Notowania

Brazylia. Zamach stanu w cieniu olimpiady

Prezydent Brazylii w poniedziałek może zostać ostatecznie odsunięta od władzy przez ludzi zamieszanych w największą aferę korupcyjną w historii kraju, której skala jest porażająca. Pełniący obowiązki prezydenta jest oskarżany o szpiegowanie na rzecz USA, a przewodniczący obu izb parlamentu siedzą w aresztach. - Niektóry nazywają to zamachem stanu w białych rękawiczkach – mówi w rozmowie z money.pl Janina Petelczyc z Fundacji Terra Brasilis.

Podziel się
Dodaj komentarz
(ANDRESSA ANHOLETE/AFP)

Prezydent Brazylii w poniedziałek może zostać ostatecznie odsunięta od władzy przez ludzi zamieszanych w największą aferę korupcyjną w historii kraju, której skala jest porażająca. Pełniący obowiązki prezydenta jest oskarżany o szpiegowanie na rzecz USA, a przewodniczący obu izb parlamentu siedzą w aresztach. - Niektóry nazywają to zamachem stanu w białych rękawiczkach – mówi w rozmowie z money.pl Janina Petelczyc z Fundacji Terra Brasilis.

Brazylijski parlament, w którym ponad połowa deputowanych umoczona jest w największą aferę korupcyjną w historii, odwołuje właśnie panią prezydent Dilmę Rousseff. Powód? Żeby ukryć deficyt finansowy kraju, wzięła kredyt w banku bez zgody Kongresu. Rzecz w tym, że Konstytucja w takiej sytuacji nie pozwala na odwołanie prezydenta. Co więcej, wszyscy jej poprzednicy tak robili.

Władzę w Brazylii przejął za to wiceprezydent, który sam ma na kocie wyroki i zakaz sprawowania władzy na osiem lat. A WikiLeaks twierdzi, że od lat szpieguje na rzecz USA. Przewodniczący obu izb parlamentu siedzą już w aresztach. A kraj, który miał być potęgą gospodarczą, pogrąża się w gospodarczym kryzysie. Co dzieje się z Brazylią?

Agata Kołodziej, money.pl: Oglądała pani olimpiadę?

Janina Petelczyc, Fundacja Terra Brasilis: Trochę, szczególnie piłkę nożną kobiet. Kiedyś przeczytałam, że brazylijska piłkarka Marta strzeliła w reprezentacji więcej goli niż Pele. Choćby dlatego byłam ciekawa tej gry.

Wielu było ciekawych, czy Brazylia zdąży z budową infrastruktury na igrzyska.

Zdążyła.

Ledwo. Dziennikarze, podsumowując olimpiadę, żalą się, że wiele budynków było nieskończonych i po prostu straszyło. Pierwsze reprezentacje, które zjeżdżały do wioski olimpijskiej, zastawały na miejscu jeszcze ekipy remontowe i nieotynkowane ściany, przeciekające rury albo wręcz przeciwnie, brak wody w łazience. A to wszystko w nowych budynkach.

Rzeczywiście, nawet krótko przed rozpoczęciem zawaliła się rampa w Marina de Gloria. Ale będę się upierać, że jednak zdążyli i ja bym ich tak nie krytykowała. Bo Brazylijczycy nie są narodem, który masowo uprawia jakieś inne sporty niż piłka nożna. Wiele z tych hal, na przykład do kolarstwa, którego oni nigdy nie uprawiali, pewnie w przyszłości będzie stało pustych, jak stadion w Manaus wybudowany specjalnie na mundial dwa lata temu w samym sercu Amazonii.

Po co im to było w takim razie? Przecież Brazylia boryka się z dużym kryzysem gospodarczym, PKB kurczy się i to już od dwóch lat.

Pamiętajmy, że kiedy Brazylia została wybrana na gospodarza olimpiady, był 2009 rok. To był czas wielkiego wzrostu gospodarczego i zarazem bardzo silnego wzrostu społecznego. Dzięki niemu 36 mln ludzi w ciągu dekady wyszło z biedy. W 2014 roku ONZ skreśliło Brazylię ze światowej mapy głodu [xx1] . A kiedy w 2009 roku cały świat zmagał się z kryzysem ekonomicznym, w Brazylii PKB rosło o 7,5 proc. – to jest fenomenalny wynik.

