Decyzja prezydenta ma być ogłoszona w ciągu najdalej kilku dni, ale już słyszymy, że na podpis raczej nie ma szans.
- Pytanie wręcz, czy sprawie nie powinien przyjrzeć się prokurator. Mamy tu do czynienia z odwracaniem zmian, które rząd sam wcześniej przyjął, a prezydent podpisał. Podejrzewamy, że posłowie KO ulegli jakiemuś lobbingowi - przekonuje rozmówca z otoczenia prezydenta Nawrockiego.
Inny rozmówca z Pałacu przyjmuje łagodniejszą interpretację, wskazując, że być może to tylko kwestia legislacyjnego niechlujstwa, z którego efektów parlamentarzyści mogli nawet nie zdawać sobie sprawy.
WIDEOBurza o Skolima? Ekspert obnaża strategię ludzi prezydenta
Posłowie odrzucają zarzuty ze strony ośrodka prezydenckiego. - Ustawa, którą przyjęliśmy, jest tylko doprecyzowaniem okresu przejściowego ze względu na nieprecyzyjne zapisy wprowadzone przez Senat - twierdzi Ryszard Petru, przewodniczący komisji deregulacyjnej, która jako jedna z dwóch komisji pracowała nad projektem. - Brak tej ustawy uderzy w setki polskich firm - przestrzega.
Umowy-widmo
Chodzi o projekt nowelizacji ustawy Prawo energetyczne oraz niektórych innych ustaw, którym zajmowała się sejmowa komisja ds. deregulacji. Ustawa trafiła na biurko prezydenta 10 sierpnia, więc wkrótce mija 21 dni, w trakcie których Karol Nawrocki musi poinformować o swojej decyzji.
Aby zrozumieć cały kontekst, nasz rozmówca z Pałacu cofa się do marca tego roku. Wtedy to Sejm przyjął ustawę nowelizującą Prawo energetyczne, która zmieniała zasady umów na przyłącza do sieci elektroenergetycznej.
Umowy te czasem pozyskiwały różne spółki-krzaki, które występowały do Urzędu Regulacji Energetyki i oznajmiały, że np. chcą zbudować fotowoltaikę i potrzebują np. 5 megawatów. Pozyskiwały uprawnienie do takiego przyłącza, ale potem nic nie robiły w sprawie realizacji tej inwestycji. W efekcie ta moc była zablokowana. Jednocześnie przychodziły inne firmy do URE i mówiły: "My chcemy budować". A nie mogły, bo przyłącze było już zablokowane, a gdyby też się podłączyły, zabrakłoby sieci do tej mocy, którą ona zabezpiecza - tłumaczy rozmówca.
Po co więc zawierać umowę-widmo i blokować innym moce przyłączeniowe? Jak słyszymy, chodzi m.in. o to, by ktoś, kto naprawdę potrzebuje mocy dla swojej inwestycji, musiał kupić taką spółkę-krzak, która już ma przyznaną tę moc.
Czyli ktoś za kilkadziesiąt tysięcy złotych, związanych z wypełnianiem papierów do Urzędu Regulacji Energetyki, sprzedaje potem za miliony tę spółkę z tym prawem do przyłącza energetycznego - dodaje osoba z Pałacu.
Jednocześnie pokazuje nam w KRS przykład jednego z takich przedsiębiorców, który jest prezesem, członkiem zarządu lub właścicielem udziałów w aż 25 spółkach tego typu.
Wygasające umowy
W związku z tym - kontynuuje nasz rozmówca z otoczenia Nawrockiego - rząd przygotował "bardzo dobre rozwiązanie": w ustawie przyjętej w marcu unieważnił te umowy. - Zasada była prosta. Jeżeli nie podejmiesz tej inwestycji, umowa jest unieważniona. Dlatego że to były projekty-widmo, bez postępującej realizacji - wskazuje rozmówca.
W dużym uproszczeniu nowelizacja przewidywała, że kto miał już podpisaną umowę o przyłączenie, ale z odległym terminem realizacji (dalej niż 3 lata od wejścia w życie ustawy, czyli po 30 kwietnia 2029 r.), musiał w ciągu 6 miesięcy od wejścia w życie ustawy wpłacić zabezpieczenie w wysokości 1/4 pełnej kwoty (30–60 zł/kW). Jeśli nie wpłacił, umowa wygasała z mocy prawa. Z kolei podmioty, które miały już umowę o przyłączenie zawartą na długo przed nowelizacją (np. 48 miesięcy), musiały w wyznaczonych terminach zawiadomić operatora, że uzyskały ostateczne pozwolenie na budowę dla odpowiedniej części mocy objętej umową. I znów - jeśli nie zawiadomili w terminie, umowa wygasała z mocy prawa.
