Dwie twarze długowieczności. Wydłużenie wieku emerytalnego nie wystarczy [OPINIA]

W kontekście starzenia się ludności w polskich mediach od lat dominuje dyskusja o wydłużeniu wieku emerytalnego. Jednak dla biznesu, polityki społecznej oraz mediów międzynarodowych ciężar zaczyna przesuwać się z rynku pracy i wysokości emerytur na bardziej całościową perspektywę, jaką jest długowieczność – piszą dla money.pl Paweł Kubicki, Zofia Szweda-Lewandowska, Andrzej Klimczuk.

Wydłużony wiek emerytalny nie wystarczyPóźniejszy wiek emerytalny nie wystarczy jako odpowiedź na coraz dłuższe życie
Źródło zdjęć: © Adobe Stock
Paweł KubickiZofia Szweda-Lewandowska
  • Wydłużenie życia to z jednej strony wielkie osiągnięcie, a z drugiej narastająca presja na finanse publiczne i "wyzwanie dla systemów emerytalnych".
  • Sama zmiana ustawowa nie wystarczy – konieczne jest budowanie rozwiązań, które dadzą realną "zachętę do dłuższej aktywności zawodowej".
  • Bez odpowiedniej profilaktyki i dbania o kondycję seniorów utrzymanie wyższego "efektywnego wieku emerytalnego" okaże się niemożliwe.
  • Rynek pracy wymaga elastycznego zatrudnienia, stwarzania szans na "reskilling" oraz eliminowania dyskryminacji ze względu na wiek.

Mieści się w tej dyskusji cała opowieść o srebrnej gospodarce: starszych jest coraz więcej i mają coraz więcej pieniędzy, a polityki publiczne i strategie biznesowe dopiero uczą się to zauważać. W Japonii rynek materiałów chłonnych dla dorosłych już przerósł rynek dla niemowląt. Dotyczy to zresztą wszystkich sektorów – od żywności i rozrywki po nieruchomości i rynek zdrowotny, gdzie osoby starsze mają dziś około jednej trzeciej udziału, a wkrótce przejmą połowę.

Skala jest policzalna: według ubiegłorocznego raportu Bocconi i Allianz "Live Long and Prosper. Part I – The Silver Economy" osoby po 50. roku życia wytwarzają 34 proc. globalnego PKB i odpowiadają za połowę wydatków konsumpcyjnych, a do 2050 r. ich udział w konsumpcji ma sięgnąć 60 proc. Druga strona bilansu: unijne wydatki na emerytury, zdrowie i opiekę długoterminową mają wzrosnąć z 24 proc. PKB w 2022 r. do blisko 28 proc. w 2050 r., przy czym będą to głównie wydatki na jednoosobowe gospodarstwa domowe – obecnie 35 proc. starszych Europejczyków mieszka samotnie.

Zbieżną diagnozę stawia opublikowany 14 lipca trzeci raport demograficzny Komisji Europejskiej: populacja UE osiągnie szczyt w 2029 r. (453,3 mln), udział osób 65+ wzrośnie z około 20 proc. dziś do 30 proc. w 2050 r., przy czym Bruksela formułuje postulat przejścia "od społeczeństwa starzejącego się do społeczeństwa długowieczności".


WIDEO
Tyle emeryci potrzebują na godne życie. "Co to jest 180 zł podwyżki?"


Długowieczne społeczeństwo. 90 lat będzie normą?

Jak opisuje to prof. Andrew J. Scott, ma to być przejście od srebrnej do "wiecznie zielonej gospodarki" polegające na poszerzeniu uwagi nie tylko na starsze roczniki, ale na całe długowieczne społeczeństwo. Wymaga to innego spojrzenia na bieg życia, czyli przyjęcia wieku 80–90 lat jako przeciętnej długości życia każdego obywatela i odrzucenia scenariusza, w którym wszystko domyka się wraz z 60.-65. rokiem życia i symbolicznym wejściem w starość wraz z osiągnięciem wieku emerytalnego.

