Ukraińscy lekarze ratują polskie szpitale. Brakuje chętnych do pracy
Lekarze z Ukrainy stanowią niewielki odsetek personelu medycznego w Polsce, ale w wielu szpitalach powiatowych odpowiadają za obsadę kluczowych oddziałów. Dyrektorzy placówek przyznają, że bez nich znacznie trudniej byłoby zapewnić ciągłość pracy, a problem pogłębia brak chętnych do specjalizacji - opisuje "Gazeta Wyborcza".
Ukraińscy lekarze od kilku lat uzupełniają braki kadrowe w polskiej ochronie zdrowia, szczególnie w szpitalach powiatowych. Dyrektorzy placówek podkreślają, że nie zastępują polskich medyków, ale w wielu przypadkach pozwalają utrzymać całodobową pracę najważniejszych oddziałów.
Grzegorz Panek, dyrektor Samodzielnego Publicznego Zakładu Opieki Zdrowotnej w Sanoku, wylicza, że lekarze z Ukrainy pracują m.in. na oddziałach zakaźnym, neurologicznym, chirurgii, ortopedii, kardiologii, intensywnej terapii, SOR-ze i laryngologii. Jak podkreśla, "są to oddziały kluczowe z punktu widzenia zabezpieczenia całodobowego funkcjonowania szpitala".
Podobne doświadczenia ma Szpital Matki Bożej Nieustającej Pomocy w Wołominie. Jego dyrektor Piotr Gołaszewski zaznacza w rozmowie z "GW", że odejście ukraińskich lekarzy nie oznaczałoby paraliżu placówki, ale utrudniłoby jej dalszy rozwój. - Gdyby ci ludzie odeszli z dnia na dzień, nasze plany rozwojowe byłyby trudniejsze – mówi. Jednocześnie dodaje, że polska medycyna funkcjonowała również przed ich przyjazdem.
Zbudował globalną firmę. Mówi o największym wyzwaniu dla polskiej gospodarki
Zdaniem Panka największym problemem pozostaje malejące zainteresowanie młodych lekarzy pracą w szpitalach powiatowych.
Coraz mniej młodych lekarzy chce pracować w szpitalach powiatowych, szczególnie poza dużymi miastami akademickimi. Dlatego lekarze z Ukrainy w wielu miejscach nie są już jedynie uzupełnieniem kadry, ale realnym elementem zapewniającym stabilność funkcjonowania systemu ochrony zdrowia – podkreśla.
Problemem nie są miejsca, lecz chętni do pracy
Dr hab. Łukasz Rypicz z Uniwersytetu Medycznego we Wrocławiu zwraca uwagę, że dyrektorzy szpitali często domykają grafiki dzięki lekarzom pracującym na umowach cywilnoprawnych. Pozwala to na większą elastyczność, ale jednocześnie zwiększa ryzyko przeciążenia personelu.
Najwyższa Izba Kontroli udokumentowała 134 przypadki lekarzy pełniących dyżury dłuższe niż 40 godzin. Rekord wyniósł 124 godziny bez przerwy. - Jaka jest wydolność osoby, która przez 100 godzin non-stop odpowiada za życie ludzkie? – pyta Rypicz.
Problemy kadrowe dobrze obrazuje przykład Sanoka. Szpital dysponuje 40 akredytowanymi miejscami specjalizacyjnymi, jednak zajętych jest tylko dziesięć. Jak wylicza Panek, w wielu specjalizacjach – m.in. anestezjologii, medycynie ratunkowej czy neurologii – wolne pozostają wszystkie dostępne miejsca. - Polski chirurg ogólny to dzisiaj jak ostatni Mohikanin – ocenia w rozmowie z "GW".
Eksperci wskazują, że podobne trudności dotyczą także podstawowej opieki zdrowotnej. W wielu mniejszych miejscowościach mimo dodatkowych zachęt, takich jak mieszkania służbowe, nadal brakuje lekarzy rodzinnych. Jednocześnie średnia wieku personelu medycznego rośnie, a w kolejnych latach wielu specjalistów odejdzie na emeryturę.
Według danych GUS w 2024 r. z pacjentami pracowało w Polsce 2586 lekarzy z obywatelstwem ukraińskim. Stanowią oni 1,8 proc. wszystkich lekarzy pracujących bezpośrednio z pacjentami. Eksperci podkreślają jednak, że ich znaczenie wynika przede wszystkim z miejsc zatrudnienia – trafiają tam, gdzie od lat najtrudniej obsadzić dyżury i zapewnić ciągłość funkcjonowania oddziałów.
Problem niedoboru lekarzy pokazuje również historia pediatry Serhija Pody, który od lipca 2022 r. pracuje w Lublinie. Przepraszał "Gazetę Wyborczą" za opóźnioną odpowiedź, tłumacząc, że "musiał pracować bez przerwy w szpitalu – 8 dni z rzędu, bo polscy lekarze nie chcieli pracować w długi weekend".
Serhij dyżuruje w dwóch szpitalach i dodatkowo pracuje w przychodni. Jak mówi, w Polsce zarobki są wyższe niż przed wojną w Ukrainie, jednak nadal odczuwa, że jest traktowany przede wszystkim jako sposób na uzupełnienie braków kadrowych.
Osobiście odczuwam, że traktują mnie jak dodatkową siłę do wypełniania luk kadrowych. Przedłużają mi kontrakt ciągle tylko na trzy miesiące, choć pracuję w szpitalu już 4 lata – podkreśla.