Wzrost deportacji z Polski najwyraźniej widać w danych z wiosny tego roku. "Rzeczpospolita", powołując się na dane z Komendy Głównej Straży Granicznej, podała, że tylko w marcu deportowano drogą lotniczą 1,15 tys. osób, a w kwietniu 1,13 tys. Chodzi zarówno o dobrowolne, jak i przymusowe wyjazdy z Polski.
Dla porównania, w całym 2022 r. takich operacji było ok. 3,8 tys., więc mniej niż w pierwszym półroczu tego roku. Z danych wyłania się też mapa państw, do których RP deportuje najwięcej przybyszów. - W 2025 r. najczęściej powracającymi drogą lotniczą byli obywatele Gruzji i Uzbekistanu, a w 2026 r. obywatele Gruzji i Kolumbii - przekazała dziennikowi Anna Sobieska-Tekień, rzeczniczka komendanta głównego Straży Granicznej.
WIDEONawet 30 tys. zł brutto. "To nasza reprezentacja firmy"
Wojciech Dzięgiel z Fundacji Pułaskiego wiąże wzrost liczby deportacji z większą skutecznością służb. "Jest oczekiwanie społeczne, że granice będą szczelne, a państwo będzie identyfikować i deportować osoby przebywające w kraju nielegalnie. Służby mają już znacznie mniej pobłażliwości dla tego zjawiska i widać to w statystykach" - mówi "Rzeczpospolitej" ekspert.
Teoria a rzeczywistość. Kto pokrywa koszty deportacji?
Jeżeli zobowiązany kraj pochodzenia migranta nie zapłaci i nie da się potrącić pieniędzy ani skutecznie przeprowadzić egzekucji, w praktyce ciężar spada na budżet Polski - w części budżetowej MSWiA ze środków Komendanta Głównego SG.
Odciążają nas w tej sprawie fundusze z unijnego projektu FAMI ("Organizowanie powrotów przymusowych oraz powrotów dobrowolnych"), z którego Polska dostała 174,46 mln zł, a do tego dołożyła około 58,15 mln zł. Projekt obejmuje nie tylko same bilety i transport, lecz także identyfikację cudzoziemców, dokumenty podróży, opiekę, zakwaterowanie, reintegrację oraz część infrastruktury strażników granicznych.
Straż Graniczna wyjaśnia, że to, który lot finansuje budżet państwa, a który środki unijne, "uzależnione jest od okoliczności konkretnej sprawy oraz przepisów prawa krajowego i unijnego". Rzeczniczka SG informuje, że 85-90 proc. "operacji powrotowych" realizowanych jest przy wsparciu Europejskiej Agencji Straży Granicznej i Przybrzeżnej (Frontex). Nie podaje jednak konkretnej kwoty, jaką wykłada Polska.
Wojciech Dzięgiel przypomina, że państwo ma możliwość "zajmowania kont placówek dyplomatycznych, jeśli np. ambasada nie reguluje na czas swoich zobowiązań wobec kraju, w którym się znajduje". Zaznacza, że przy poziomie deportacji z Polski nie ma to sensu.
- Myślę, że jeśli byłaby to większa skala deportacji, a koszty stałyby się dotkliwe dla Polski, to MSZ wdrożyłby odpowiednie procedury - ocenia ekspert z Fundacji Pułaskiego. Wyjaśnia, że koszt deportacji to nie tylko lot, lecz także zakwaterowanie, wyżywienie, opieka medyczna i tłumacz. A to i tak mniejszy koszt dla budżetu państwa niż utrzymywanie obcokrajowców, którzy przebywają w Polsce nielegalnie.
Źródło: "Rzeczpospolita"