Minister cyfryzacji potwierdził w środę po południu, że doszło do wycieku danych, które mogą dotyczyć m.in. leków i recept 19 milionów Polaków. Atak hakerski wymierzony był w systemy firmy MyDr.
Firma ta oferuje oprogramowanie medyczne, które służy do zarządzania wizytami oraz obsługi przychodni i gabinetów. Z tego powodu w bazach przedsiębiorstwa znajdują się niezwykle wrażliwe informacje o pacjentach.
WIDEOWyścig gigantów po Żabkę. Analityk zwraca uwagę na "przeciek"
Wyciek to może być dopiero początek. "Przestępca dostaje bardzo silne narzędzie"
Specjaliści do spraw bezpieczeństwa w sieci podkreślają, że sama liczba skradzionych rekordów - 19 milionów - to tylko część problemu. Najważniejsze jest to, jakie dokładnie informacje trafiły w ręce przestępców i do czego posłużą w przyszłości.
Jeżeli wyciek obejmuje dane pozwalające powiązać konkretną osobę z placówką medyczną, wizytą czy innym elementem korzystania z ochrony zdrowia, przestępca dostaje bardzo silne narzędzie do stworzenia wiarygodnego oszustwa. Wiadomość o konieczności potwierdzenia wizyty, dopłacie do badania, recepty czy aktualizacji danych może wyglądać znacznie bardziej przekonująco, jeżeli zawiera prawdziwe informacje o odbiorcy. Dlatego po dużych wyciekach szczególnie niebezpieczna jest ich druga fala - phishing, próby przejęcia kont i wyłudzenia pieniędzy
Zjawisko phishingu polega na podszywaniu się pod zaufane instytucje. W tym przypadku oszuści mogą wysyłać fałszywe wiadomości SMS lub e-maile. Złodzieje mogą poprosić w nich na przykład o drobną dopłatę do rzekomej e-recepty. Posiadanie prawdziwych danych medycznych pacjenta sprawia, że taka fałszywa wiadomość skutecznie usypia czujność ofiary.
Czego dotyczą wykradzione dane
Wykradzione dane mogą zawierać np. historię leków, które lekarze przepisali pacjentom. Szef resortu zaznaczył, że nie każdy przejęty numer PESEL wiąże się z ujawnieniem pełnej dokumentacji medycznej. Nazwał jednak tę sytuację jednym z największych incydentów w historii naszego kraju.
W środę minister Gawkowski przekazał, że z oprogramowania zaatakowanej firmy korzysta 12 tysięcy placówek ochrony zdrowia w całej Polsce. Jej systemy zostały zablokowane, a zainfekowaną infrastrukturę odłączono od sieci. Wicepremier przekazał również, że za kradzieżą stoją najprawdopodobniej cyberprzestępcy, a nie obce państwa. Polskie władze kategorycznie wykluczyły zapłatę jakiegokolwiek okupu.
Wiarygodność hakerów pod lupą
Sytuację utrudnia fakt, że część doniesień o skali ataku pochodzi od samych sprawców. Eksperci zalecają ostrożność w ocenie deklaracji przestępców.
– Jeżeli rzeczywiście doszło do ataku, a ich żądania finansowe nie zostały spełnione przez MyDr, naturalnym kolejnym krokiem z ich perspektywy mogła być próba spieniężenia posiadanych danych w inny sposób. Jednocześnie pojawiają się pytania dotyczące wiarygodności prezentowanych przez nich informacji. Analiza opublikowanych materiałów może pomóc ocenić ich autentyczność, jednak część danych mogła pochodzić również z innych źródeł. Dlatego nadal otwarte pozostaje pytanie: czy mamy do czynienia z rzeczywistym cyberatakiem, czy też z bardzo starannie przygotowaną mistyfikacją? – wyjaśnia Paweł Pudo z Dagma Bezpieczeństwo IT, w stanowisku przesłanym money.pl.
Jak zabezpieczyć swoje dane?
Polacy nie powinni czekać na ostateczne wyniki śledztwa. Ministerstwo Cyfryzacji wdrożyło specjalne procedury ochronne. Każdy będzie mógł sprawdzić na rządowym portalu Bezpieczne Dane, czy jego informacje wpadły w ręce przestępców. Krzysztof Gawkowski zaapelował do wszystkich o podstawową higienę cyfrową.
Najprostszym krokiem jest zastrzeżenie swojego numeru PESEL. - To podstawowa higiena cyfrowa. Zastrzeżenie numeru PESEL w mObywatelu trwa 5 sekund. Można też pójść do urzędu - w każdym urzędzie gminy w Polsce można zastrzec swój numer PESEL - podkreślił.