Dodatkowo w koncepcji tej zakłada się, że istotniejszy od wieku kalendarzowego (metrykalnego) jest wiek funkcjonalny, czyli faktyczne możliwości psychofizyczne danej osoby. Scott określa też wiecznie zieloną gospodarkę mianem "trzeciego rynku", w którym nie sprzedaje się obietnicy nowej młodości, lecz podtrzymuje się zdrowie i sprawność w starzeniu się. W tej gospodarce ma być mniej nagłych interwencji zdrowotnych, a więcej profilaktyki – polityka ma być rozliczana z lat przeżytych w zdrowiu, bez znacznych ograniczeń w funkcjonowaniu wynikających z pogarszającego się stanu zdrowia. Ponadto kluczowe decyzje mają być podejmowane pod kątem sprawiedliwości międzypokoleniowej, aby dłuższe życie nie odbywało się na koszt młodszych pokoleń, które zostaną z rachunkiem nie do spłacenia, a w konsekwencji z brakiem możliwości zabezpieczenia własnej starości.

Porażka dyskusji

I w tym miejscu przebiega główna linia porażki dotychczasowych dyskusji o przygotowaniach do długowiecznej gospodarki i zmianie sposobu myślenia o organizacji życia społecznego. Opublikowana 21 lipca w "The Lancet Public Health" analiza "Global Burden of Disease 2023" wskazuje na lukę zdrowotną lub dług zdrowotny, czyli różnicę między długością życia a długością życia w zdrowiu. W ciągu pokolenia luka wydłużyła się globalnie z 8,8 roku w 1990 r. do 10,7 roku w 2023 r. i powiększyła się w 203 z 204 krajów.

Najszersze luki mają kraje najbogatsze – Stany Zjednoczone 14,0 roku, Australia 13,9, Kanada 13,7 – a kobiety, żyjąc dłużej, płacą za to większą liczbą lat w chorobie i niepełnosprawności: 12,1 roku wobec 9,3 u mężczyzn. Za ponad połowę tych lat odpowiadają schorzenia mięśniowo-szkieletowe, zaburzenia psychiczne, utrata słuchu oraz upadki i urazy – problemy do odroczenia profilaktyką i rehabilitacją, a nie np. przełomową biotechnologią. Wydłużanie życia postępuje więc szybciej niż wydłużanie życia w zdrowiu, a hipoteza kompresji chorobowości w starości empirycznie się nie sprawdza.

Polska jest kilka lat za europejską czołówką – i w długości życia, i w latach życia w zdrowiu. Zgodnie z danymi GUS za rok 2024 średnie dalsze trwanie życia dla kobiet wynosi 82,3, a dla mężczyzn 74,9, w tym odpowiednio w zdrowiu 65,3 i 61,6 roku. We wszystkich krajach widać też nierównowagę, gdzie lepiej wykształceni i bogatsi żyją przeciętnie nieco dłużej i w lepszym zdrowiu, z czym wiąże się szereg czynników powiązanych z sytuacją zawodową, stylem życia, w tym aktywnością fizyczną, ale też większymi możliwościami współfinansowania lepszej jakości usług zdrowotnych, kupowania lepszej żywności czy wykonywania mniej obciążającej fizycznie pracy. Indywidualnie widać to w dłuższej aktywności zawodowej, w zmianach stylu życia i w rosnących obowiązkach opiekuńczych wobec rodziców i dziadków. Taka opieka, zwłaszcza nad osobami z chorobami otępiennymi, potrafi trwać latami i wyczerpywać – a rachunek za nią opiekunowie zapłacą później własnym zdrowiem i własną emeryturą.

Wyzwanie dla rynku pracy

Rynek pracy jest tu dobrym testem tego, jak daleko rozchodzą się deklaracje i realia. Z częściowych wyników 9. rundy badania SHARE, przedstawionych niedawno na Kongresie Statystyki Polskiej przez prof. Agnieszkę Chłoń-Domińczak, wynika, że większość osób po pięćdziesiątce deklaruje zadowolenie z pracy – ale po dopytaniu o obciążenie fizyczne, presję czasu, autonomię, szkolenia, uznanie i wynagrodzenie zadowolonych pozostaje już tylko 21 proc. Oznacza to, że blisko 80 proc. pracowników 50+ doświadcza ograniczonej satysfakcji z pracy, co stawia Polskę w połowie stawki – wypadamy wyraźnie gorzej niż np. Izrael, Szwecja, Dania i Niderlandy. Zależność jest dwukierunkowa: tam, gdzie satysfakcja jest wyższa, więcej osób w wieku 55–64 lat zostaje na rynku pracy; brak uznania i perspektyw wypycha na emeryturę.