Wtedy ówczesny prezydent Lula da Silva, który jest symbolem tych przemian, powiedział, że gdyby w tym momencie umarł, jego życie byłoby spełnione. Ale żyje i ma się nieźle. I pewnie jak patrzy na to, co dzieje się z jego krajem, nie jest już tak dumny jak jeszcze siedem lat temu. W czasie gdy media w Europie rozpisywały się główne o przygotowaniach do igrzysk, w kraju wszystko wywracało się do góry nogami. Wystarczy zacząć od wielkiej afery korupcyjnej w Petrobrasie, w której umoczeni są czołowi politycy. Czy to nie właśnie przez polityków budynki na igrzyska ledwie zostały skończone?

Dokładnie tak jest. Jednym z problemów Brazylii jest gigantyczna korupcja, która dotyka bardzo wielu instytucji na każdym poziomie, zarówno politycznym, jak i prywatnym. Ale to, co się działo w Petrobrasie, ma niewyobrażalną skalę. To jest państwowa spółka wydobywająca ropę, w której państwo ma ponad połowę udziałów.

Dodajmy, że wytwarza 10 proc. brazylijskiego PKB....

Tak było, teraz może już niekoniecznie, wszystko zależy od tego, jak rozwinie się sytuacja. Problem polega na tym, że ponieważ jest to spółka skarbu państwa, a Brazylia jest skorumpowana, bardzo wielu polityków ze wszystkich opcji politycznych, zarówno władza, jak o opozycja, korzystało z tego.

Jak?

Zlecano różnym firmom budowlanym podwykonawstwo po zdecydowanie zawyżonych cenach i oczywiście część tych pieniędzy trafiała albo na konto polityków, albo partii politycznych. To był gigantyczny proceder na miliardy dolarów. Ta sprawa wyszła w ostatnich latach. I wszyscy ponoszą tego konsekwencje. Z jednej strony polityczne, bo wielu polityków również z górnych szczebli władzy jest oskarżonych, niektórzy trafiają już pod sąd.

Ale to są też konsekwencje ekonomiczne, ponieważ prawie wszystkie najważniejsze firmy budowlane były w to zamieszane. A jeśli aresztuje się szefa jakiejś firmy, która ma wybudować np. halę dla sportowców, to naturalne jest, że ten proces zwalnia. W tym sensie tak, to afera w Petrobrasie sprawiła, że proces przygotowania olimpiady zdecydowanie zwolnił.

Ale to też czynnik, który przyczynił się do wielkiego kryzysu w Brazylii.

Z naszej perspektywy to, co się tam dzieje, wygląda strasznie, ale być może dojdzie do jakiegoś oczyszczenia. Zobaczymy, jak to się rozwinie, bo nowy rząd na razie chowa sprawę pod dywan.

No właśnie, od niedawna mamy nowy rząd. Były przygotowania do olimpiady, jest ciągnąca się afera Petrobrasu, ale w międzyczasie przecież doszło do zmiany władzy, co wcale z aferą korupcyjną nie miało wiele wspólnego. Czy to był zamach stanu?

Rzeczywiście, niektóry nazywają to zamachem stanu w białych rękawiczkach. I on ciągle trwa. Mamy taką oto sytuację: prezydentem jest Dilma Rousseff, pierwsza kobieta wybrana na to stanowisko. To zresztą jej druga kadencja. 12 maja została jednak zawieszona w swoich obowiązkach. Obecnie trwa proces impeachmentu i prawdopodobnie 29 sierpnia Senat będzie głosował w tej sprawie, czyli albo za przywróceniem pani prezydent na stanowisko, albo za jej ostatecznym odwołaniem.

Ale ona nie ma nic wspólnego z aferą Petrobrasu?

Ona jest jednym z rzadkich przypadków polityków, który nie ma na koncie żadnej afery korupcyjnej. Próbowano wielokrotnie jej cokolwiek udowodnić, instalowano nawet podsłuchy i nie udało się. Wydaje się, że ona rzeczywiście nie ma nic na sumieniu, zwłaszcza że jej polityka do tej pory była bardzo antykorupcyjna. Natychmiast zwalniała z urzędu każdego ministra ledwie podejrzanego.

