w którym Brytyjczycy opowiedzieli się za wyjściem z Unii Europejskiej, było "skutkiem 30 lat szczucia na Unię Europejską".

Podziel się
Dodaj komentarz
(East News)
- To samo, co widziałem w Zjednoczonym Królestwie w latach 80-tych, widzę dziś w Polsce - mówi zaniepokojony Radosław Sikorski. (Fot: ANDRZEJ IWANCZUK/REPORTER)

Marcin Lis: Wieczorem w Izbie Gmin odbędzie się głosowanie nad dokumentem regulującym wystąpienie Zjednoczonego Królestwa z Unii Europejskiej. Czy jesteśmy w stanie nakreślić "najbardziej realny scenariusz" i prognozować, co może się wydarzyć?

Radosław Sikorski: Nikt nie jest w stanie przewidzieć tego, co się dziś wydarzy. W Izbie Gmin nie ma zgody co do żadnego z modelów – ani wycofania z Brexitu, ani za wyjściem w oparciu o wynegocjowaną umowę, ani za "no deal" - wyjściem bez umowy.

Skąd zatem bierze się ten podział i czego możemy się spodziewać po głosowaniu?

Wynik głosowania w referendum był skutkiem 30 lat szczucia na Unię Europejską, dezinformowania społeczeństwa ws. tego, jak działa Unia Europejska. Teraz mamy tego efekty. Przecież kształt umowy jest prostym wynikiem czerwonych linii, które Brytyjczycy sami sobie narzucili. To oni zdecydowali, że nie chcą swobodnego przepływu osób, a w efekcie nie mogą należeć do wspólnego rynku. Brytyjski parlament nie chce tego zaakceptować, mimo że w Izbie Gmin leży jedyny możliwy tekst umowy. Mamy do czynienia z paraliżem politycznym, a wkrótce być może także ze skutkami gospodarczymi. Do tego doprowadziła bezmyślna eurofobia.

Premier Theresa May straci stanowisko?

Straciłaby je już dawno, tylko w Partii Konserwatywnej nie ma większości, która poprze alternatywę.

Zobacz także: Co dalej z Brexitem? "Konsekwencje wyjścia Wielkiej Brytanii bez umowy są niewyobrażalne"

Pytanie brzmi: czy taka zmiana mogłaby przynieść jakikolwiek skutek?

Tutaj nie poradziłaby nawet pani Thatcher, bo Torysi i zwolennicy Brexitu chcą rzeczy niemożliwych – wszystkich przywilejów i żadnych obowiązków.

No to może czas na wcześniejsze wybory?

O takim rozwiązaniu marzy lider opozycji Jeremy Corbyn, który jest lewakiem w stylu lat 70. On dopiero dałby popalić brytyjskiej gospodarce. To wszystko pokazuje, jak kolosalnym błędem było referendum, przed którym publicznie ostrzegałem brytyjskich kolegów zasiadających z rządzie.

"Sunday Times" donosi, że część konserwatywnych członków Izby Gmin szykuje "pucz" i zamierza przejąć kontrolę nad porządkiem obrad parlamentu w razie porażki Theresy May w dzisiejszym głosowaniu. To realne w brytyjskiej kulturze politycznej?

Sądzę, że tak. Przypomnę, że zwolennicy Brexitu argumentowali za nim na bazie brytyjskiej doktryny o tym, że to parlament, nie naród jest suwerenem. W tym sensie parlament ma wszelkie prawa do podjęcia takich decyzji i nakazania rządowi działania. Nie nazywałbym tego puczem, ale realizacją postulatu, choć znów przypomnę, że w Izbie gmin nie ma zgody za żadnym modelem.

Społeczeństwo brytyjskie jest gotowe na to, co może ich czekać w razie braku umowy? Sklepy towarują się niemal jak na nadejście wojny, rząd zapewnia dodatkowe promy i siły porządkowe w portach. To nie wróży dobrze.

Uważam, że brytyjskie społeczeństwo nie wierzy w to, że te konsekwencje mogą nastąpić. Brytyjczycy są przekonani, że to straszenie czy próba powtórzenia referendum, ale decyzje polityczne mają swoje skutki. I jeśli Zjednoczone Królestwo znajdzie się poza strefą wolnego handlu i unią celną, to na granicy staną kontrole celne. To będzie miało swoje skutki dla cen żywności i dostępności podstawowych towarów. Spędziłem lata w Wielkiej Brytanii i ubolewam, że to państwo samodegraduje się i wpędza w kłopoty przez ten durny eurosceptycyzm. Są tacy, którzy uważają, że nacjonaliści brytyjscy nie zrozumieją, jak to działa, dopóki nie zobaczą wielokilometrowych kolejek do portu w Dover, a ceny żywności wzrosną o połowę. Być może ta lekcja jest niezbędna, by zrozumieli jak działają unijne traktaty, globalna gospodarka i jakie są skutki okłamywania opinii publicznej.