Tło demograficzne tej dyskusji jest brutalnie proste: w dekadzie 2014–2024 ubyło w Polsce prawie 2,5 mln osób w wieku 15–64 lat, a przybyło niemal 1,9 mln osób po 65. roku życia. Jednocześnie przesuwa się społeczna definicja starości. Badania CBOS pokazują, że o ile w 1998 r. Polki i Polacy za początek starości uznawali wiek 61 lat, to w 2026 r. wskazują już na 67. rok życia. Z tych badań wynika też, że około 19 proc. emerytów pracuje i większość z nich chce pracować "jak długo będzie to możliwe"; wśród niepracujących co trzeci za główny powód wskazuje na zły stan zdrowia. Sprzeczność jest oczywista: starość ma zaczynać się później, ale na emeryturę chcemy przechodzić w tym samym – czyli niższym – wieku. Możliwe publiczne odpowiedzi na tę sytuację to np. zachęty finansowe rosnące z każdym rokiem pracy po osiągnięciu wieku emerytalnego (choćby ulga podatkowa dla pracujących i niepobierających świadczenia), przeciwdziałanie ageizmowi w zatrudnieniu oraz kultura zarządzania wiekiem – ze ścieżkami awansu i nazwami stanowisk oddającymi rosnące kompetencje. Logika tych propozycji jest taka jak u Scotta: zamiast jednej daty odcięcia – stopniowalne przejścia.

Co zrobi biznes?

Dla biznesu rosnąca grupa osób, które chcą opóźnić konsekwencje starzenia się organizmu, to rosnący rynek – po części trafnie nazwany "ageizmem ubranym w laboratoryjny płaszcz" – jak określiła to niedawno antropolożka dr Theresa MacPhail w "The Guardian". Krytyka dotyczy nie produktów i usług, lecz ram poznawczych. Otóż kultura długowieczności łatwo zamienia się w nowy "kult młodości" opowiedziany językiem biomarkerów, w którym starzenie się jest defektem do naprawy, a nie fazą życia. Trudno o gorszy punkt wyjścia dla polityki, która ma przekonać ludzi, że przed nimi jeszcze 30–40 lat wartych zaplanowania. Różnica między klasyczną narracją "anti-ageing" a współczesną koncentracją na "healthspan" (latach wolnych od chorób przewlekłych i niepełnosprawności) nie jest więc kosmetyczna: pierwsza sprzedaje odwrócenie czasu wąskiej grupie, a druga ma wydłużać sprawność całych populacji.

Z perspektywy Instytutu Gospodarstwa Społecznego SGH, który niedawno rozpoczął współpracę z Luke’iem Yoquinto z MIT AgeLab, kluczowe znaczenie mają przede wszystkim rozważania dotyczące lokalnych i regionalnych polityk społecznych, w tym na ile Warszawa mogłaby stać się nowym ośrodkiem długowieczności, na kształt miejsc opisywanych w książce "Longevity Hubs: Regional Innovation for Global Aging" (MIT Press, 2024) pod redakcją Yoquinto i Josepha Coughlina. Hub długowieczności to "Dolina Krzemowa starzenia się" – region o nieproporcjonalnie dużej koncentracji innowacji, firm i badań adresowanych do starszych prosumentów. Powstaje tam, gdzie spotykają się uczelnie i szpitale kliniczne, kapitał cierpliwy wobec dłuższego horyzontu zwrotu, projektowanie uniwersalne w transporcie i mieszkalnictwie, dane o starzeniu się oraz urzędy, które innowacje kupują, a nie tylko nagradzają. Warszawa ma realne aktywa – zaplecze badawcze, dostępny transport publiczny, duży sektor IT i technologii medycznych – i równie realne deficyty: rozproszoną odpowiedzialność instytucjonalną, brak wyspecjalizowanego kapitału i niedorozwiniętą opiekę geriatryczną, bez której żaden ośrodek długowieczności nie będzie wiarygodny.

