Siwe włosy polskiej gospodarki. Czy grozi nam stagflacja? [OPINIA]
Do tej pory ekonomiści pisali bajki o "złotowłosej gospodarce", ale ostatni weekend sprawił, że zaczęły się u niej pojawiać siwe włosy. Przy maksymalnej eskalacji konfliktu z Iranem Polskę może czekać gorszy wzrost gospodarczy i wyższa inflacja - pisze w opinii dla money.pl Piotr Arak.
Tekst powstał w ramach projektu WP Opinie. Przedstawiamy w nim zróżnicowane spojrzenia komentatorów i liderów opinii publicznej na kluczowe sprawy społeczne i polityczne.
Bliski Wschód znów staje się epicentrum szoku energetycznego. Analitycy zaczynają tworzyć scenariusze niższego wzrostu PKB i wyższej inflacji w tym i przyszłym roku, bo rosnące ceny ropy sygnalizują coraz gorsze perspektywy. Do tej pory ekonomiści pisali bajki o złotowłosej ("złotowłosa gospodarka" - z ang. goldilocks economy - to metafora opisująca stan, w którym gospodarka rozwija się w tempie idealnym: ani za szybkim, prowokującym inflację, ani za wolnym, prowadzącym do recesji - przyp. red.), ale ostatni weekend sprawił, że zaczęły się jej pojawiać siwe włosy. Przy maksymalnej eskalacji konfliktu Polskę może czekać gorszy wzrost gospodarczy i wyższa inflacja.
Rewizja prognoz. Co ze wzrostem polskiej gospodarki?
Polska sprowadza rocznie 25–27 mln ton ropy, głównie drogą morską, a po uruchomieniu terminali LNG w Świnoujściu i Baltic Pipe nasza gospodarka stała się jeszcze bardziej wrażliwa na rynkowe ceny gazu. Paliwa odpowiadają bezpośrednio za ok. 8 proc. koszyka CPI, a po uwzględnieniu efektów pośrednich – nawet za ponad 20 proc.
"Dla mnie to szok". Polacy wprost o cenach paliw
Inflacja w Polsce wchodzi w ten szok na poziomie ok. 2,2 proc. Bezpośredni wzrost cen na stacjach benzynowych odczuwamy niemal natychmiast, ale skutki dla taryf gazowych i prądu ujawnią się w ciągu 1-3 miesięcy, w zależności od mechanizmu regulacji i kontraktów.
Efekty drugiej rundy, wzrost kosztów produkcji żywności, transportu czy usług, zwykle pojawiają się w perspektywie 3–6 miesięcy. Szczególnie wrażliwe są sektory energochłonne: chemia, metalurgia, ceramika oraz branża rolno-spożywcza, gdzie wzrost cen gazu podbija koszty nawozów i budownictwo, które wrażliwe jest na ceny energii i materiałów.
Deprecjacja złotego dodatkowo potęguje presję inflacyjną – spadek PLN o 5 proc. wobec euro czy dolara może dorzucić do 0,3-0,5 pkt proc. do CPI.
Globalna awersja do ryzyka działa niczym podwójny hamulec: z jednej strony ogranicza apetyt inwestorów na aktywa rynków wschodzących, w tym polskie obligacje, z drugiej osłabia złotego i podbija koszty importu surowców.
Dodatkowo spowolnienie gospodarcze u naszych głównych partnerów handlowych – Niemiec i Czech – może uderzyć w eksport, ograniczając tempo wzrostu gospodarczego. W konsekwencji wzrasta premia za ryzyko dla polskiego długu i presja spadkowa na wyceny akcji, co razem tworzy efekt domina w gospodarce.
Nasz bazowy scenariusz na 2026 r. zakładał wzrost PKB w Polsce na poziomie 3,7 proc. r/r i inflację ok. 2,3 proc., przy względnej stabilności cen energii. Obecny wzrost cen ropy powyżej 100 USD za baryłkę i gazu TTF zbliżonego do 100 EUR/MWh nie musi jeszcze zmieniać trajektorii wzrostu, jeśli okaże się przejściowy.
Kluczowa jest jednak długość trwania szoku. Jeśli wysokie ceny utrzymają się przez kilka miesięcy, średnioroczna inflacja w Polsce może wzrosnąć do 4,3 proc., a wzrost PKB spaść do ok. 2,5 proc. rok do roku.
Dalsza eskalacja konfliktu, z ropą po 150 USD/baryłkę i gazem powyżej 125 EUR/MWh, mogłaby spowodować inflację przekraczającą średniorocznie 7,5 proc. i sprowadzić wzrost gospodarczy w okolice 1 proc. Nadal jednak bardziej prawdopodobne jest to, że wzrost gospodarczy istotnie nie ucierpi.
RPP w tej sytuacji stoi przed klasycznym dylematem stagflacyjnym. Dotychczas rynek oczekiwał obniżek stóp w kwietniu, ale rosnąca inflacja i spowolnienie wzrostu znacząco zmniejszają pole manewru. Bank centralny prawdopodobnie wstrzyma się z cięciami przynajmniej do połowy roku, dopóki sytuacja na rynkach energetycznych nie wyjaśni się w sposób trwały. A jeżeli się nie wyjaśni, to będzie czekać dłużej.
Krótkoterminowym buforem może być uwolnienie rezerw strategicznych ropy przez USA, G7 i Międzynarodową Agencję Energetyczną, ale ich skala jest ograniczona. W przypadku gazu ważne są zapasy w Europie, w Polsce w marcu 2026 wynoszą około 30–35 proc., co daje bezpieczeństwo krótkoterminowe, ale wolne tempo uzupełniania w okresie letnim może zwiększyć ryzyko napięć zimą 2026/2027.
Polska doznaje szoku energetycznego
Polityka fiskalna również odgrywa tu rolę: ewentualne tarcze energetyczne mogłyby ograniczyć presję cenową na gospodarstwa domowe, ale kosztem większego deficytu publicznego i wydłużenia okresu podwyższonej inflacji. Polska ma jeden z najwyższych deficytów w UE i relatywnie małe możliwości interweniowania w gospodarce w obecnej sytuacji.
Polska gospodarka wchodzi w nowy szok energetyczny z relatywnie niską inflacją, ale dużą wrażliwością na ceny energii i sytuację geopolityczną. Wszystko sprowadza się do pytania: jak długo potrwa konflikt i czy wysokie ceny ropy i gazu okażą się chwilowym zakłóceniem, czy długotrwałym szokiem, który realnie spowolni wzrost i podbije inflację.
Amerykanie pewnie nie planowali ugrzęznąć w konflikcie na dłużej niż kilka tygodni, ale szok energetyczny powoli zaczyna docierać do realnej gospodarki. Koszty interwencji w Iranie mogą być ogromne zarówno politycznie, jak i gospodarczo, bo dopiero otrząsaliśmy się z konsekwencji szoku energetycznego lat 2021-2022.
Autorem opinii jest Piotr Arak, główny ekonomista Velo Bank. Tytuł, lead i śródtytuły pochodzą od redakcji.