Tekst powstał w ramach projektu WP Opinie. Przedstawiamy w nim zróżnicowane spojrzenia komentatorów i liderów opinii publicznej na kluczowe sprawy społeczne i polityczne.
Napiszę coś, co zapewne wielu czytelnikom nie przypadnie do gustu. Marzy mi się rozmowa z cudzoziemcem, który, gdy usłyszy, skąd pochodzę, po prostu wzruszy ramionami i przejdzie dalej. "Polska? Ok. A powiedz mi, co sądzisz o rewolucji AI w świecie?"
Wizerunek kraju składa się ze stereotypów
Jestem już znudzony i zmęczony tymi wszystkimi "och", "ach" i "wow". "Wspaniale. Wspaniały kraj, wspaniali ludzie. Cudowny Kraków, pyszne pierogi, czysto i bezpiecznie".
WIDEODlaczego USA tną pomoc? "To nie Trump sam zdecydował"
Czy my, kiedy dowiadujemy się, że nasz interlokutor jest z Niemiec, Belgii, Meksyku czy Japonii, oblewamy go nagle lawiną przesłodzonych komplementów? "Świetne samochody", "Najlepsze piwo", "Rewelacyjna kuchnia". Ja przynajmniej staram się tego unikać. Traktuję rozmówców jako normalnych ludzi z normalnych krajów, z którymi można porozmawiać o normalnych sprawach. Nie tylko o toyotach i o tacosach.
My nadal jesteśmy "nienormalni" i, jak się wydaje, staramy się ten obraz usilnie kultywować. "Nienormalni" w negatywnym znaczeniu tego słowa, jako kraj często opisywany jako "postkomunistyczny". Albo "nienormalni" jako wybijający się wzrostem gospodarczym, zaskakujący rozwojem w tak wielu dziedzinach, nowocześni, goniący Zachód. Problem w tym, że w tym drugim przypadku owe zachwyty są często podszyte przyprawiającym o mdłości paternalizmem. "Pogłaszczemy Was po głowach i poklepiemy po plecach, ale wicie, rozumicie, daleko Wam jeszcze do nas…".
Wizerunek jakiegokolwiek kraju i narodu w świecie składa się w 90 procentach ze stereotypów i w 10 procentach z rzeczywistości. Dlatego Polska, po ponad 40 latach rządów komunistów, ma na tym froncie nadal pod górkę. I nie oczekujmy, że zmieni się to w ciągu najbliższych kilku lat. Nawet jeśli wydamy miliardy na "promołszyn", na kampanię pokazującą nasze "junik waljus" i reklamującą naszą wyjątkową chlebowość.
Nawet serial może pogrążyć wizerunek kraju
Wiele lat temu usłyszałem przygnębiającą historię od ambasadorki Kolumbii w Polsce, Victorii González Arizy. Otóż kraj ten podnosił się wówczas z mrocznego okresu wojny domowej, naznaczonego tysiącami ofiar, lewicowymi i prawicowymi bojówkami rządzącymi de facto całymi połaciami terytorium, regularnymi porwaniami dla okupu oraz kartelami narkotykowymi, ze słynną organizacją Pabla Escobara na czele, trzęsącymi tamtejszą polityką.
Udało się jednak doprowadzić do negocjacji w sprawie porozumienia pokojowego, które zaczęły się w 2012 r. Ostatecznie terroryści złożyli broń, Kolumbijczycy odetchnęli z ulgą, rząd zaczął promować kraj jako raj dla turystów, urokliwy, tani, a przede wszystkim bezpieczny. "Nikt Cię już tutaj nie zabije, nie porwie, nie okradnie".
"Rzeczywiście, coraz więcej cudzoziemców zaczęło odwiedzać Cartagenę, Bogotę czy Cali" - opowiadała Victoria. "Wizerunek Kolumbii zaczął się poprawiać".
Nagle uśmiech zniknął z twarzy pani ambasador: "Niestety, gdy mediacje były na ukończeniu, Netflix wypuścił swój najsłynniejszy i najbardziej popularny wówczas serial…".
Pierwsze trzy sezony "Narcos" były poświęcone Kolumbii oraz kartelowi z Medellín. W rolę Pablo Escobara wcielił się brazylijski aktor Wagner Moura. Dużo morderstw i kokainy. Na całym świecie średnia publika każdego sezonu sięgała blisko 30 milionów. "Totalna załamka. Cała kampania promocyjna jak krew w piach" - załamywała ręce Victoria.