Skoro nic jej nie udowodniono, dlaczego wszczęto wobec niej procedurę impeachmentu i próbuje się ją odwołać?

Zarzuca jej się błąd, który ewidentnie popełniła, kiedy starała się o drugą kadencję w 2014 roku. Nie przedstawiła parlamentowi szczegółowych informacji dotyczących deficytu budżetowego.

Patrząc na to z innej strony, można powiedzieć, że chcąc ukryć zbyt wysoki deficyt budżetowy, pożyczyła pieniądze z Banku Rozwoju Brazylii bez zgody Kongresu. To manipulacje fiskalne.

Owszem, ale nie zapominajmy, że robili to wszyscy jej poprzednicy, którzy rządzili w Brazylii po upadku dyktatury w 1986 roku. To z pewnością był błąd, ale to nie jest powód, żeby ją odwoływać. Konstytucja mówi jasno, w jakich przypadkach można wszcząć procedurę impeachmentu i to nie jest jeden z tych przypadków.

Mimo że jest to wątpliwe prawnie, udało się to zrobić. Wystarczyło zebrać większość w parlamencie.

To ewidentnie jest wymówka dla opozycji. Zresztą paradoksalnie w nowym rządzie już trzech polityków zostało odsuniętych od władzy, bo też są oskarżeni w aferze Petrobrasu właśnie.

Wypłynęły też podsłuchy, w których nowe władze mówiły: „dobrze, że odsunęliśmy panią prezydent od władzy, bo teraz możemy zamieść aferę pod dywan”. Zatem wszystko wskazuje na to, że ten rząd jest bardziej umoczony w aferę niż ten, który został odsunięty od władzy.

Wszystko, co dzieje się teraz na tamtejszej scenie politycznej, brzmi jak okrutny żart. O wszczęciu procedury impeachmentu zdecydowała komisja licząca 65 członków, z których 37 jest zamieszkanych aferę Petrobrasu. Spośród 513 parlamentarzystów 300 jest podejrzanych... Kto tam teraz sprawuje władzę?

W tej chwili mamy rząd tymczasowego prezydenta Michela Temera, który wcześniej był wiceprezydentem. To jest przewodniczący największej partii brazylijskiej PMDB...

...również podejrzewany o udział w aferze Petrobrasu.

Owszem, ale nie tylko. Pojawiają się wobec niego nawet oskarżenia, że szpiegował na rzecz Stanów Zjednoczonych, co jest już bardzo mocnym oskarżeniem. Nad nim wiszą dużo poważniejsze podejrzenia niż wobec zawieszonej pani prezydent Rousseff.

Proszę zwrócić uwagę, że po raz pierwszy w historii igrzysk podczas ceremonii otwarcia prezydent nie został przedstawiony. On się po prostu bał, że go wygwiżdżą, bo dziś hasło „fora Temer”, czyli „przecz z Temerem”, jest chyba najpopularniejszym w Brazylii. PMDB to jest największa partia w Brazylii, a Temer ma tylko 2 proc. poparcia.

Załóżmy, że pani prezydent Rousseff nie wróci na stanowisko, co jest niemal pewne. Rządzić będzie Michel Temer, czy wobec niego również można wszcząć procedurę impeachmentu? Mówiło się o tym.

Tak, on z resztą teoretycznie nie może sprawować żadnej władzy przez 8 lat, więc dziwne jest, że pełni obowiązki prezydenta. Problem polega na tym, że gdyby to nie był Temer, czyli wiceprezydent kraju, następny w kolejce jest przewodniczący Izby Deputowanych. Do niedawna to był Eduardo Cunhia, który w tej chwili już jest w areszcie. Jeśli nie on, prawo przewiduje, że kolejny jest marszałek Senatu, ale ten też już jest aresztowany. I tak idąc po kolei, okazuje się, że w Brazylii już prawie nie ma osób, które mogłyby sprawować władzę.

W tym wszystkim pojawia się jeszcze były prezydent Lula, który jest w tym kraju niemal bohaterem narodowym. Kiedy odchodził po zakończeniu drugiej kadencji, miał 80 proc. poparcia w społeczeństwie.

