Notowania

Łukaszenka kpi z Polaków. Chodzi o lekarzy. "Wolą pracę u siebie lub jechać do Czech"

W Polsce potwierdzenie kwalifikacji do leczenia ludzi jest trudne i trwa długo. W tym roku nostryfikowało się zaledwie 240 osób. Tymczasem braki kadrowe wynoszą 68 tys. lekarzy. Zdaniem ekspertów, nawet ustawowe poluzowanie wymagań nie zasypie tej luki.

Podziel się
Dodaj komentarz
(East News)
Alaksandr Łukaszenka mówił o polskich lekarzach (Fot: Piotr Kamionka)

Oddział ginekologiczno-położniczy Szpitala Powiatowego w Zakopanem, chirurgia dziecięca we Włocławku, chirurgia ogólna w szpitalu powiatowym w Wodzisławiu Śląskim, oddział hematologii i onkologii dziecięcej w Chorzowie, a do tego oddziały udarowy i neurologii w Rudzie Śląskiej oraz położniczo-ginekologiczny w szpitalu w Mrągowie.

To tylko kilka przykładów różnych oddziałów w polskich szpitalach, które od początku tego roku zostały zawieszone lub zamknięte. Powód? Braki kadrowe: w ostatnich latach więcej lekarzy przechodziło na emerytury, niż rozpoczynało pracę w zawodzie. W efekcie mamy najgorszy wskaźnik liczby lekarzy na 1 tys. pacjentów. Unijna średnia to 3,6 lekarza na tysiąc pacjentów, w Polsce to 2,4.

Ratunkiem miało być zwiększenie limitów na studia medyczne, jednak na efekty trzeba poczekać. Jak długo? Co najmniej 12 lat. Tyle bowiem trwa kształcenie lekarza specjalisty. I to w wariancie minimum.

Obejrzyj: 500+ dla osób niesamodzielnych. Lekarze wydają dziennie dwa tysiące orzeczeń

Pacjenci muszą więc nastawić się na dłuższe poszukiwanie i oczekiwanie na wizytę u psychiatry dziecięcego, hematologa dziecięcego, onkologa czy urologia. Tych specjalistów brakuje najbardziej. Łącznie, jak wylicza Naczelna Izba Lekarska, luka w etatach wynosi 68 tys.

Kolejki do lekarzy można by skrócić w inny sposób, m.in. ułatwiając rekrutację medyków spoza Unii Europejskiej, głównie z Ukrainy i Białorusi. Niektóre placówki, jak Mazowiecki Szpital Wojewódzki im. Jana Pawła II w Siedlcach, już dawno postawiły na to rozwiązanie.

Dyrekcja szpitala sprowadza do swojej placówki białoruskich specjalistów i zatrudnia ich na początku jako sanitariuszy. Przez kolejne miesiące uczą się oni języka polskiego, a następnie przystępują do egzaminu nostryfikacyjnego. Po ostatnim naborze pracę w szpitalu znalazło 16 lekarzy.

- My już nie mamy wyjścia, bo brakuje nam lekarzy chętnych do dyżurowania. Nie mam problemu z tym, aby pracowali w ciągu dnia. Kłopotem są noce i weekendy. Stawki lekarskiego wynagrodzenia za godzinę poszybowały w górę do tego stopnia, że lekarze biorą maksymalnie po 2-3 dyżury w miesiącu i więcej nie potrzebują - mówi portalowi prawo.pl Marcin Kulicki, prezes siedleckiego szpitala.

Przeszkodą jest skomplikowany proces nostryfikacji, czyli uznawania ważności stopni naukowych przez odpowiednie krajowe jednostki. Procedura nie jest łatwa i może trwać latami. W tym roku Naczelna Izba Lekarska zorganizowała 29 takich egzaminów, które zaliczyło 246 osób na ponad 400 (średnio 7 na 10 osób przeszło testy pozytywnie).

Ministerstwo Zdrowia pracuje nad projektem szybkiej ścieżki. Miałaby wyglądać tak, że lekarz, który zna język polski, będzie mógł dostać zaświadczenie ze szpitala, w którym chciałby pracować. Następnie po rocznym szkoleniu i zaliczonym egzaminie będzie mógł pracować przez pięć lat.

- Brak lekarzy jest odczuwalny i poza dyskusją. Polscy lekarze nie boją się konkurencji, ale obniżanie standardów nie jest rozwiązaniem. Gdy będziemy przyjmować lekarzy z zagranicy bez nostryfikacji dyplomu lub zaniżając wymagania, narażamy się na to, że przyjadą do nas lekarze, którzy nie będą mieli odpowiednich kompetencji, a to może zagrażać bezpieczeństwu pacjenta. Z tego powodu wymagania co do kwalifikacji powinny być identyczne – komentuje money.pl Rafał Hołubicki z Naczelnej Izby Lekarskiej.

Może też okazać się, że ukraińscy czy białoruscy medycy wcale nie będą tacy skorzy do pracy w Polsce i wybiorą zachód Europy. O ile w ogóle będą chcieli wyjeżdżać.

- Docierają do nas sygnały, że ukraińscy lekarze wolą teraz zostać w kraju. Po pierwsze, zarabiają lepiej niż kiedyś, po drugie dłuższy wyjazd wiązałby się z odnowieniem kwalifikacji na Ukrainie, po trzecie mają możliwość wyjechania do Czech, gdzie stworzono takie możliwości pracy, o których w Polsce dopiero się myśli – mówi money.pl Paweł Kaługa, szef firmy rekrutacyjnej Greygoose Outsourcing.

Mogą być też inne przeszkody: wewnętrzne, albo raczej polityczne. Mały przedsmak dał ostatnio Aleksandr Łukaszenka.

- Często się mówi, że Białoruś powinna się wzorować na Polsce. Jeżeli państwo tak dobrze się rozwija, to dlaczego są zainteresowani specjalistami z Białorusi, z "dyktatury"? Jeżeli dobrze się rozwijacie, proszę bardzo, nakarmcie własnych lekarzy i niech leczą waszych ludzi - skomentował prezydent Białorusi.

I dodał, że będzie "podejmował działania", by "zatrzymać specjalistów". Przykładem takiej marchewki miałoby być podniesienie płac i budowa tanich mieszkań dla lekarzy i pracowników medycznych.

Masz newsa, zdjęcie lub filmik? Prześlij nam przez dziejesie.wp.pl

komentarze
+1
+1
ważne
smutne
ciekawe
irytujące
Napisz komentarz
31-10-2019

Wiara w duchu i prawdzie ityleTam gdzie silne są zakorzenione w ludziach religijne cudactwa w stylu katolicyzmu, tam nie da się żyć w pełni człowieczeństwa...

31-10-2019

JaroslawPodobno z upadajacego Zachodu ciągną do Polski tłumy lekarzy, więc się nic nie przejmuje

31-10-2019

OlaBrakuje lekarzy, niebawem będzie brakować nauczycieli.

Rozwiń komentarze (14)