W przypadku Warszawy i po części innych dużych polskich miast, jeśli uwzględnić wymiary modelu ośrodka długowieczności – bilans wychodzi zaskakująco jednoznaczny. Dobrze rozwinięte mamy dwa: badania i rozwój – choć są rozproszone między instytucjami, oraz transport i mobilność – np. windy na wszystkich stacjach metra oraz niskopodłogowa flota autobusowa, które dają przewagę realną, a nie deklaratywną. Połowicznie pokryte są trzy wymiary: innowacje (silny healthtech bez orientacji na długowieczność), polityka senioralna (bez komponentu innowacyjnego) i infrastruktura cyfrowa (przy głębokim wykluczeniu osób po 65. roku życia). Brakuje wyspecjalizowanego sektora agetech, bardziej zaawansowanej opieki geriatrycznej, usług finansowych projektowanych pod dłuższe życie, żywego laboratorium innowacji, mieszkań dostępnych cenowo i – być może przede wszystkim – pozytywnej narracji o późnym i dłuższym życiu. Jednocześnie należy zaznaczyć, że koncepcja ośrodków długowieczności różni się od sieci miast i gmin przyjaznych starzeniu się WHO. Tam stawką jest bowiem jakość życia, a tu rozwój gospodarczy – rynki, eksport innowacji, kapitał. Kluczowa luka nie leży jednak w żadnym pojedynczym wymiarze. Ośrodek wyłania się wtedy, gdy opłaca się bliskość uczelni, szpitali, firm i inwestorów. Warszawie brakuje właśnie tej struktury przepływów, a nie kolejnych instytucji. Bariery są zatem trzy: narracyjna, instytucjonalna i kapitałowa.

Dwie twarze długowieczności

Wróćmy do dwóch twarzy długowieczności - tej gospodarczej i tej społecznej. W ciągu 15–20 lat albo będziemy pracować dłużej, albo zderzymy się nie tylko z brakiem rąk do pracy, ale przede wszystkim z masowym ubóstwem kobiet, które nie zdążą odłożyć na ostatnie 20–25 lat życia, także z coraz większym rozwarstwieniem między bogatszymi i zdrowszymi a uboższymi i bardziej schorowanymi osobami starszymi, z biznesem zarabiającym na tym, by różnica w zdrowiu i wydatki na podtrzymanie sprawności z prywatnych kieszeni tylko rosły.

Drugą, ważniejszą i nie tak "odmłodzoną" twarzą długowieczności jest polityka publiczna: wydłużanie nie tyle życia, ile zdrowia – masowo i niekomercyjnie – oraz rozbudowa opieki długoterminowej. Unijne instrumenty tę logikę już porządkują, choć nierówno. Pierwszy filar to komunikat Komisji Europejskiej z 11 października 2023 r. "Zmiana demograficzna w Europie: zestaw narzędzi do działania". Bazuje on na czterech wymiarach: wsparcie rodziców w wychowaniu dzieci; dostęp młodszych pokoleń do edukacji, pracy i mieszkań; wzmocnienie pozycji zawodowej starszych pokoleń przez reformy rynku pracy; oraz zarządzanie legalną migracją. To właśnie w tym dokumencie Komisja formułuje wprost cel przekształcenia społeczeństwa starzejącego się w społeczeństwo długowieczne i szacuje potencjał srebrnej gospodarki. Drugi filar to przyjęta 5 marca 2026 r. pierwsza w historii strategia na rzecz sprawiedliwości międzypokoleniowej, która przenosi ciężar z retoryki na pomiar: zapowiada wskaźnik oceniający, jak państwa dbają o interesy młodszych i przyszłych pokoleń, szkolenia administracji z analizy długoterminowych skutków decyzji oraz forum demograficzne. Oba te narzędzia patrzą na bieg życia w całości i mierzą politykę jej skutkami dla pokoleń, które dziś jeszcze nie głosują. Działają jednak przez koordynację i zachęty, nie przez twarde zobowiązania – ciężar decyzji pozostaje krajowy.

Punktem zwrotnym w świetle tych planów Komisji Europejskiej ma być profilaktyka, np. schorzenia mięśniowo-szkieletowe, zdrowie psychiczne, słuch, upadki – usługi relatywnie tanie i mało prestiżowe, a nie laboratoria obiecujące odwrócenie wieku biologicznego. Sęk w tym, że koszty długowieczności są dziś rozłożone najbardziej niesprawiedliwie na kobiety, które żyją dłużej, dłużej chorują, częściej opiekują się innymi i częściej dysponują niższym świadczeniem emerytalnym. Nie biorąc pod uwagę tych realnych wyzwań będziemy zmierzać szybkim krokiem do dystopii znanej z filmów i książek, gdzie wąska grupa najzamożniejszych żyje coraz dłużej i w coraz lepszym zdrowiu, a dla większości dłuższe życie oznacza więcej lat w chorobie i zależności od innych. Stąd już blisko do sytuacji, w której publiczna debata o eutanazji zastępuje debatę o opiece – a takie głosy pojawiają się coraz częściej.

Dr hab. Paweł Kubicki, dr Zofia Szweda-Lewandowska, dr Andrzej Klimczuk z Katedry Polityki Społecznej w Szkole Głównej Handlowej w Warszawie

Wybrane dla Ciebie