Był, ale czy dalej jest, trudno powiedzieć

Lula został bardzo spektakularnie zatrzymany w celu doprowadzenia go do złożenia wyjaśnień. To było wielkie wodowisko, helikoptery, kajdanki, kamery. Podczas gdy wcześniej już był przesłuchiwany w sprawie Petrobrasu i sam stawiał się na żądanie.

To było ewidentnie kolejne polityczne przedstawienie. Nie wiem, czy jest winny czy nie, ale jak na razie jemu też nikt nic nie udowodnił.

Czytaj na stronie 2: czy to USA i międzynarodowe korporacje stoją za swoistym zamachem stanu w Brazylii?

To było uderzenie w niego, czy narzędzie, żeby trafić w panią prezydent Rousseff, która wywodzi się z jego politycznego środowiska, jest właściwie jego polityczną wychowanką?

We wszystkich. Pamiętajmy, że Partia Pracujących jest u władzy od 2003 roku. Popełniała błędy, ale moim zdaniem była najlepszą, jeśli chodzi o rozwój społeczno-gospodarczy Brazylii. I opozycja ma już tego dosyć. Jeśli po raz czwarty przegrała wybory, to szuka innych dróg, żeby przejąć władzę. I robi to właśnie w taki sposób. A Lula, choć odsunął się już od władzy, wciąż ma gigantyczne poparcie. Dzisiejsze sondaże pokazują, że dostałby się do drugiej tury wyborów prezydenckich.

Bo to Lula stworzył w Brazylii cud gospodarczy. Co takiego zrobił?

Złożyły się na to dwa podstawowe czynniki: niezależny od niego boom surowcowy i zbudowany przez niego popyt wewnętrzny. Przede wszystkim jednak Lula nie oddzielał kwestii gospodarczych od kwestii społecznych. Pamiętajmy, że Brazylia jest krajem wielkich nierówności, a on licznymi programami społecznymi zaczął to zmieniać. Wprowadził m.in. największy na świecie program społeczny - Bolsa Familía.

To ten nagrodzony tzw. społecznym Noblem?

Ten sam. Polegał na tym, że jeżeli dana rodzina nie spełni kryterium dochodowego, a ma dzieci, które chodzą do szkoły i nie opuszczają zajęć, a do tego są szczepione, wówczas rodzina otrzymuje świadczenie. I to rzeczywiście bardzo pomogło wielu ludziom. Pomogło nie tylko finansowo, ale podniosło też poziom skolaryzacji, poprawiło stan zdrowia, a nawet bardzo wielu ludzi się zarejestrowało, bo wcześniej nie byli nigdzie zewidencjonowani. Dzięki tym pieniądzom wzrosła wewnętrzna konsumpcja, ludzie zaczęli kupować rzeczy, do których my jesteśmy przyzwyczajeni – lodówki, pralki, zmywarki. W efekcie zyskał na tym cały kraj, i ci najbiedniejsi, i ci bogatsi, którzy im te towary sprzedawali.

Na to nałożył się boom na rynku surowców.

W 2009 roku Chiny kupowały od Brazylii 330 mln ton żelaza, po 181 dol. każda. Ale dzisiaj tona żelaza kosztuje około 40 dol., a Chiny kupują od Brazylii zaledwie 250 mln ton. Można więc sobie wyobrazić, jak to wpłynęło na przychody w brazylijskim budżecie.

Najpierw wywołało hossę, teraz głęboki kryzys.

Bo Lula też czegoś nie zrobił. Jest taki brazylijski ekonomista, zresztą polskiego pochodzenia, Ladislau Dowbor. To były doradca prezydenta Luli i jeden ze współtwórców programu Bolsa Familía. Dowbor wskazuje, że Brazylię obok kryzysu surowcowego dotknął także kryzys popytowy, bo wewnętrzna konsumpcja zmalała.

Dlaczego? Przecież świadczenia z programu Bolsa Familía nadal są wypłacane.

