Trwa ładowanie...
Przejdź na
Grzegorz Makowski: "System łupów" ma się dobrze
Bianka Mikołajewska
Bianka Mikołajewska
|
WP magazyn

Grzegorz Makowski: "System łupów" ma się dobrze

(PAP, Rafał Guz)

- To, co PiS zrobił przez ostatnich 7 lat, jeśli chodzi o zawłaszczanie zasobów państwa, w tym spółek, jest bezprecedensowe – mówi Grzegorz Makowski, socjolog, który od lat zajmuje się problemami przejrzystości życia publicznego i korupcją. We wtorek Wirtualna Polska opublikowała obszerny raport, z którego wynika, że w latach 2016-2021 w giełdowych spółkach z udziałem Skarbu Państwa 122 "ludzi dobrej zmiany" zarobiło aż 267 mln zł.

Bianka Mikołajewska, dziennikarka Wirtualnej Polski: - Od początku rządów Zjednoczonej Prawicy we władzach 19 sprawdzonych przez nas spółek z udziałem państwa, zasiadały aż 122 osoby powiązane z obozem rządzącym. A to tylko spółki notowane na giełdzie, teoretycznie najbardziej przejrzyste i wolne od politycznych wpływów. Jak pan to skomentuje?

Dr hab. Grzegorz Makowski, socjolog związany z forumIdei Fundacji Batorego i SGH: - Nie jestem zaskoczony. To już jest, niestety, niechlubna tradycja naszej polityki, że spółki z udziałem Skarbu Państwa traktuje się jako zasób do partyjnego podziału. Trochę na wzór XIX-wiecznego, amerykańskiego spoils system (ang. system łupów), w którym przy każdej zmianie władzy zwycięskie ugrupowanie "czyściło" publiczne urzędy, aż do sprzątaczek, i obsadzało je swoimi ludźmi.

Ten system łupów działa od jakiegoś czasu też u nas. I ma się dobrze. Ale nie chcę budować symetrii pomiędzy poprzednimi rządami i obecnym. Bo to, co PiS zrobił przez ostatnich 7 lat - jeśli chodzi o zawłaszczanie rozmaitych zasobów państwa, w tym spółek - jest bezprecedensowe.

Przecież PiS powstał i urósł w siłę właśnie na hasłach walki z układami i kolesiostwem.

To już dawne dzieje. Przypominam sobie wywiad rzecznika PiS Radosława Fogla, w którym otwartym tekstem mówił, że za poprzednich swoich rządów – w latach 2005-07 – PiS rzekomo próbował podchodzić ekspercko do zarządzania spółkami, ale eksperci się nie sprawdzili, bo nie działali zgodnie z linią partii, więc teraz już nawet nie próbują.

Cytując dokładnie, w wywiadzie dla RMF, Radosław Fogiel mówił: "Wtedy do zarządów spółek trafiali eksperci z rynku, osoby z tytułami naukowymi. Problem okazał się taki, że ich sposób myślenia o gospodarce i o zarządzaniu był zupełnie sprzeczny z tym, co PiS ma w swoim programie".

No właśnie. I to jest kwintesencja tego, czym się dziś PiS kieruje, obsadzając spółki. Nie mówiąc o tym, że i w latach 2005-07 wcale nie obsadzał ich wyłącznie ekspertami.

A hasło walki z korupcją już dawno przestało odgrywać ważną rolę w programie PiS. Studiowałem ich kampanie i programy. W kampaniach PiS w 2015 r. i 2019 r. korupcja była już właściwie marginalnym tematem. A obsadzanie stanowisk "swoimi" ludźmi jest - w socjologicznym sensie – właśnie zjawiskiem korupcyjnym.

To klientelizm, czyli tworzenie i wzmacnianie sieci osobistych zależności wewnątrz szeroko pojętego obozu władzy, przy wykorzystaniu zasobów państwa, czyli czegoś, co jest własnością publiczną, a nie tej czy innej partii. Nie musi to być nielegalne, co nie znaczy, że jest dobre dla państwa i społeczeństwa.

PiS deklarował wprowadzenie rozwiązań, dzięki którym władze państwowych spółek miały nie być obsadzane według partyjnego czy towarzyskiego klucza…

…i poluzował wymagania dla kandydatów do rad nadzorczych. Już nie trzeba zdawać trudnego, państwowego egzaminu, wystarczy dyplom MBA. A z tymi "embiejami" – jak wiadomo choćby z publikacji mediów - bywa różnie. Niektóre uczelnie wydają je masowo i niekoniecznie zasłużenie.

PiS stworzył więc formalny parawan – żeby wyglądało, że są jakieś warunki, które trzeba spełnić, żeby wejść do rady nadzorczej. Ale w praktyce to tylko pozory, bo jak widać, w majestacie prawa można stworzyć uczelnię, która będzie dawać MBA każdemu człowiekowi władzy, któremu to potrzebne. I to bez większych trudności. Tylko trzeba sobie zadać pytanie, ile jest wart taki "partyjny MBA".

