Tekst powstał w ramach projektu WP Opinie. Przedstawiamy w nim zróżnicowane spojrzenia komentatorów i liderów opinii publicznej na kluczowe sprawy społeczne i polityczne.
Mateusz Morawiecki ze swoim stowarzyszeniem Rozwój Plus zaczyna od mocnego uderzenia. Zamiast 800 plus przez pierwsze trzy lata życia dziecka proponuje pensję rodzicielską w wysokości minimalnej krajowej – opodatkowaną i oskładkowaną. Organizacja byłego premiera upatruje bowiem w demografii jedno z największych wyzwań przyszłości. A nowe rozwiązanie ma pomóc w przezwyciężeniu kryzysu. Czy to ma prawo zadziałać?
Na stronie RozwójPlusWy.pl znajdziemy dwa raporty – "Najbezpieczniejsze państwo świata. Projekt polskiej polityki zarządzania migracją" oraz "Demografia Polski.
WIDEOWyścig gigantów po Żabkę. Analityk zwraca uwagę na "przeciek"
Diagnoza kryzysu i plan działania. Co ciekawe, pod żadnym z nich nikt się nie podpisał. Organizacja prawdopodobnie trafnie diagnozuje to, co najbardziej interesuje potencjalnego wyborcę. Zarówno demografia, jak i migracja z pewnością należą do "topki" węzłowych zagadnień debaty publicznej. Obie są zresztą ze sobą powiązane. Nas tu jednak interesuje konkretny postulat – wypłata za to, że ma się potomstwo.
Zanim jednak pójdziemy dalej, pewna uwaga, którą znajdziemy na stronie: "Stowarzyszenie Rozwój Plus tworzy propozycje programowe dla Polski. Chcemy je tworzyć razem z Wami. Dlatego wskazane propozycje nie mają finalnego charakteru, lecz są rozpoczęciem wielkiej dyskusji." Nie jest to więc program polityczny per se, ale raczej PR-owy zabieg, zrobienie buzzu. Oczywiście dokonuję tu prawdopodobnie fałszywego założenia, że programy polityczne są czymś więcej niż PR-owym zabiegiem.
Dyskutujmy więc!
Czym jest wspomniana pensja rodzicielska? Jest to "powszechne świadczenie w wysokości pensji minimalnej (4 806 zł brutto/mc) dla jednego rodzica dziecka 0–3 lat, łączone z dochodem z pracy. Pensja Rodzicielska będzie oskładkowana i opodatkowana jak każde wynagrodzenie za pracę" – czytamy w raporcie. Oznacza to, że jedynym warunkiem wypłacania środków będzie posiadanie małego dziecka. Rodzic otrzymujący środki mógłby je łączyć z pracą zawodową. A sama pensja mogłaby być przeznaczona na przykład na nianię. Rodzic (najczęściej oczywiście byłaby to mama) mógłby być również na macierzyńskim/ojcowskim, a więc dostawać część swojej płacy, a dodatkowo uzyskiwać pensję rodzicielską.
"Rodzic pobierający taką PR będzie miał wyższą emeryturę" – czytamy w raporcie. Wynika to z prostego faktu – środki mają być oskładkowane.
Ale czy nas na to stać? I co z tą demografią? W grze miliardy
Zacznijmy od tej pierwszej kwestii. Pensja rodzicielska miałaby "skasować" 800 plus do trzeciego roku życia oraz program Aktywny Rodzic. Netto – jak wyliczają autorzy raportu – koszt takiego rozwiązania na obecny rok wyniósłby około 23-25 mld zł. Jego przyszły koszt jest poniekąd zagadką. Dlaczego? Ponieważ z roku na rok, przynajmniej nominalnie, najniższa krajowa rośnie (w przyszłym roku według propozycji rządu miałaby wynosić 4950 zł brutto). Nie wiemy jednak, jak w niedalekiej przyszłości będzie się kształtować liczba narodzin. O tym, jak dynamiczne są to zmiany, niech świadczy fakt, że jeszcze w 2020 r. w Polsce rodziło się ponad 350 tys. dzieci. W tym roku urodzi się ich około 200 tys.
Zostańmy dla klarowności przy wartości dodatkowych 25 mld zł. Czy to dużo? I tak, i nie. Program 800 plus obecnie to około 60 mld zł rocznie, ponad dwukrotnie więcej. System emerytalny to około 300 mld zł. A sumaryczne wpływy z PIT w zeszłym roku sięgały 200 mld zł. Pensja rodzicielska to około 12-13 proc. sumy wpływów z podatku od osób fizycznych.