Kolumbia znów zaczęła się kojarzyć z białym proszkiem i wszechobecną przemocą. Jedyną zaletą było to, iż widzowie na wszystkich kontynentach mogli bez większego wysiłku oswoić się z podstawowym słownictwem w języku hiszpańskim: "Buenos días", "Muchas gracias", "Plata o plomo" ("Albo kasa, albo kula w łeb"), "No me maten!" ("Nie zabijajcie mnie!").
"Totalna załamka…"
Siła stereotypu. Żelazna kurtyna
Podczas tamtej rozmowy nie spodziewałem się, że kilka lat później ja sam, także jako ambasador, a potem jako komentator, poznam na własnej skórze siłę stereotypu.
Mamy anno domini 2026 i Mario Draghi, były premier Włoch i były szef Europejskiego Banku Centralnego, powołuje do życia tzw. Rhine Group, zacne grono byłych polityków, ekonomistów, ekspertów, którzy mają, z grubsza, wymyślić sposób na to, jak uczynić z Europy potęgę technologiczną i jak nie przegrać z kretesem w rywalizacji ze Stanami Zjednoczonymi, Chinami, a nawet Indiami.
W "piśmie przewodnim", zamieszczonym na stronie instytucji, przeczytamy m.in.: "Nasze wyzwania mają wręcz charakter egzystencjalny. Jeśli nie poradzimy sobie z tą stagnacją, Stary Kontynent będzie nieuchronnie tracił swoje zdolności do wypełniania podstawowych obowiązków wobec własnych obywateli: finansowania armii, systemu opieki zdrowotnej, emerytur, edukacji, ochrony środowiska, stosownych zabezpieczeń dla osób bezrobotnych […]. Spośród 50 największych firm technologicznych globu jedynie cztery pochodzą z Europy. W każdym obszarze wschodzących technologii, które będą kształtować naszą przyszłość, Europejczycy pozostają w tyle".
Cztery koncerny na pięćdziesiąt to rzeczywiście niezbyt budująca statystyka. Niestety, w przypadku składu członków Rhine Group statystyka także nie kłamie i jest równie niewesoła. Wśród 55 osób znalazł się tam tylko jeden przedstawiciel Europy Środkowo-Wschodniej: były prezydent Estonii Toomas Hendrik Ilves. Na liście ma ani jednego Polaka, Czecha, Słowaka, Rumuna czy Łotysza. Przypomnijmy zresztą, że Mario Draghi, przygotowując dwa lata temu swój słynny raport na temat innowacyjności, także nie wpadł na pomysł, aby zaprosić do współpracy choćby jednego specjalistę z naszego regionu.
Mentalna żelazna kurtyna nadal istnieje - w umysłach Włochów, Niemców, Francuzów, Austriaków, Amerykanów, Izraelczyków.
Gdy pełniłem swoją misję w Tel Awiwie, a zahaczała ona m.in. o okres pandemii, w izraelskiej telewizji publicznej pokazywano statystyki dotyczące zachorowań i zgonów na covid. Skupiano się na USA i krajach europejskich. Tylko że Stary Kontynent kończył się gdzieś w okolicach Berlina. O Polsce, Czechach, Węgrzech - ani słowa.
Nie z racji cenzury, lecz z powodu wewnętrznego, nieomal podświadomego przekonania, że owe kraje do Europy się nie zaliczają. Po czym, nierzadko w tym samym programie, pojawiały się informacje np. o incydentach antysemickich w Polsce. Z ledwie zawoalowaną insynuacją: gdyby Polska była cywilizowana, gdyby należała do "naszego" kręgu kulturowego, to takie incydenty by się nie zdarzały.
Dzisiaj słyszymy pochwały. Dzisiaj Polska rośnie jak na drożdżach, jest "czysta i bezpieczna". Podobnie jak inne państwa Europy Środkowej i Wschodniej. Kiedy jednak trzeba wybrać nowego sekretarza generalnego NATO, przechodzimy do fazy "wicie, rozumicie". Kiedy dobiera się członków Rhine Group, nagle pojawiają się "problemy logistyczne", jak tłumaczył dyrektor wykonawczy tej organizacji.
Sam stanowczo na to zareagowałem stosownym komentarzem. Choć może powinniśmy się już z tym pogodzić. Może zastanówmy się, co zrobić, aby Polska była postrzegana jako kraj "normalny". Jak Dania, Szwajcaria, Norwegia. Nie zaś jak prymus, który właśnie zdał maturę na szóstkę z plusem, ale jest jeszcze zbyt nieopierzony, by mógł włączyć się do dyskusji dorosłych.