Najpopularniejszy w Polsce portal o finansach i biznesie
"Do roboty" czy "do pracy"? Rozmawiamy z psychologiem Jackiem Santorskim

"Do roboty" czy "do pracy"? Rozmawiamy z psychologiem Jackiem Santorskim

Jacek Santorski przekonuje, że warto próbować i eksperymentować, nawet jeśli czasem kończy się to porażką Fot. Wojciech OLSZANKA
Jacek Santorski przekonuje, że warto próbować i eksperymentować, nawet jeśli czasem kończy się to porażką

- Jeśli dzieci widzą rodziców, którzy niezależnie od tego, jak skromną mają pracę, idą do niej z elementem satysfakcji i radości, w dużym stopniu przejmą takie postawy. Trzeba im dać narzędzia, dzięki którym poradzą sobie w różnych warunkach - przekonuje psycholog Jacek Santorski w rozmowie z Michałem Marszałem.

Jest 6.00 rano, dzwoni budzik. Jacek Santorski, ceniony polski psycholog biznesu, wstaje "do roboty" czy "do pracy"?

Jacek Santorski, psycholog biznesu: Ani jedno, ani drugie. Wstaję, bo mam cel, który ma dla mnie sens. Wstaję do realizacji zadań i wartości tego dnia. Zanim jednak zerwę się na nogi, pytam siebie, kogo kocham, co jest dla mnie najważniejsze i co mogę dziś dla tych wartości zrobić.

Sądzi pan, że wielu Polaków rozpoczyna nowy dzień niczym bohater "Dnia Świra", czyli od tradycyjnej wiązanki?

Z badań prof. Mirosławy Marody z Uniwersytetu Warszawskiego wynika, że większość Polaków ma poczucie, że jest skazana na pracę i doświadcza tam poczucia stresu i zagrożenia. Z badań Gallupa wynika z kolei, że w dobrze rozwiniętych zachodnich gospodarkach około 30 procent stanowią pracownicy zaangażowani. 20 proc. to natomiast ci przeciwskuteczni, prawie dywersyjnie podchodzący do obowiązków. 50 proc. gra zaś w grę na zasadzie "raz, dwa trzy, przełożony patrzy". Stara się realizować obowiązki, ale bez przesadnej aktywności.

Czy etos pracy da się u nas jakoś poprawić? Jeśli ktoś dostaje marne pieniądze, wkurza go szef, a na dodatek jest zima i spóźnia się autobus, to czy jest jakkolwiek szansa, by wyrwał się z poczucia niechęci?

Musimy pamiętać, że czynnikiem wyróżniającym na wielu polskich rynkach wciąż są niskie koszty pracy. Z definicji właściciele i przełożeni są więc zainteresowani tym, żeby rezultaty biznesowe wygenerować jak najtaniej, pomijając wartości dodane, takie jak rozwój załogi czy innowacyjność. Z badań nad pokoleniem "Z", czyli ludźmi urodzonymi po 2000 r. i dopiero wkraczającymi na rynek pracy wynika rzecz do tej pory niespotykana: często lepsze zarobki nie są ich główną motywacją! Mocno podkreślaną wartością jest poszukiwanie w pracy szacunku. Młodzi wiedzą, jaki jest kapitalizm i zgadzają się być przez niego eksploatowani, ale oczekują, że będzie się to działo zgodnie z ich umiejętnościami i talentami. Pragną też jakiejkolwiek perspektywy rozwoju.

Czy to sygnał trwałej poprawy warunków na polskim rynku pracy i koniec gorzkich żartów starszych pokoleń w stylu "Za moich czasów robiliśmy za darmo i człowiek się cieszył, że robota była"?

Ludzie oczywiście idą do pracy po wynagrodzenie. Pamiętajmy jednak, że o ile potrzeby szacunku i rozwoju są silnie rozbudowane, o tyle mogą być też silnie frustrowane tam, gdzie spotkają się z niezrozumieniem i odmową. Stąd wśród polskiej młodzieży wciąż wielu emigrantów.

