Donald Tusk poinformował w poniedziałek, że centrum Europejskiej Agencji Kosmicznej będzie mieć siedzibę w Warszawie. Premier podkreślał, że Polska jest "europejskim czempionem" w kontekście inwestycji w przemysł kosmiczny, a "Europa nie może zostać w tyle w kosmicznym wyścigu z USA i Chinami".
- Jednym z celów Europejskiej Agencji Kosmicznej (ESA) jest budowa pierwszego polskiego statku kosmicznego, który będzie mógł zapewniać dużo większe możliwości transportowe między Ziemią a satelitami, serwisowania satelitów czy tankowania - mówił szef rządu w trakcie konferencji prasowej z udziałem dyrektora generalnego ESA.
Statek kosmiczny to nie rakieta
Co dokładnie premier miał na myśli? Zdaniem przedstawicieli branży warto na początku doprecyzować, czym jest "statek kosmiczny". - To nie to samo co rakieta, która jest nośnikiem. Zadaniem rakiet jest wyniesienie ładunku na orbitę i w tym momencie ich rola się kończy - tłumaczy prezes Europejskiej Fundacji Kosmicznej Łukasz Wilczyński.
Doszedł do miliardów. Mówi, jak zarobił pierwsze pieniądze
Statek kosmiczny to z kolei pojazd, który dopiero na orbicie zaczyna pracować: manewruje, dokuje do innych obiektów, przenosi ładunek, tankuje lub naprawia satelity. Mówiąc o "pierwszym polskim statku kosmicznym", premier nie miał więc na myśli odpowiednika Starshipa czy załogowego promu - wyjaśnia Wilczyński.
- Chodzi o znacznie mniejszą, ale strategicznie ważniejszą klasę pojazdów, czyli orbitalne holowniki i satelity serwisowe, zdolne przedłużać życie innych satelitów, korygować ich orbity czy usuwać kosmiczne śmieci - komentuje ekspert.
Nowatorski kierunek, nowy rynek z perspektywami
Grzegorz Brona, szef wiodącej polskiej firmy z sektora kosmicznego Creotech Instruments, potwierdza w rozmowie z money.pl, że słowa premiera nie są pomyłką ani przejęzyczeniem. - Taki projekt jest już w Polsce rozwijany pod nazwą "Raven". Zajmuje się tym spółka PIAP Space w bliskiej współpracy z ESA. My również jesteśmy w to zaangażowani jako dostawca platformy i integrator systemu - mówi nam prezes Creotechu.
Pierwsza część tego projektu jest już gotowa. Planowany termin zakończenia drugiego etapu, w tym wyniesienia statku na orbitę, to 2029 r. Mówimy więc o krótkiej perspektywie kilku lat, a nie odległych dziesięcioleci - podkreśla Grzegorz Brona.
Ekspert ocenia, że to nowatorski kierunek rozwoju dla branży kosmicznej, który niesie ze sobą dużo szans dla polskiego biznesu. - Budowa takiego statku to bardzo ważny projekt na arenie europejskiej w dziedzinie tzw. orbital servicingu. Otwiera się przed nami zupełnie nowy rynek, bo dotąd satelity były pasywne. Jeśli traciły paliwo, to obniżały swoją orbitę i spalały się w ziemskiej atmosferze, przez co stawały się bezużyteczne - tłumaczy prezes Creotechu.
- Teraz mamy możliwość rozwijania technologii, które pozwolą na autonomiczne zarządzanie satelitami na orbicie przez inne statki, w tym np. na ich tankowanie - dodaje. Grzegorz Brona zwraca uwagę, że do wyścigu w tej kategorii stanęli już Amerykanie. - Europa też musi iść w tym kierunku. I choć to temat nowy i technologicznie wymagający, Polska zaczyna się w nim specjalizować - stwierdza.
Podobnie uważa szef Europejskiej Fundacji Kosmicznej, Łukasz Wilczyński. - Prognozy mówią o rynku in-orbit servicing wartym kilkanaście miliardów dolarów w perspektywie 2035 r. i rosnącym w tempie kilkunastu procent rocznie - komentuje.
Polska ma tu konkretne atuty. To kilkaset firm współpracujących z ESA oraz mocne kompetencje w robotyce, automatyce i podzespołach. Nie musimy budować wszystkiego samodzielnie - musimy zająć właściwe, wysokomarżowe miejsce w europejskim łańcuchu wartości. To jest realna potrzeba i realna szansa, a nie science fiction - mówi Wilczyński w rozmowie z money.pl.
Nasi rozmówcy zastrzegają, że polegają wyłącznie na własnej wiedzy i znajomości branży. Zapytaliśmy kancelarię premiera, jaki dokładnie projekt związany z budową "polskiego statku kosmicznego" miał na myśli Donald Tusk. Do czasu publikacji tego tekstu nie dostaliśmy odpowiedzi.