Karol Nawrocki podpisał tę nowelizację, jak słyszymy, mimo pewnych wątpliwości. - Prezydent jako instytucja był z wielu stron lobbowany, żeby tej nowelizacji nie podpisywać. Argumenty były takie, że to uderzy w biznes, bo ludzie mają spółki i tak dalej. Ale prezydent uznał, że na szali jest bezpieczeństwo energetyczne. A to dużo ważniejsze niż to, że ktoś sobie trzyma inwestycyjnie spółkę z prawem do przyłącza energetycznego - tłumaczy współpracownik Nawrockiego.
Lobbing na szkodę kraju?
W połowie czerwca do Sejmu wpłynął kolejny projekt nowelizacji Prawa energetycznego (druk 2750). "Projekt dotyczy zmiany przepisów w zakresie obowiązku wniesienia albo uzupełnienia zaliczki na poczet opłaty za przyłączenie do sieci. Projekt nie ingeruje w konstrukcję zaliczki, lecz doprecyzowuje zakres podmiotowy i czasowy przepisów przejściowych" - czytamy na stronach internetowych Sejmu. W praktyce chodziło też o wyczyszczenie pewnych nieścisłości prawnych z poprzedniej nowelizacji, które rodziły sporo kłopotów interpretacyjnych wśród przedsiębiorstw i dostawców energii. Prace poszły dość sprawnie, bo ustawa 10 sierpnia wylądowała na biurku Karola Nawrockiego.
Gdy urzędnicy prezydenta zaczęli je analizować, ku ich zaskoczeniu okazało się, że wprowadzone wcześniej przepisy o wygasaniu z mocy prawa umów-widmo mają zniknąć. - W trakcie prac nad tą ustawą, w drugim czytaniu, nagle pojawiają się dwie poprawki od posłów Koalicji Obywatelskiej. I te poprawki przywracają do życia te umowy, które były unieważnione tą poprzednią, rządową ustawą. Czyli oddają te umowy tym podmiotom, które je miały. Z całym szacunkiem, ale jeżeli takie coś jest robione, to jest absolutny skandal - kwituje rozmówca z Pałacu.
Jak nieoficjalnie słyszymy, w tej sytuacji możliwe jest jedynie weto. Ale może zostać ono podbite oskarżeniami Pałacu o to, że posłowie KO ulegli lobbingowi, który będzie ze szkodą dla bezpieczeństwa energetycznego kraju. Niektórzy rozmówcy z otoczenia Karola Nawrockiego zastanawiają się nawet, czy dobrym ruchem nie byłoby jednoczesne złożenie zawiadomienia do prokuratury, ale to na razie luźniejsze rozważania, bo nie ma pewności, czy takie zawiadomienie - oparte bardziej na podejrzeniach niż dowodach - byłoby skuteczne.
Co na to rządzący?
Ryszard Petru, szef sejmowej komisji deregulacyjnej, odpiera zarzuty Pałacu. - Według mojej wiedzy nie ma żadnej ingerencji w meritum, a na pewno nie było takiej intencji ustawodawcy. Kwestia wygaszania umów jest bez zmian. Wiem, że były zgłoszone poprawki w drugim czytaniu. One były wynikiem doprecyzowania na prośbę Ministerstwa Energii - dodaje.
To poselska inicjatywa. Ministerstwo Energii odpowiednie przepisy miało zawarte w bardzo dobrze przygotowanej ustawie o numerze UC84 - mówi nam Miłosz Motyka, minister energii.
Niektórzy rozmówcy z otoczenia Karola Nawrockiego przyjmują bardziej koncyliacyjną linię. - Naszym zdaniem ustawa zmienia meritum. Ale rozumiem, że posłowie mogli nawet o tym nie wiedzieć. Nie jestem w stanie tylko rozstrzygnąć, czy to jest celowe działanie, czy nieudolność. Na pewno rządowi urzędnicy, z którymi rozmawialiśmy, byli mocno zdziwieni potencjalnymi efektami tych poprawek - przekonuje rozmówca.
- Trzeba przyznać, że to bardzo trudna ustawa oraz skomplikowane i bardzo zagmatwane tą kroczącą legislacją procesy. Tak więc oni mogli pewnych rzeczy nie zauważyć. Ale pytanie, czy faktycznie autorzy poprawki - a chyba wiem, którzy prawnicy podsunęli to posłom - czasem nie mieli świadomości, co piszą i wprowadzili posłów w błąd - dodaje współpracownik prezydenta.
Co ciekawe, nawet w obozie rządzącym są tacy, którzy po cichu liczą na weto. - Nas powinno w pierwszej kolejności interesować bezpieczeństwo energetyczne kraju i wolne moce wytwórcze. Rozumiem, że komisja deregulacyjna chce liberalizować przepisy, ale chyba za daleko się zapędzono z tym luzowaniem - ocenia rozmówca.