Jacek Losik, Money.pl: Jak pan ocenia założenia budżetu państwa na przyszły rok?
Dr Łukasz Bernatowicz, prezes Związku Pracodawców Business Centre Club (BCC), który bierze aktywny udział w pracach nad budżetem państwa w ramach Rady Dialogu Społecznego: Budżet jest, łagodnie rzecz ujmując, napięty. Wynika to przede wszystkim z ogromnych kosztów, które ponosimy na zbrojenia, i tego nikt normalny nie może kwestionować. Równolegle od lat mamy bardzo mocno rozbudowane wydatki socjalne, które niestety nie wytrzymują konfrontacji z realiami gospodarczymi. To są decyzje polityczne, nie gospodarcze. Nikt nie walczy z tymi wydatkami, żeby nie narazić się wyborcom. Ponieważ w przyszłym roku mamy kolejne wybory, nie spodziewaliśmy się, że rząd jakoś je uszczupli, chociaż bardzo by się to przydało. To, co nas niepokoi, to fakt, że mamy wydatki socjalne na poziomie krajów skandynawskich, ale wciąż zupełnie inne dochody.
W jaki sposób rząd próbuje zrównoważyć te wydatki?
Nasz budżet nie udźwignie jednoczesnych wydatków zbrojeniowych i socjalnych na takim poziomie, więc gdzieś trzeba szukać oszczędności. Na razie rząd szuka dodatkowych dochodów, a warto by raczej poszukać oszczędności. Ostatni ruch dotyczący PIT i CIT to delikatna ulga dla klasy średniej, ale jednocześnie duża podwyżka podatku CIT dla największych firm. Rząd szuka więc dodatkowych dochodów, bo prawdopodobnie wpływy z CIT będą wyższe niż straty dla budżetu wynikające ze zmian w PIT. My powtarzamy: trzeba szukać oszczędności w wydatkach socjalnych. O to apelujemy.
WIDEORozwój Plus kolejnym "rzecznikiem najbogatszych"? Schreiber odpowiada
Dlaczego jest to tak trudne?
Mamy rok wyborczy, a premier Donald Tusk obiecał jeszcze przed poprzednimi wyborami, że "co było dane, nie będzie odebrane". Chodzi o 800+, trzynastą i czternastą emeryturę czy nowe świadczenia, jak "babciowe". Na dłuższą metę tych wydatków nie udźwigniemy, więc nasze zadłużenie wzrasta. Nasze obligacje jeszcze się dobrze trzymają, ale obsługa zadłużenia zagranicznego na potrzeby deficytu budżetowego jest coraz droższa.
Jakie są zagrożenia związane z takim podejściem?
Jesteśmy na granicy konstytucyjnych hamulców zadłużenia, a być może już je naruszyliśmy. Jeśli dalej będziemy się tak zadłużać, obsługa tego długu będzie pożerać coraz więcej środków budżetowych. To równia pochyła, z której bardzo ciężko zawrócić. Agencje ratingowe utrzymały naszą ocenę, ale z zastrzeżeniami wynikającymi właśnie z deficytu. Jeżeli on się utrzyma i nasz rating zostanie obniżony, obsługa zadłużenia znowu wzrośnie. Nieważne, kto wygra wybory, będzie musiał się z tym zmierzyć.
W jaki sposób te problemy odczuje zwykły obywatel? Myślę, że dla wielu ludzi ważniejsze jest utrzymanie np. 800+, które jest bardziej odczuwalne w portfelu, niż poprawa "abstrakcyjnych" finansów publicznych. Trudno politykom przekonać wyborców, że trzeba zaciskać pasa.
800+ powinno zostać, tego nie kwestionuję, bo wiele rodzin wyprowadziło na prostą. Tego nie da się cofnąć. Prawda jest jednak taka, że nie każdy powinien to świadczenie otrzymywać. Jeżeli ktoś zarabia 20 tysięcy złotych miesięcznie, 800 plus na każde dziecko nie powinno mu się należeć. Powinno ono trafiać do tych, którzy naprawdę je potrzebują. To samo dotyczy emerytur. Są tacy, którzy pobierają kilkanaście tysięcy emerytury – pytanie, czy powinni dostawać trzynastą i czternastą, skoro budżet jest w takim stanie? Te dodatki powinni otrzymywać ci, którzy mają naprawdę niskie świadczenia. Jest tu pole manewru, ale z przyczyn czysto politycznych nikt go nie wykonuje.
A jeśli doprowadzimy finanse publiczne na skraj, to jak to odczujemy?
Wszystko będzie droższe. Dla obywatela oznacza to wyższe stopy procentowe, droższy kredyt konsumpcyjny czy hipoteczny, droższą każdą walutę zagraniczną przy okazji wyjazdów. Będziemy mieli też droższe towary z importu. Ostatecznie może się to skończyć po prostu podwyżką podatków. Nie mówię, że to się stanie w przyszłym roku, ale jeżeli będziemy dalej w tym tempie się zadłużać, to niewątpliwie nastąpi. Taka jest nieuchronna logika tego cyklu. Pytanie, kiedy przekroczymy tę cienką czerwoną linię, po której będzie za późno. Mam nadzieję, że minister finansów to wie.
Wspomniał pan o obligacjach. Polacy się bogacą, chcą zabezpieczać oszczędności, a nie każdy chce ryzykować na giełdzie. Czy w sytuacji, gdy finanse państwa są w coraz gorszym stanie, obligacje skarbowe to wciąż dobry pomysł na lokowanie pieniędzy?
Obligacje skarbowe są najbezpieczniejszym instrumentem. Jeżeli ktoś obawia się ryzyka giełdowego, inwestowania w fundusze czy kryptowaluty, to obligacje są dla niego. Może tylko lokata bankowa jest bezpieczniejsza, ale na niej się nie zarabia. Musiałoby dojść do armageddonu, żeby Skarb Państwa nie wywiązał się ze swoich zobowiązań. Nie widziałbym tu żadnych czarnych łabędzi na horyzoncie.
Na czym zatem polega problem z obligacjami?
Obligacje skarbowe adresowane do obywateli to co innego niż te emitowane dla inwestorów zagranicznych. Tu może być problem, bo oni za ryzyko, które finansują, mogą sobie policzyć wyższe koszty, czyli rentowność tych obligacji będzie wzrastać. Obserwujemy to chociażby na przykładzie Stanów Zjednoczonych. Inwestorzy się cieszą, ale Fed (bank centralny USA - red.) wręcz przeciwnie. To pokazuje, że rynek finansowy jest sprawiedliwy i dotyka nawet największych graczy. Istnieje oczywiście margines do lokowania środków na giełdzie, czy to naszej, czy nowojorskiej, ale wszystko zależy od ryzyka, jakie ktoś chce podjąć. Obligacje państwowe finalnie są najbezpieczniejszym miejscem do lokowania oszczędności.