Tekst powstał w ramach projektu WP Opinie. Przedstawiamy w nim zróżnicowane spojrzenia komentatorów i liderów opinii publicznej na kluczowe sprawy społeczne i polityczne.
W Polsce nie ustają dyskusje na temat wpływu Ukraińców na różne dziedziny życia: bezpieczeństwo, ekonomię i rynek pracy. Co ciekawe, zazwyczaj zdanie opinii publicznej rozmija się z faktami. Jeżeli ograniczymy się do rynku pracy, to wbrew temu, co sądzi wielu Polaków, Ukraińcy nie zabierają nam pracy. A co z pensjami? Czy nie jest tak, że tak duża grupa pracowników gotowych wykonywać swoje obowiązki za niższe niż Polacy pensje obniża płace lokalsów? Odpowiedź na to pytanie jest prosta i brzmi "nie". Ale sprawa jest nieco bardziej zniuansowana. Jak więc wygląda wpływ Ukraińców na nasze wynagrodzenia?
ZUS o Ukraińcach
Według danych Zakładu Ubezpieczeń Społecznych w 2025 r. zgłoszonych do ubezpieczenia emerytalnego i rentowego (a więc pracujących na umowach o pracę, umowach zlecenia i prowadzących jednoosobowe działalności gospodarcze) było w sumie prawie 1,3 mln obcokrajowców, w tym prawie 860 tys. Ukraińców. Rok wcześniej było to odpowiednio – 1,2 mln i 790 tys. osób.
Zanim przejdziemy do kwestii płac powiedzmy raz jeszcze, że Ukraińcy nie zabierają pracy Polakom. Jednym z najbardziej jaskrawych przykładów jest to, że w Warszawie mieszka około 300 tys. cudzoziemców (stanowią 14,5 proc. mieszkańców), a bezrobocie w stolicy wynosi około 1,6 proc.
DLA CIEBIENajwiększe błędy przy wysyłaniu CV i szukaniu pracy - Filip Sobel II Pierwsza Praca #6
To oczywiście nie wystarczy, żeby powiedzieć, jaki wpływ na bezrobocie mają Ukraińcy w skali całego kraju. Warszawa jest przecież specyficznym miejscem z najbardziej chyba rozpędzonym rynkiem pracy w Polsce. Badanie opierające się na danych z wczesnych miesięcy putinowskiej inwazji - a więc z czasu największego szoku dla rynku pracy - przeprowadzone przez ekonomistów Piotra Lewandowskiego i Jana Gromadzkiego wskazuje na brak wpływu kadry ze wschodu na bezrobocie miejscowych (do tego opracowania jeszcze wrócimy).
Ukraińcy nie wyrzucają nas z pracy
Podobną, sprytną analizę na łamach Klubu Jagiellońskiego przeprowadził Jakub Terlikowski. Zestawił on ze sobą powiaty, do których po rosyjskim ataku przyjechało wielu migrantów z tymi, gdzie to zjawisko nie było tak widoczne. Jeżeli Ukraińcy mieliby powodować bezrobocie wśród Polaków, to byłoby to widoczne w tych miejscach, gdzie ich liczba gwałtownie wzrosła. I co? I nic. Efektu brak, Ukraińcy nie wyrzucają nas z pracy.
A jak jest z tymi płacami? Przecież jeszcze w 2015 r. pracujących migrantów w naszym kraju było niecałe 200 tys. Dzisiaj jest o milion więcej.
Według sondażu Personnel Service z początku roku 2024 przeprowadzonego na reprezentatywnej grupie ponad 1000 pracowników nieco ponad 40 respondentów wyrażało niepokój, że napływ kadry ze wschodu może obniżyć tempo wzrostu płac. Przeciwnego zdania było 32 proc. badanych.
Zacznijmy widokiem z wysoka. Przez dekadę realny wzrost średniej pensji w Polsce wyniósł 42 proc. Realny, czyli już z poprawką na inflację. Przypomnijmy – średnie wynagrodzenie w 2025 wyniosło 8900 zł brutto. Z poprawką na "dzisiejsze pieniądze" w 2015 zarabialiśmy przeciętnie mniej niż 6500 zł brutto.
Zarówno płaca przeciętna, mediana, jak i minimalna więc rosną. Wzrost mediany jest z reguły współbieżny ze wzrostem płacy średniej (średnia jest wyższa od mediany o około 20-25 proc.). Co ciekawe, najniższa płaca, z wyjątkiem ostatniego roku, w ostatniej dekadzie rosła szybciej niż średnia. Jednocześnie – przypomnijmy – spadało bezrobocie, żeby w okolicach 2020 r. zatrzymać się na rekordowo niskim poziomie około 3 proc. I do dzisiaj mniej więcej się na tym pułapie utrzymuje.
Jeśli więc spojrzymy z góry, to oczywistym jest, że pensje Polaków są coraz wyższe, a nie niższe. Co do tego nikt rozsądny nie ma żadnych wątpliwości.
Ale to oczywiście za duże piksele. Możliwe jest bowiem, że migranci hamują tempo wzrostu płac. "Spowolnienie wzrostu" nie jest oczywiście tym samym, co "spadek" i wie to każdy, kto np. nalewał wody do wanny. Analogicznym procesem do "spadku" byłoby tu wyciągnięcie korka. A procesem analogicznym do spowolnienia tempa wzrostu będzie zmniejszenie strumienia płynącej wody.