To nie są pieniądze, o których można powiedzieć, że ich "nie ma i nie będzie". Ale tu pojawia się duże "chyba że". Otóż mamy problem z rosnącym zadłużeniem. Według danych Komisji Europejskiej w 2025 r. dług publiczny w relacji do PKB wyniósł niecałe 60 proc. W tym roku będzie to już prawie 65 proc., a w przyszłym 68 proc.
Dług za wysoki? To zbrojenia go "pompują"
Przyjmuje się (nieco bezpodstawnie, ale tę kwestię zostawmy na boku), że bezpieczny poziom długu to 60 proc. w relacji do produktu krajowego brutto. Ten rośnie z uwagi na wysoki deficyt, czyli zadłużenie z danego roku (dług publiczny w uproszczeniu jest sumą niespłaconych deficytów). W przyszłym roku szacowany deficyt będzie dwukrotnie wyższy (ponad 6 proc.) niż ten uważany za bezpieczny.
Deficyt wykręcają nam przede wszystkim zbrojenia. Ale gdyby nie one i tak mielibyśmy kłopot z utrzymaniem go w ryzach, ponieważ już zaczynają nam dawać w kość po pierwsze demografia (system emerytalny i ochrona zdrowia), a po drugie nasza narodowa niechęć do podwyższania podatków.
Czy stać nas na dodatkowe 25 mld zł rocznie? Tak. Ale o ile nie zdecydowalibyśmy się na podwyższenie komuś danin, miałoby to swoje poważne konsekwencje w postaci powiększenia deficytu, a w konsekwencji i zwiększenia długu. Byłaby to więc trochę jazda z górki bez trzymanki. Dobry kolarz sobie z tym poradzi, ale i tak jest to sytuacja potencjalnie niebezpieczna. Bo choć niektóre kraje, takie jak Stany Zjednoczone czy Japonia, mogą się zadłużać niemal bez końca, to nie działa to w przypadku każdego państwa. Polska – choć zamożna – nie gra w ekonomicznej światowej superciężkiej lidze. Możemy być bez końca zadłużeni. Ale nie możemy bez końca zwiększać poziomu długu w relacji do PKB.
A czy instrument mógłby zadziałać prodemograficznie? To naprawdę dobre pytanie. Żeby na nie odpowiedzieć zastanówmy się nad dwiema kwestiami. Po pierwsze, czy program 500 plus podbił dzietność, a po drugie – jakie są najważniejsze przyczyny niskiej dzietności.
To już nie to, co "500 Plus"
Kiedy w 2016 r. był odpalany flagowy program Prawa i Sprawiedliwości, ówczesne 500 zł stanowiło 17 proc. średniej krajowej na rękę. "Globalnie" nie tak mało, ale zdecydowanie zbyt mało, żeby zachęcić do posiadania dzieci ludzi z klasy średniej. Ale już nie tych, którzy zarabiali naprawdę niewiele. Wsparcie stanowiło bowiem 36 proc. płacy minimalnej na rękę. Wbrew temu, co sądzi wiele osób, program – na co wskazują badania - przyczynił się do niewielkiego podbicia dzietności. Ale tylko w dolnej połowie rozkładu dochodowego. I nic dziwnego – środki stanowiły spory zastrzyk dla osób niezamożnych w porównaniu do ich dochodów.
A jak jest dzisiaj? Obecnie 800 plus to 12 proc. średniej płacy netto z 2025 r. oraz 23 proc. płacy minimalnej. W stosunku do pensji środki z programu ewidentnie straciły na wartości. Tu dodajmy – to nie znaczy, że straciła na wartości znacznie siła nabywcza wsparcia. Po waloryzacji z 2024 r. za dzisiejsze 800 zł możemy kupić niemal tyle samo co za 500 zł w 2016 r. Skąd więc zmiana w relacji do średniej i minimalnej? Po prostu doświadczyliśmy wszyscy realnego wzrostu płac – stać nas na więcej po korekcie na inflację.
Czy to poprawi dzietność?
Rozwiązanie, które proponuje Mateusz Morawiecki, stanowi natomiast 100 proc. płacy minimalnej oraz około 55 proc. średniej wypłaty. Jeżeli w 2016 r. zastrzyk w wysokości jednej trzeciej dochodów minimalnych podbił dzietność w rodzinach o najniższych dochodach, to tym bardziej powinien podbić chęć posiadania dzieci w klasie średniej, jeżeli dodatkowy dochód stanowiłby ponad połowę średniej pensji. O osobach biedniejszych nie wspominając.
