Trwa ładowanie...
Notowania
Przejdź na
oprac. WZI
|
aktualizacja

Miecz Damoklesa wisi nad bankami. "Pytanie, kiedy spadnie"

61
Podziel się:

Prezesi polskich banków ostrzegają przed nadciągającym kryzysem. Zwracają uwagę na piętrzące się problemy, do których analitycy dodają jeszcze jeden - nierozwiązane sprawy kredytów frankowych. - Wielu prezesów myśli, że linia orzecznicza się zmieni i banki zaczną wygrywać. Ja, jako prawnik, nie widzę specjalnie takich znaków. Dzisiaj ponad 90 proc. klientów wygrywa w sądzie, więc spodziewam się, że coraz więcej pozwów będzie kierowanych - powiedział w programie "Money. To się liczy" Andrzej Powierża, analityk DM Citi Handlowy.

Miecz Damoklesa wisi nad bankami. "Pytanie, kiedy spadnie"
Frankowicze wygrywają w sądach z bankami (East News, Piotr Molecki)

Damian Szymański, money.pl: Na początek kilka cytatów. "Powinniśmy być gotowi na wielki kryzys, który może się wydarzyć" – Brunon Bartkiewicz, prezes ING Banku Śląskiego. "Nastąpił niesłychany koktajl negatywnych czynników" – Przemysław Gdański, prezes banku BNP Paribas. "Scenariusze są złe albo bardzo złe i to oznacza dla naszych klientów duże turbulencje" – Michał Gajewski, prezes Santander Bank Polska. Na co musimy się szykować?

Andrzej Powierża, analityk Domu Maklerskiego Citi Handlowy: Tak jak wynika z tych cytatów, na niepewność, która nie bierze się z tego, co dzieje się w sektorze bankowym, ale z otoczenia. Te komentarze biorą się z tego, że zarządzający bankami próbują myśleć do przodu i ostrzegać zawczasu.

Historycznie bardzo często za bardzo skupialiśmy się na przeszłości, a cały czas brakuje mi myślenia o przyszłości i zapobiegania problemom, zamiast leczenia tego, co się już zdarzyło.

Dalszy ciąg artykułu pod materiałem wideo

Zobacz także: Pprezesi banków biją na alarm. Analitycy prognozują straty

Czy rzeczywiście mamy jakiś problem teraz?

Ja się posługuję liczbami. Mam prognozy wyników dla ośmiu banków, które obsługuję. Dla tych ośmiu banków przewiduję, że zaraportują one stratę. Stanie się tak, jeśli nastąpi kumulacja negatywnych czynników, o jakich mówili prezesi.

Czyli na przykład, jeżeli będziemy mieli w takim kształcie, jaki został uchwalony przez Sejm i jeśli skorzysta z nich zdecydowana większość kredytobiorców, a wydaje się to racjonalne z ich strony, to według moich obliczeń będzie to kosztować sektor około 20 mld zł.

Do tego mamy już ogłoszoną składkę, ponad 3 mld zł, na dobrowolny Fundusz Gwarancyjny, który ma wspierać restrukturyzację banków w problemach, zapowiedziany 1,4 mld złotych składki dodatkowej i cały czas nierozwiązany problem kredytów frankowych.

No tak, to jest miecz Damoklesa, który wisi nad bankami już od lat.

Wisi, ale pytanie, kiedy spadnie. I tu jestem bardziej pesymistyczny niż prezesi banków.

Co pan ma na myśli?

Wielu z nich myśli, że linia orzecznicza się zmieni i banki zaczną wygrywać. Ja, jako prawnik, nie widzę specjalnie takich znaków. Dzisiaj ponad 90 proc. klientów wygrywa w sądzie, więc spodziewam się, że coraz więcej pozwów będzie kierowanych.

Myślę, że rezerwy na kredyty frankowe będą rosnąć. Dla mojej ósemki, gdyby wyeliminować te czynniki, o których mówiliśmy, prognozuję 30 mld zł zysku. To byłoby dwa razy więcej, niż w zeszłym roku, bo mamy wysokie stopy procentowe i na razie niskie koszty ryzyka. Ale jeśli od tej kwoty odejmiemy te 20 mld zł dla sektora kosztów wakacji kredytowych, składki i miliardy na kredyty frankowe, to wychodzi, że końcowy wynik będzie około zera, może na minusie.

A pamiętajmy, że wynik to nie tylko coś, co banki sobie zapisują, a akcjonariusze i prezesi się cieszą. Zyski sprawiają, że rosną kapitały banków i zdolność udzielania kredytów. Upraszczając, to, ile bank może dostarczyć kredytowania, zależy od tego, ile ma kapitału.

Prezesi banków mówią wprost, że jest zagrożone kredytowanie gospodarki. I to w najgorszym możliwym momencie, kiedy grozi nam recesja. Czym to może skutkować?

Znowu parę liczb, bo od alarmistycznego słownictwa wolę konkrety. Wskaźnik kapitałowy Tier 1, który banki muszą spełnić, żeby móc zwiększać akcję kredytową, dla mojej ósemki na koniec trzeciego kwartału zeszłego roku wynosił 16 proc. Dzisiaj wynosi między 13 a 14 proc. Jego minimalny poziom to pomiędzy 9 a 10 proc.

Z jednej strony możemy powiedzieć, że jest świetnie, bo nadal jesteśmy dużo powyżej minimów. Ale z drugiej strony bardzo się do nich zbliżyliśmy przez dwa kwartały, i to takie, w których nie było jeszcze wakacji kredytowych.

