W czerwcu 2026 r. urodziło się w Polsce 20 tys. dzieci. To na razie szacunek wstępny, ale dane z ostatnich miesięcy układają się w wyraźny obraz: spadek się zatrzymał.
Skalę zmiany widać w ujęciu rocznym. W styczniu 2026 r. suma 12-miesięczna liczby urodzeń wyniosła 237,3 tys., a w czerwcu — 237,2 tys. Biorąc pod uwagę naturalne wahania, to praktycznie ten sam poziom, co oznacza, że przez pół roku liczba urodzeń w ogóle nie spadła.
Nie jest to zasługa jednego udanego miesiąca. W marcu na świat przyszło o 6,4 proc. dzieci więcej niż rok wcześniej, a spadki w pozostałych miesiącach były bardzo skromne na tle poprzednich lat. Wyhamowanie widać zresztą już od połowy 2025 r. - opisuje "Rzeczpospolita".
WIDEOSpokój ducha, czy bogactwo. Milioner mówi, co jest ważniejsze
Osiem lat zapaści
Punktem odniesienia pozostaje rok 2016. W kwietniu, gdy wprowadzono świadczenie 500+, urodziło się 30,6 tys. dzieci, a suma 12-miesięczna wynosiła 372,8 tys. Szczyt przypadł na październik 2017 r. — 35,3 tys. urodzeń w miesiącu i 403,7 tys. w skali roku.
Potem przyszło odwrócenie trendu. W lutym 2018 r. po raz pierwszy od dwóch lat urodziło się mniej niż 30 tys. dzieci w miesiącu, a spadek początkowo wynosił 3-5 proc. rocznie.
Prawdziwe załamanie nastąpiło dziewięć miesięcy po wybuchu pandemii. W styczniu 2021 r. urodziło się 25,4 tys. dzieci, czyli o 23,5 proc. mniej niż rok wcześniej, a tempo spadków przyspieszyło do 7-8 proc. rocznie. Po wybuchu wojny w Ukrainie przekroczyło 10 proc.
Miliardy wydane, dzietność najniższa w historii
Trudno powiedzieć, by państwo pozostawało bierne. Na świadczenie 500/800+ wydano już ponad 400 mld zł, w latach 2016-2026 powstało około 3000 żłobków (więcej niż działało łącznie pod koniec 2015 r.), gwałtownie wzrosła płaca minimalna, a bezrobocie spadło z 8 do 3 proc.
Mimo to liczba urodzeń się załamała — z 400 tys. do 240 tys. w bardzo krótkim czasie. Częściowo odpowiada za to starzenie się wyżu demograficznego z lat 80., ale spadała też sama dzietność, która jest odporna na różnice w strukturze wieku. W 2017 r. wynosiła 1,45, w 2020 r. — 1,38, a rok 2025 zamknął się wynikiem 1,07. Niewiele państw na świecie ma gorszy rezultat.
Do dziś trwa spór o skuteczność świadczeń. Nikt nie kwestionuje ich wpływu na ograniczenie ubóstwa wśród dzieci, ale otwarte pozostaje pytanie, dlaczego mimo wsparcia Polki trwale nie zdecydowały się na większą liczbę dzieci — i na ile wzrost z lat 2016-2017 wynikał z 500+, a na ile z ówczesnej dobrej sytuacji na rynku pracy i nieruchomości.
Skąd nagła stabilizacja
Kuszące byłoby przypisanie poprawy rządowemu programowi wsparcia in vitro, bo pierwsze dzieci urodzone w jego ramach pojawiły się właśnie w połowie 2025 r. Jak podkreśla "Rz", sama arytmetyka na to jednak nie pozwala — dzieci z in vitro rodziły się w Polsce także wcześniej, a program mógł dołożyć kilka tysięcy urodzeń rocznie.
Bardziej prawdopodobna jest zbieżność kilku zjawisk naraz: spadku inflacji, ustabilizowania się sytuacji po pandemii i wybuchu wojny w Ukrainie oraz wyhamowania wzrostu cen nieruchomości.
Dlaczego to nie jest jeszcze przełom
Brak spadków brzmi skromnie, ale trzeba pamiętać, że demografia wciąż działa przeciwko nam — liczba Polek w wieku największej płodności nadal maleje.
Właśnie dlatego utrzymanie obecnej liczby urodzeń oznaczałoby wzrost współczynnika dzietności z 1,07 do mniej więcej 1,11-1,12. To nadal wartość skrajnie niska w ujęciu historycznym, więc wzrost jest prawdopodobny, ale na świętowanie zdecydowanie za wcześnie.