To teraz bardziej skomplikowana kwestia – jakie są przyczyny niskiej dzietności? Mówiąc najprościej – są one kulturowe. Nie da się ich wytłumaczyć żadną zmienną ekonomiczną. Pensje rosną, bezrobocie utrzymuje się na rekordowo niskim poziomie, mamy więcej oszczędności, nasze prace są stabilniejsze, rośnie liczba żłobków, wbrew temu co się powszechnie słyszy zauważalnie poprawia się nasza sytuacja mieszkaniowa. I co? I dzietność leci na łeb na szyję. To nie ekonomia, to kultura (a jeśli ekonomia, to z odwrotnym wektorem niż większość z nas podejrzewa)!
W tym mechanizmie sprzężenia zwrotnego – im więcej z nas nie ma dzieci (lub ma tylko jedną pociechę), tym więcej osób naśladuje pozostałych i również nie ma dzieci, choć równie dobrze mogliby się na nie zdecydować, gdyby nie "antynatalistyczne otoczenie".
Pomysł Morawieckiego zbyt kosztowny?
Czy więc pomysł można wyrzucić do kosza? Niekoniecznie. Moim zdaniem jednym z najważniejszych wyjaśnień spadającej dzietności jest to, że nie chcemy rezygnować z przyjemności, na które realnie nas stać. Dziecko jest realnym kosztem alternatywnym. Decydując się na nie rezygnujemy z wycieczek, city breaków, kina, nowej plejki, lepszego samochodu. Piszę "realnym" kosztem, ponieważ w społeczeństwach biedniejszych konsumpcyjne alternatywy wobec rodzicielstwa są dostępne tylko nielicznym bogatym. A wraz z bogaceniem się stają się udziałem większości. To też tłumaczyłoby dlaczego dzietność spada niemal na całym świecie, kiedy ten się bogaci.
Ekstra dodatek w wysokości minimalnej pensji dla jednego z rodziców mógłby oddziaływać "ekonomią na kulturę". Inaczej mówiąc – te dodatkowe 3,6 tys. zł mogłyby w dużej części pokryć koszt alternatywny. Dzięki takiemu zastrzykowi gotówki dziecko – mówiąc bardzo brzydko – byłoby mniejszym poświęceniem. Mielibyśmy ciastko (dziecko) i zjedlibyśmy ciastko (kupili nową plejkę). Do dzisiaj bowiem dziecko łączyło się niemal zawsze z ograniczeniem zasobów. Pensja rodzicielska w takiej wysokości mogłaby kompensować tę stratę. A dla osób z niższym dochodem mogłaby być nawet ekonomicznym awansem. Zwłaszcza że można byłoby ją łączyć z inną pracą zarobkową lub ze środkami z macierzyńskiego.
Jest jeszcze jedna rzecz. Otóż wiele kobiet odkłada macierzyństwo z uwagi na percepcję niestabilnej sytuacji zawodowej. Tak, ich sytuacja jest nieporównywalnie stabilniejsza i lepsza niż poprzednich pokoleń. To nie zmienia faktu, że punkty odniesienia potencjalnych młodych matek są gdzieś indziej. - My często słyszymy od młodych kobiet, że one bardzo chciałyby mieć dzieci, ale mają umowę na czas określony, mają zlecenia, rozkręcają jakąś działalność gospodarczą, zasiłek rodzicielski zależy od pensji, a ta pensja jest wątpliwa – mówił Marcin Horała w programie "Tłit", stronnik Morawieckiego. - Dziecko jest czynnikiem stabilizującym rodzinę. Na te trzy lata potrzeby są zaspokojone – dodał. Bez względu na to, co myśli się o wektorze politycznym Marcina Horały, wydaje mi się, że to bardzo słuszna intuicja.
Pensja rodzicielska mogłaby być czymś w rodzaju "awansu z przyszłości w teraźniejszości"; stabilizacją dochodu na kilka lat.
Jak to więc jest – pensja rodzicielska – hot or not? Instrument na pewno wart jest rozważenia. Ale pod jednym warunkiem. Musimy coś zrobić z długiem. Na przykład musimy zwiększyć podatki. W przeciwnym razie – w tym akurat przypadku – nie można mieć ciastka i zjeść ciastka.