Nie chodziło o likwidację "śmieciówek". Szef PIP mówi o odwołanej przez Tuska reformie
Celem planowanej reformy Państwowej Inspekcji Pracy nie była likwidacja "śmieciówek" ani pogorszenie kondycji firm - przekonuje w środowej rozmowie z PAP Główny Inspektor Pracy Marcin Stanecki. Według niego możliwe są pewne zmiany w reformie, które będą do zaakceptowania zarówno przez pracowników, jak i przedsiębiorców.
Planowana reforma Państwowej Inspekcji Pracy, która miała umożliwiać inspektorom pracy przekształcanie umów cywilnoprawnych na umowy o pracę, została decyzją premiera Donalda Tuska odwołana - przynajmniej w dotychczasowym kształcie. Premier uznał, że dawała ona zbyt dużą władzę inspektorom i mogłaby być destrukcyjna w skutkach dla firm. Nad nowym kształtem planowanych przepisów pracuje resort rodziny m.in. we współpracy z Ministerstwem Sprawiedliwości.
Główny Inspektor Pracy Marcin Stanecki wyraził w rozmowie z PAP nadzieję, że uda się wypracować rozwiązanie, które będzie dobre dla firm i dla pracowników. Według niego "dosyć dobre" mogłoby być przyjęcie w nowej wersji reformy takiego przepisu, który zakładałby, że decyzja inspektora pracy o przekształceniu umowy nie będzie miała rygoru natychmiastowej wykonalności i nie będzie skutkować naliczaniem zaległych składek ZUS.
Zatrudnia 10 tys. osób. Mówi, jak rozwiązać problem umów
Stanecki zgodził się z obawami przedsiębiorców, że proces związany z odwołaniem od decyzji inspektora pracy może trwać latami i powodować niekorzystny dla firm i pracowników stan niepewności. Zaznaczył też, że decyzje o kontrolach w firmach pod kątem "śmieciówek" miały być wydawane z rozwagą, a same kontrole nie miały mieć charakteru masowego.
– My nie chcieliśmy likwidować polskiej działalności gospodarczej, nie chcieliśmy likwidować umów cywilnoprawnych, bo przecież Kodeks cywilny się nie zmieniał. Również definicja stosunku pracy się nie zmieniała, więc nie było naszą ideą to, żeby pogarszać kondycję firm. Wręcz przeciwnie, dbamy o konkurencyjność, bo jeżeli podmiot X oszukuje, zatrudnia ludzi na czarno, to wiadomo, że będzie sprzedawał taniej produkty – przekonywał Stanecki.
Zwrócił też uwagę, że wielu pracowników czekało na reformę PIP, która była planowana na styczeń tego roku, by zgłosić Inspekcji, że pracują na podstawie umów cywilnoprawnych, mimo że powinni mieć umowę o pracę. Dodał, że zawirowania wokół reformy wpłynęły też na zwiększenie zainteresowania prawami pracowników i Inspekcją.
Nadchodzi inna rewolucja
Przyznał, że dużo większym wyzwaniem dla PIP i firm będą inne planowane przepisy, a mianowicie pełne wdrożenie do polskiego prawodawstwa unijnej dyrektywy o równości i jawności wynagrodzeń.
PIP będzie musiała przeprowadzić szkolenia pracodawców zatrudniających do 250 pracowników w zakresie wartościowania stanowisk pod kątem płac. Z kolei pracodawcy będą musieli udostępniać pracownikom kryteria ustalania wysokości wynagrodzeń i ich wzrostu oraz informacje o średnich poziomach wynagrodzenia w podziale na płeć w odniesieniu do pracowników wykonujących podobną pracę. Duże i średnie firmy będą też zobowiązane do sporządzania cyklicznych sprawozdań na temat luki płacowej w swojej organizacji.
– To nie będzie jawność wynagrodzeń, jak wiele osób oczekiwało, że będzie można sprawdzić kolegę z pracy, ile zarabia. Natomiast będziemy mieli prawo do informacji o średnim poziomie wynagrodzeń i to już jest daleko idąca zmiana. Spodziewamy się, że może napłynąć do nas bardzo wiele skarg, tym bardziej że w projekcie mamy prawo reprezentować te osoby, które poczują się pokrzywdzone, przed sądem, a nawet wytaczać powództwa – powiedział.
Polska ma czas na wdrożenie unijnej dyrektywy do 7 czerwca tego roku. Projekt ustawy w tej sprawie został w grudniu 2025 r. opublikowany na stronach Rządowego Centrum Legislacji. Zgodnie z nim PIP będzie przystępować do postępowań w sprawach dotyczących naruszenia zasad przejrzystości i równości płac, a także sama wytaczać powództwa na rzecz pracowników lub kandydatów do pracy.