Na naszej liście płac w giełdowych spółkach Skarbu Państwa jest kilka osób, które są równocześnie radnymi, choć przed wyborami samorządowymi w 2018 r. Jarosław Kaczyński zapewniał, że tych funkcji nie będzie można łączyć.

No ale okazało się, że nie jest w stanie wcielić tych deklaracji w życie. Mówił o tym Paweł Kukiz, w nagraniu ujawnionym kilka miesięcy temu przez media. Relacjonował swojemu znajomemu, że podczas prac nad jego – pożal się Boże – "ustawą antykorupcyjną", Kaczyński tłumaczył mu, że nie może "od teraz" zakazać samorządowcom zasiadania we władzach spółek, bo mu się partyjne doły zbuntują. Przekonywał, że lepiej wprowadzić zakaz od kolejnej kadencji. Być może już dla innej opcji politycznej.

W relacji Kukiza Kaczyński miał mówić tak: "słuchaj, no, jeżeli to by weszło od razu, to ja bym musiał robić przyśpieszone wybory samorządowe, bo 3/4 tych burmistrzów, wójtów by pier***nęło tym burmistrzowaniem i wójtowaniem, bo mają większą kasę w spółkach". Pewnie nie był to dokładny cytat.

Ale sens raczej oddawał dobrze. Według Kaczyńskiego spółki to apanaże, które można rozdać "swoim" samorządowcom, żeby nie rzucili pracy w samorządzie albo żeby działali aktywniej na rzecz partii.

Nawet w naszym zestawieniu, dotyczącym 19 spółek, widać wyraźnie następujący mechanizm: wokół znanych polityków powstają grupy wiernych współpracowników, a gdy awansuje lider, awansuje też cała siatka współpracowników.

Oczywiście są takie partyjne dwory, dworki, zakon PC [publicystyczne określenie najwierniejszych ludzi Jarosława Kaczyńskiego, grupy trzymającej władzę w partii – red.]. To jest dość naturalne – zawsze wokół liderów tworzą się takie "drużyny wodza", żeby przywołać termin polskiego socjologa polityki Aleksandra Hertza. Pytanie tylko, jak to dalej działa. Czy ludzie, którzy awansują z liderem, mają kompetencje, by pełnić kolejne zdobywane dzięki niemu funkcje? Czy wiąże się z tym jakaś misja, sensowna polityka publiczna? Czy jest to tylko taki czysty klientelizm? Niestety u nas jest to zwykle czysty klientelizm i kolesiostwo.

W naszym rankingu widać wyraźnie, że pożytki idą w dwie strony. Kto objął funkcję w spółkach dzięki politycznym układom, wpłaca potem często darowizny na fundusz wyborczy PiS, czasem wprost na kampanie swoich politycznych protektorów. Niektórzy nawet po kilkadziesiąt tysięcy złotych.

Badaliśmy to kiedyś w Fundacji Batorego. W skali budżetów takich partii jak PiS, te wpłaty nie są bardzo znaczące. Zwłaszcza w porównaniu z wielomilionowymi subwencjami z budżetu państwa. W PiS te darowizny mają bardziej efekt psychologiczny i socjologiczny – cementują partyjny aparat. To jest taki gest wdzięczności i potwierdzenia wierności.

Ale już na przykład dla Solidarnej Polski, która nie dostaje subwencji, darowizny rzędu kilkudziesięciu tysięcy złotych od jednej osoby zatrudnionej w spółce, mają duże znaczenie.

Ze sprawozdań składanych w PKW wynika, że lwia część budżetu partii Ziobry pochodzi właśnie z wpłat kilku osób zasiadających z rekomendacji tej partii w państwowych spółkach.

No właśnie. Niełatwo byłoby z nich zrezygnować. I myślę, że to przede wszystkim mimo różnych publicznych dąsów wciąż trzyma Solidarną Polskę w orbicie PiS. To jest właśnie jedna z ilustracji klientelizmu politycznego.

Bianka Mikołajewska jest dziennikarką Wirtualnej Polski

Źródło:
WP magazyn
KOMENTARZE
(580)
o b i e k t y...
miesiąc temu
PO NIE OBSADZŁO SWOIMI LUDZMI ? SLD TEZ ? JUZ NIE WSPOMNE O PSL i o tym co było w spółkach rolnych gdzie całymi rodzinami siedzieli. Z kogo znów chcecie głupiego zrobić ?
Dojna zmiana
miesiąc temu
Pisowcy przy korycie, przecież ludzkim panom lepszego sortu sie po prostu należy
Kazik
miesiąc temu
PiS to najlepsza partia jaka rządziła Polską od 1989 roku ! Możecie sobie wciskać kit lemingom !
Piotrek 46
miesiąc temu
Pani Bianko proszę napisać ile Nowak miał kasy pod podłogą .
irek
miesiąc temu
Skorumpowane panstwo na czele z premierem
...
Następna strona