Okłamywanie opinii publicznej, "szczucie", jak określił pan to wcześniej…

To samo, co widziałem w Zjednoczonym Królestwie w latach 80., widzę dziś w Polsce. Zaczyna się od okłamywania obywateli, że biurokraci z Brukseli narzucają nam dyrektywy. Nawet pan prezydent mówił o żarówkach. To nieprawda. Brexitowcy są przekonani, że Komisja Europejska ustanawia dyrektywy, a w rzeczywistości robi to Rada Europejska – komitet premierów i ministrów demokratycznie wybranych rządów państw członkowskich. KE ma swoją rolę w tym procesie, ale nie dominującą.

Tylko, że w latach 80. rządem Jej Królewskiej Mości kierowała Margaret Thatcher, o której wielokrotnie ciepło się pan wypowiadał, a to ona toczyła boje z Brukselą.

Nie do końca. Pani Thatcher, która o naszych rozmowach wspomina w swoich pamiętnikach, walczyła o brytyjskie interesy. To ona uzyskała rabat brytyjski na politykę rolną, ale równocześnie za jej kadencji parlament uchwalił Single European Act stanowiący o wyższości prawa europejskiego nad krajowym bez czego jednolity rynek byłby niemożliwy. To różnica – walczyć w ramach ustalonych procedur, a szczuć i okłamywać.

Z drugiej strony słyszymy, że Bruksela szykuje się na ewentualne opóźnienie Brexitu. Należy to uznać za rodzaj ustępstwa?

Opóźnienie możliwe byłoby tylko za obopólną zgodą. Co więcej, nawet całkowite odejście od Brexitu jest możliwe. Wystarczy jedno zdanie pisma z Londynu do Brukseli: "Wycofujemy pismo rezygnacyjne zgodnie z art. 50 Traktatu o Unii Europejskiej". Wówczas do Brexitu nie dojdzie. Niestety ani na takie, ani na żadne inne rozwiązanie zgody nie ma w Izbie Gmin i gabinecie.

Spotkałem się z tezą, że brytyjska dyplomacja, uchodząca za jedną z najlepszych na świecie, została bezlitośnie ograna przez technokratów z Brukseli.

To prawda, ale tylko w pewnym sensie. Wielka Brytania musiała przesunąć niemal wszystkie swoje czerwone linie w trakcie negocjacji, a Unia Europejska realizowała mandat 27 państw i nie opuściła ani jednego postulatu. Nie uważam jednak, by był to wyraz siły czy słabości dyplomacji. Dyplomacja to sztuka i aparat prowadzenia rozmów oraz osiągania celów. Tu zagrała dysproporcja sił. Zjednoczone Królestwo stanowi 15 proc. unijnej gospodarki - to powinna być wielka przestroga dla eurofobów. Nawet Londyn z tak silną gospodarką i doskonałą dyplomacją nie był w stanie naruszyć jedności europejskiej i siły instytucji unijnych. Okazało się, że wyjście nie jest "odcinaniem się od trupa", bo ten "trup" wygrywa negocjacje. Jest potężniejszy.

Masz newsa, zdjęcie lub filmik? Prześlij nam przez dziejesie.wp.pl

Tagi: brexit, unia europejska, radosław sikorski, unia, fundusze unijne
Źródło:
money.pl
komentarze
+1
+1
ważne
smutne
ciekawe
irytujące
Napisz komentarz
15-01-2019

RodakRadosław Sikorski wypowiada się na temat szczucia na Unię . Sikorski od początku działa na szkodę Polski . Nagrania z Sowy potwierdziły że Sikorski to … Czytaj całość

15-01-2019

JamesTakie prostactwo paruje od Sikorskiego,że aż wstyd.Niby o Wielkiej Brytanii,a już wiadomo,że bedzie na ojczysty kraj,ale nie,przecież Polska to nie … Czytaj całość

15-01-2019

NannaannaannannanannananaOj będzie się działo 😂

Rozwiń komentarze (351)