Bo kiedy Lula w 2003 roku kandydował, to była jego trzecia próba, by zostać prezydentem. Do tej pory cały czas bowiem straszono, że to jest komunistą, że zrobi z Brazylii drugą Wenezuelę, więc żeby uspokoić i media, i zagranicę, Lula podpisał tzw. list czerwca. Zadeklarował w nim, że w ogóle nie będzie ingerował w kwestie instytucji finansowych, nie będzie wpływał na poziom stóp procentowych.

Jak powiedział, tak zrobił. Tylko że teraz w Brazylii kredyty są niesamowicie wysoko oprocentowane. Ci, którzy dostali z programów społecznych dodatkowe pieniądze, kupowali te pralki i lodówki na raty, a oprocentowanie potrafi tam sięgać 100 proc. Ale tego nikt im nie mówił, a to są często ludzie słabo wykształceni. Szacuje się, że w 2006 roku średnio 19 proc. dochodów gospodarstw domowych szło na spłatę tego zadłużenia. Dziś idzie już prawie 46 proc., a to oznacza, że ludzie nie mogą więcej kupować. Dotyczy to też prywatnych przedsiębiorców, którzy w tej sytuacji nie mogą pozwolić sobie na kupno maszyn na kredyt lub w leasingu. Brak podstawowej wiedzy ekonomicznej wielu obywateli wykorzystywały też banki, które oferowały nowym klientom karty kredytowe. Tylko, że są to karty niewiarygodnie wysoko oprocentowane, to potrafi być nawet 600 proc. Ludzie wpadli w długi, popyt się zatrzymał.

I wreszcie, co nie mniej ważne, dług publiczny oprocentowany jest na poziomie 14 proc., podczas gdy w Europie ok. 1 proc. Kto na tym zarabia? Pośrednicy finansowi. Global Financial Integrity twierdzi, że 520 mld dol. właśnie z tego powodu nie jest reinwestowane w brazylijską gospodarkę. To jest ponad 28 proc. PKB. I to jest właśnie błąd poprzednich rządów, że nic z tym nie zrobiły, ale też nie mogły.

Brazylia jest siódmą gospodarką świata. W 2012 roku, u szczytu hossy była nawet szóstą, wyprzedzając na chwilę Wielką Brytanię. Mówiło się, że za chwilę na stałe wskoczy na jej miejsce. Ale to było, zanim zaczął się wielki kryzys. Czy dzisiaj są na to jeszcze jakiekolwiek szanse? I kto ewentualnie mógłby wprowadzić Brazylię ponownie na ścieżkę wzrostu?

Obecna władza na pewno nie, bo moim zdaniem prowadzi politykę dokładnie odwrotną do tej, która mogłaby sprzyjać wzrostowi. Myślę, że ten dobry czas dla Brazylii już minął, a swojej szansy na głębsze zmiany nie wykorzystali.

Ten kryzys wyprowadził ludzi na ulice. Nie tysiące, nie setki tysięcy, a miliony.

Bo to jest kraj, w którym żyje 200 mln ludzi. Ale to wcale nie kryzys i bezrobocie, które w ostatnich latach wzrosło z 6 do 12 proc. spowodowało falę protestów. Protesty zaczęły się w 2013 roku w Sao Paolo, kiedy władze lokalne chciały podnieść ceny biletów komunikacji miejskiej, a trzeba pamiętać, że usługi publiczne są na bardzo złym poziomie. Wtedy na ulice Sao Paolo wyszli ludzie. Policja, która w Brazylii jest bardzo agresywna, popełniła gigantyczny błąd - potraktowała tych ludzi bardzo brutalnie. I to był początek.

W konsekwencji zaczęły wychodzić kolejne grupy ludzi, w pewnym sensie w geście solidarności, ale powoli zaczęły zmieniać się transparenty. Zaczęły pojawiać się hasła przeciwne korupcji, no bo przecież właściwie każdy jest przeciwko korupcji, a z czasem pojawiały się też hasła antyrządowe. O ile na początku wyszli na ulice ludzie ubożsi, o tyle później to się odwróciło, bo ci, którzy są przeciwni władzy, to klasa bogatsza. Pokazały to nawet badania. Ci, którzy już w 2016 roku wychodziły na ulicę, to przede wszystkim ludzie biali, z wyższym wykształceniem i przeciętnie 2,5-krotnością średniej pensji.