Dlaczego tak się stało? Bo tu dochodzi kolejny element niepokojącej układanki, czyli wpływ cen obligacji na wskaźniki kapitałowe. Banki w ten sposób księgują swoje inwestycje w obligacje, że ich wycena w przeważającym stopniu nie wpływa na wyniki. Ale wpływa na te kapitały regulacyjne, które determinują możliwość udzielania kredytów.

Według szacunków, w ciągu ostatnich 16 miesięcy banki straciły ok. 24 mld zł ze swoich kapitałów w związku z wysokimi rentownościami obligacji. To jest sporo pieniędzy.

Tak jest. I to ogranicza zdolność banków do udzielania kredytów w przyszłości. Pytanie, gdzie się wzrost oprocentowania obligacji zatrzyma.

Pamiętajmy, że są pewne przepisy przejściowe, które w tym roku pozwalają bankom wykazać tylko 60 proc. strat na obligacjach. Ale przyjdzie przyszły rok i kolejne 40 proc. strat obniży kapitały banków.

Czym to może skutkować dla samych klientów banków?

Oddzielmy to, co możemy odczuć ze względu na otoczenie sektora, czyli inflację i wysokie stopy, od tego, co bierze się z problemów sektora.

W reakcji na inflację NBP podnosi stopy procentowe. Po co to robi? Żeby podmioty gospodarcze nie brały kredytów, a z drugiej strony, żeby ci, którzy mają środki, trzymali je na depozytach.

Ten mechanizm na razie średnio działa. Oprocentowanie kredytów hipotecznych rośnie w zastraszającym tempie, więc obciążenie gospodarstw domowych powinno być na tyle duże, że ograniczy konsumpcję. A tego efektu nie ma, bo mamy np. wakacje kredytowe.

Z drugiej strony powinniśmy zobaczyć podwyżki oprocentowania depozytów. Ja się spodziewałem, że to nastąpi po drugiej podwyżce stóp. Nastąpiło chyba po szóstej. Przede wszystkim dlatego, że sektor jest bardzo płynny, firmy mają dużo depozytów, więc banki nie musiały o nie walczyć.

Depozyty detaliczne przestały prawie rosnąć. W przeszłości zwykle wzrost był ok. 10 proc. rocznie. Teraz jest ok. 2 proc. rocznie. Jeśli pamiętamy o inflacji, to wartość depozytów gospodarstw domowych znacząco się zmniejszyła.

Zmniejszenie tempa wzrostu depozytów sprawiło, że konkurencja zaczęła narastać i proces wzrostu oprocentowania jest czymś naturalnym, choć nastąpił później, niż myślałem.

A uważa pan, że ten trend się utrzyma?

Wydaje mi się, że to oprocentowanie będzie rosło. Historycznie zawsze było tylko o kilka proc. niższe niż stopy rynkowe. W perspektywie roku istotnie się zwiększy.

Obserwuje pan sektor bankowy od lat. Pamięta pan, żeby już wcześniej ktoś tak mocno bił na alarm?

Ryzyk jest coraz więcej. Kondycja sektora zależy przede wszystkim od kondycji gospodarki. Przez lata można było spać spokojnie, bo sektor bankowy był dobrze skapitalizowany. Dalej jest powyżej minimów, bezpiecznie, ale do minimów się zbliża i to jest pierwsze światełko ostrzegawcze.

Kolejna rzecz, o której sektor mówi od dawna, to możliwość pozyskania nowego kapitału. Banki są na giełdzie, mogą wychodzić do akcjonariuszy. Ale akcjonariuszom trzeba zaproponować wysoką stopę zwrotu. Dlatego sektor alarmował, że stopy zwrotu z kapitału były za niskie.

Jeżeli dzisiaj na obligacjach skarbowych można mieć 7 proc., to przyjmuje się, że ok. 5 proc. więcej potrzeba, żeby przyciągnąć akcjonariusza. Historycznie te zwroty z kapitału były zwykle ok. 10 proc.

Przez to, że przez lata utrzymywaliśmy bardzo niskie stopy procentowe, mamy chyba najwyższy podatek bankowy na świecie, ta rentowność była niska. Dzisiaj, kiedy mogłaby być wyższa, wprowadzamy dodatkowe interwencje jak np. wakacje kredytowe. Chciałby pan zainwestować swoje pieniądze w sektor, któremu nagle w przyszłym roku ktoś zabierze 20 mld zł?

Damian Szymański, zastępca redaktora naczelnego money.pl

Masz newsa, zdjęcie lub filmik? Prześlij nam przez dziejesie.wp.pl
banki
kredyty
Oceń jakość naszego artykułu:
Twoja opinia pozwala nam tworzyć lepsze treści.
Źródło:
money.pl
KOMENTARZE
(61)
leszek
6 miesięcy temu
Panie Analityku Powierza. Jesze niech pamiętam Pan o oszustwie Getback w którym Pana bank czyli citi też uczestniczyl
Ewa
6 miesięcy temu
Prezesi zarabiają po 200 tys mcznie może nie j zarobią 15 tys a reszta na zyski banku
Zorro
6 miesięcy temu
Za darmo doradzam zadłużonym, oddzwaniam
Afan
6 miesięcy temu
A jaka będzie pensja prezesa banku notującego stratę ? Przecież taka sama jak notującego zysk więc o co prezesów bolą głowy ???
emeryt
6 miesięcy temu
Pamiętam jak frankowicze śmiali się z tych, którzy brali kredyty w złotówkach, więc jakoś mi ich nie żal. Dzięki nim banki podniosły nam opłaty.
...
Następna strona