Efekt presji
Zobaczmy więc, co mówią o tym badania i analizy. I rzeczywiście w raporcie "OECD Economic Surveys: Poland" znajdujemy zdanie o tym, że od 2022 r. do początku roku 2024 uchodźcy (czy raczej uchodźczynie) przyczyniły się do wzrostu podaży pracy o 2 proc., co "złagodziło presję na wzrost płac". Dokładniejszych estymacji jednak w opracowaniu brak.
Badanie autorstwa ekonomistów w NBP Łukasza Postka i Małgorzaty Walerych opublikowane w prestiżowym czasopiśmie Economic Modelling potwierdza, że efekt presji mógł wystąpić. Badacze przyglądali się realnym płacom w 2014 i w 2022 r. W tym ostatnim okresie zauważyli, że fala ukraińskich migrantów dołożyła się do spadku płac realnych. Tak, wiem – przed chwilą pisałem, że od dekady nasze wynagrodzenia realne rosną. Ale to nie znaczy, że nie było w tym czasie ani jednego momentu, kiedy następował proces przeciwny.
Przypomnijmy, że mieliśmy wtedy do czynienia z ogromnym szokiem podażowym (pandemia) wzmocnionym wzrostem cen energii (reakcja na agresję putinowską). W wąskim, ale ekonomicznie dotkliwym okienku czasowym rzeczywiście płace spadały. I zdaniem badaczy dołożył się do tego pracownik ze wschodu.
W tym miejscu pojawiają się jednak dwa duże "ale". Pierwsze – badacze nie analizowali oddzielnie płac Polaków. Przyglądali się wynagrodzeniom w całej gospodarce, a więc również płacom migrantów, które są niższe niż płace miejscowych, potencjalnie również bardziej wrażliwe na kryzysy.
I druga sprawa: mamy co najmniej dwa opracowania, które nie potwierdzają tego efektu. Pierwszym jest wspomniane badanie Lewandowskiego i Gromadzkiego pod tytułem "Refugees from Ukraine on the Polish labour market" ("Uchodźcy z Ukrainy na polskim rynku pracy"). Tu ważna uwaga – większość opracowań odnoszących się do wpływu migrantów na polski rynek pracy odnosi się do Ukraińców, ponieważ to oni stanowią ogromną większość pracowników bez polskich paszportów.
Ekonomiści podkreślają, że szeroka literatura (czyli po prostu badania, a nie anegdoty zabarwione uprzedzeniami) na temat wpływu migrantów na rynek pracy sugeruje brak wpływu zarówno na bezrobocie jak i na płace miejscowych. Po drugie, zauważają to samo zjawisko (a raczej jego brak) również w Polsce. "Wyniki regresji sugerują, że napływ uchodźców nie wpłynął na sytuację na rynku pracy ludności polskiej ani innych migrantów" – stwierdzają. "Dostrzegamy zerowy wpływ (migrantów) na zarobki, zatrudnienie i stopę bezrobocia" – czytamy w analizie.
Do tych samych wniosków dochodzą analitycy Deloitte, którzy stworzyli raport na temat wpływu uchodźców ukraińskich na polski rynek pracy razem z Wysokim Komisarzem Narodów Zjednoczonych ds. Uchodźców. W ich analizie znów brak jest dowodów na to, że goście ze wschodu hamują wzrost polskich płac.
Jaki jest więc werdykt? Po pierwsze jasne jest, że (przynajmniej poza sytuacjami absolutnie kryzysowymi, jak wysoka inflacja) migranci nie obniżają płac Polakom. Po drugie najprawdopodobniej również nie hamują tempa ich wzrostu. Można oczywiście kręcić nosem na to, że omówione analizy odnoszą się tylko do specyficznej sytuacji pierwszych kilkunastu miesięcy po rozpoczęciu rosyjskiej agresji. Jednak to właśnie w tym momencie - największego chwilowego napływu migrantów powinniśmy czuć największy ich wpływ na rynek pracy. W czasie "bez szoku" takie zjawiska po prostu powinny być rozsmarowywane łagodniej po gospodarce.
Nawet jednak, jeżeli taki wpływ jest (na co nie mamy dowodów), to jest on na tyle delikatny, że nie może być odczuwany przez zwykłych ludzi.
Dlaczego więc tak wiele osób uważa, że Ukraińcy hamują wzrost płac (a niektórzy nawet są zdania, że je obniżają)? No cóż, tu wyjaśnienie jest banalne. Płace naprawdę w ostatnim czasie rosną wolniej niż na przykład w roku 2024 względem roku 2023. Co nie powinno dziwić, bo wtedy nadganialiśmy inflację i nasze portfele wręcz puchły – było to rekordowe tempo podwyżek w III RP. A takie El Dorado nie mogło trwać wiecznie. Już w zeszłym roku tempo przyrostu dochodów zwolniło (choć nadal pozostawało na wysokim poziomie). Tymczasem my, ludzie, interpretując trendy, uwielbiamy szukać przyczynowości tam, gdzie są zwykłe korelacje. Czasem zresztą te związki zmyślamy, ale to temat na inny tekst. Ludzie po prostu przypisują migrantom winę za zjawiska, za które nie odpowiadają. Byłby to pierwszy raz na świecie?