W dziesiątkach prac, szczególnie tych powtarzalnych i ustandaryzowanych, nie widać przestrzeni na budzenie w sobie wielkich namiętności. Rynek jest tak skonstruowany, że nie każdy z nas może mieć luksus chodzenia do pracy odkrywczej, ambitnej, rozwijającej. Czy na przykład magazynier albo glazurnik może znaleźć gdzieś pokłady pasji?

Podam znany mi przykład: mamy fabrykę, linię produkcyjną, gdzie pracują nowoczesne maszyny. Część osób obsługujących te urządzenia ma umiejętności techniczne i może być awansowana na brygadzistów. Starają się więc, by nimi zostać, by zarobić kilkaset złotych więcej. Pracodawca w tym czasie stara się, by nie dać im awansu i zatrzymać ich w roli specjalistów. Zapotrzebowanie na specjalizację i jakość dociera bowiem już niemal na wszystkie stanowiska – nawet tam, gdzie co prawda mamy tylko linię produkcyjną, ale maszyny są jednak wymagające.

Z badań Work Service wynika, że tylko w tym roku liczba Polaków obawiających się utraty pracy zmalała z 30 do 10 procent. Co za tym stoi? Ano to, że im ktoś bardziej czuje się specjalistą, tym lepiej wie, że nawet jeśli pracę straci, szybko znajdzie następną. Wśród glazurników czy magazynierów też bez przerwy postępuje specjalizacja. Powstają dzięki temu większe obszary satysfakcji, ale i większe obszary frustracji.

Zobacz też: Jak się zachowywać na rozmowie kwalifikacyjnej? Jacek Santorski radzi


 

A może zamiast szukać satysfakcji z pracy, w wielu przypadkach nie warto się oszukiwać i radości trzeba szukać gdzie indziej, już w czasie wolnym?

Dla wielu ludzi praca jest tylko sposobem na zarobienie pieniędzy. Żeby iść i przetrwać, a potem mieć na swoje minimum. Coraz częściej budzi się jednak potrzeba, by nawet po drodze, jeśli jestem w pracy po to, aby jedynie dostać wypłatę, pojawił się w niej element szacunku i rozwoju.

Jak w takim razie o pracy rozmawiać z bliskimi? Jeśli dzieci słyszą, że matka dzisiaj "harowała jak wół", a ojciec "urobił się po łokcie", to niemal automatycznie nabierają odrazy do pracy jako takiej – jako źródła przygnębienia i porażek.

Olbrzymią rolę odgrywają autorytety: nauczyciel, rodzic. Wiele zależy też od ludzi, których spotykamy po drodze – od prezesa po majstra. Stąd znane od dekad powiedzenie, że idzie się na etat, stanowisko, a odchodzi od przełożonego. Z psychologicznego punktu widzenia zastanowienie się nad tym, jak rozmawiać z dziećmi o pracy, wydaje mi się wspaniałe i piękne.

Należy jednak pamiętać, że dzieci nas przede wszystkim obserwują. Treść narracji i argumentów jest oczywiście bardzo ważna, ale jeśli dzieci zauważą, że idę do pracy zżymając się, a potem funduję im pogadankę o tym, że praca uszlachetnia, to ich niezawodne "detektory ściemy" natychmiast to wykryją. Jeśli najmłodsi zobaczą kochających się rodziców i dom przepełniony czułością, będą budowali takie związki. Jeśli widzą rodziców, którzy niezależnie od tego, jak skromną mają pracę, idą do niej nawet z elementem satysfakcji i radości, w dużym stopniu przejmą takie postawy.

Często za tym, że życie potoczy się w określony sposób, decyduje przypadek. Weźmy kogoś, kto 30 lat temu jako dziecko interesował się komputerami, a jego rodziców było na sprzęt stać i potrafili mu pomóc zdobyć wiedzę – dziś jest wziętym programistą i zarabia owe mityczne 15 tysięcy złotych netto. Inne dziecko w tym czasie interesowało się jednak grą na puzonie albo rzutem oszczepem, a dziś po dawnej pasji nie ma śladu i nie przerodziła się ona w dochodowy zawód. Na ile rodzice powinni starać się ukierunkowywać karierę dziecka, a na ile dać mu się swobodnie rozwijać, ze wszystkimi tego konsekwencjami?