Czego w takim razie chcą te białe zamożne elity?

Oni chcą przede wszystkim odwołania rządu. Poza tym nie podobały im się programy społeczne, bo ich zdaniem ich beneficjentom nie chce się pracować, a bogaci muszą ich utrzymywać. To nie do końca jest prawda. Brazylia wydaje na kwestie społeczne mniej niż większość państw. Średnio w OECD to jest 22 proc., Brazylia wydaje ok. 15, czyli tyle, ile Chile. Z tego 10 proc. idzie na system emerytalny, który zresztą wymaga reformy.

Teraz, od czasu impeachmentu ci ludzie zniknęli z ulic.

Dostali to, czego chcieli?

Elity dostały, czego chciały. Widać zmianę już nawet wręcz ideologiczną. W Brazylii ponad połowa ludności deklaruje się jako potomkowie afrykańskich niewolników. To jest drugi po Nigerii kraj pod względem ciemnoskórej ludności. A nowym rządzie są sami biali mężczyźni.

Jak daleko poszła ta zmiana? Lewicowi publicyści twierdzą, że tak naprawdę to Stany Zjednoczone przejmują władzę w Brazylii, bo Michel Temer pełniący obowiązki prezydenta działa na rzecz USA i międzynarodowych korporacji, które sprywatyzują wielkie niedawno odkryte złoża ropy. WikiLeaks twierdzi, że Temer od 2006 roku był informatorem ambasady USA w Brazylii.

Myślę, że te obawy są w dużej mierze uzasadnione, co widać po tym, jak w tej chwili prowadzi się politykę gospodarczą, jak bardzo rząd wycofuje się z różnych kwestii społecznych i jak bardzo dąży do prywatyzacji różnych dziedzin życia.

Prezydent Dilma Rousseff była w zawoalowanym konflikcie z władzami USA, zwłaszcza że kiedy ujawniono, że Stany Zjednoczone podsłuchiwały polityków, w tym np. Angelę Merkel, okazało się, że podsłuchiwana była również prezydent Rousseff. Kontakty na linii Brazylia - USA znacznie się ochłodziły, prezydent Rousseff zrezygnowała nawet z zaplanowanej już wizyty w USA.

Teraz ta zmiana władzy może mieć dla Stanów Zjednoczonych znaczenie. Z perspektywy międzynarodowych korporacji, które swoje źródła mają w USA, ten rząd będzie lepszy. Już jest.

Brazylia w czasie boomu gospodarczego jeszcze kilka lat temu starała wyrosnąć nie tylko na lidera w regionie, ale na całym świecie. Wraz z innymi krajami BRICS (Brazylia, Rosja, Indie, Chiny, RPA) miała tworzyć nowy ład gospodarczy. Ale te kraje przyszłości, jak je jeszcze niedawno nazywano, mają coraz większe problemy. Brazylia jest w głębokim kryzysie, Rosja, wiadomo, też ma kłopoty, Chiny spowalniają i nie wiadomo, czy poradzą sobie z własnymi problemami. Spotkałam się z teorią, że obalenie Dilmy Rousseff oznacza, że USA przystąpiły do rozbrajania grupy BRICS, a doprowadzając do zmiany władzy w Brazylii, czyszczą sobie przedpole do konfrontacji z najsilniejszymi – Rosją i Chinami.

Mam nadzieję, że tak nie jest. Pytanie, czy USA rzeczywiście mają taką władzę. Choć historia pokazuje, że mają.


Tagi: olimpiada 2016, wiadomości, gospodarka, najważniejsze, gospodarka światowa
Źródło:
money.pl
komentarze
+1
+1
ważne
smutne
ciekawe
irytujące
Napisz komentarz
27-08-2016

dcdcdWileki mi cos NASZ BYLY PREMIER slonce peru oficjanie koloaborowal z NIEMIASZKAMI za stolek w ue tak samo z ta co w smolensku wlasnymi rekami … Czytaj całość

27-08-2016

zmiznatam gdzie macza paluchy usa prędzej czy puzniej musi być syf

27-08-2016

jodikOdnieść można wrażenie że Olimpiady swoimi kosztami "dobijają" państwa które "wygrały" i Je organizują.

Rozwiń komentarze (11)