Niezależnie od tego, czy mamy szefa, zarząd czy rodzica okazującego troskę o czyjś rozwój, dynamika przemian gospodarczych i społecznych powoduje, iż w gruncie rzeczy projektowanie karier jest dziś oparte o zarządzanie losem i przypadkiem. Niezależnie, czy robi to oświecony HR w korporacji, czy rodzice. Są całe listy zawodów, które umierają i tych, których wzięcia oczekujemy w przyszłości.

W środowisku psychologicznym coraz częściej mówi się jednak o tym, że powinniśmy wyposażać dziecko w uniwersalne kompetencje, tak by umiało odnaleźć się w każdych warunkach. Bardzo istotne jest też przygotowanie dziecka na ewentualne porażki i rozczarowania. Zadaniem opiekunów jest urealnianie dzieci. Nie tyle odbieranie im marzeń, co eksperymentowanie, próbowanie, ponoszenie porażek i zwycięstw. Ukierunkowanie na styl życia i poszukiwań, a nie konkretne zajęcie.

Nasze złudzenia i rozczarowania biorą się być może z tego, że zewsząd słyszymy historie sukcesów. Robert Lewandowski oddał się swojej pasji i dziś zarabia miliony. Billa Gatesa pochłonęły komputery – i też odniósł zwycięstwo! Ty też tak możesz. Tyle że o tych, którzy pracowali równie ciężko, a narobili długów albo popełnili samobójstwo nie mówi nikt. Wielu miliarderów podkreśla rolę szczęścia w swojej drodze do sukcesu.

Bardzo potrzebujemy historii porażek! Dzieci w USA karmione są historią Abrahama Lincolna, który trzy razy otarł się o bankructwo biznesowe, trzy razy o polityczne, przeszedł depresję, a i tak został prezydentem. My natomiast jesteśmy karmieni opowieścią o sąsiedzie, który dorobił się co prawda tej Toyoty, bo przewalał, ale życie go ukarało i teraz jest nikim.

Kulturze amerykańskiej można zarzucić wszelkie uproszczenia nadmiarowe i powierzchowność, ale i tam zmieniają się trendy. Słowo sukces rzadziej się dziś pojawia, zamiast osobowości stawia się na charakter.

Zwraca się też większą uwagę na kształcenie nie tyle do porażek, co do niepowodzeń, eksperymentowania – że próbować warto i nie należy dziwić się, jeśli nie wyjdzie. Bardzo bym się cieszył, gdyby dyskusje o cennej roli porażek zaistniały także w polskiej sferze publicznej, kulturze czy zwykłych biurowych rozmowach.

Rozmawiał: Michał Marszał

Jacek Santorski - psycholog, psychoterapeuta, wydawca i przedsiębiorca. Autor licznych książek, m.in. "Dobre życie" i "Jak przetrwać w stresie".

psychologia, motywacja, jacek santorski
Czytaj także
Polecane galerie
jola
2018-03-19 10:40
Gdy mamy podpisaną umowę o "PRACĘ" to idziemy do pracy bo tak wynika z tej umowy, oraz regulaminu pracy i wykonujemy pracę dla pracodawcy wykonując różne roboty. Jeśli w takiej umowie zawartej między pracownikiem a pracodawcą będzie zawarta formuła umowa o "ROBOTĘ" to taka umowa będzie nie ważna bo nie istnieje w prawie takie sformułowanie. ROBOTA to słowo potoczne, choć nawiązuje do pracy i w przepisach Kodeksu Pracy jest użyte sformułowanie ROBOTNIK i to po prostu stąd to się bierze. Tak ja to tłumaczę innym jako SIP w moim zakładzie.
młody
2018-03-19 10:16

Młodzi wiedzą, jaki jest kapitalizm i zgadzają się być przez niego eksploatowani

Z całym szacunkiem...
janekx
2018-03-19 09:16
$$
Pokaż wszystkie komentarze (20)