Polska to raj dla lekarzy? Jeszcze nie, ale kierunek jest wyraźny
Niemal żaden inny kraj UE nie zwiększył w ostatnich latach wydatków na ochronę zdrowia tak mocno jak Polska. Ten dodatkowy budżet w dużej mierze pochłonęły ostre podwyżki wynagrodzeń lekarzy. Wcześniej jednak polski system był mocno niedofinansowany, a lekarze-specjaliści zarabiali nad Wisłą gorzej niż w innych krajach.
Astronomiczne zarobki części polskich medyków znalazły się w centrum debaty publicznej w związku ze skandalem w warszawskim Szpitalu Południowym, ujawnionym przez portal Zero. Były już koordynator tamtejszego SOR-u Dawid Kacprzyk, który nie miał jeszcze specjalizacji, w 2025 r. z pracy w tej i innych placówkach osiągnął 1,6 mln zł dochodu. Tak wynika z jego oświadczenia, które złożył jako radny dzielnicy Ursus.
Szybko okazało się, że lekarzy-milionerów jest w Polsce wielu. Medyków, którzy takie zarobki osiągają w jednym tylko miejscu pracy, według Agencji Oceny Technologii Medycznych i Taryfikacji jest około 560.
Z kilku źródeł ponad milion złotych rocznie zarabia wielokrotnie więcej lekarzy. Społeczne oburzenie tymi doniesieniami potęguje to, że duża część spośród najlepiej wynagradzanych pracowników ochrony zdrowia płaci niskie podatki (14 proc. ryczałtu od dochodów).
Masz pieniądze na koncie? Możesz tracić więcej, niż myślisz
– Te horrendalne wynagrodzenia, o których raz za razem słyszymy, które już okazują się nie być pojedynczymi przypadkami, to jest po prostu sytuacja absurdalna – oceniła w piątkowym programie "Tłit" Wirtualnej Polski Agnieszka Dziemianowicz-Bąk, ministra rodziny, pracy i polityki społecznej. Stwierdziła, że nie może być tak, że szybki w ostatnich latach wzrost nakładów na ochronę zdrowia jest pochłaniany przez podwyżki wynagrodzeń lekarzy.
Gdzie trafiają pieniądze na zdrowie
Podejrzenia, że wzrost nakładów na system ochrony zdrowia, zapoczątkowany przez pandemię Covid-19, jest ciągnięty przez wynagrodzenia lekarzy, a przez to nie przekłada się na jakość opieki zdrowotnej, nie są w Polsce niczym nowym. Powracają, ilekroć mowa jest o rosnącym z roku na rok deficycie w budżecie Narodowego Funduszu Zdrowia. I tłumaczą niechęć Polaków do jakichkolwiek podwyżek składki zdrowotnej, które pomogłyby ten deficyt zasypać.
Ile jest w tych podejrzeniach prawdy? O jednoznaczną odpowiedź trudno. Nie istnieją bowiem oficjalne dane dotyczące wydatków na ochronę zdrowia w Polsce z podziałem na kategorie kosztów. Nie jest to zresztą sytuacja nietypowa.
Organizacja ds. Współpracy Gospodarczej i Rozwoju (OECD), która monitoruje funkcjonowanie systemów ochrony zdrowia w 38 krajach członkowskich oraz wielu innych, takie akurat statystyki z co najmniej kilku lat posiada tylko dla trzech z nich (Kostaryka, USA i Malta). We wszystkich udział kosztów osobowych w całkowitych wydatkach na ochronę zdrowia stopniowo maleje.
Można jednak znaleźć pośrednie dowody na to, że w Polsce jest inaczej: koszty osobowe pochłaniają coraz większą część wydatków na zdrowie. Jednocześnie nic nie wskazuje na to, aby ta część już dziś była – w porównaniu międzynarodowym – wyjątkowo duża.
Szybki wzrost wynagrodzeń medyków dotyczy bowiem przede wszystkim specjalistów, którzy w przeszłości nie byli nad Wisłą wynagradzani szczególnie hojnie.
Polska na wydatkowym podium
Zacznijmy od tego, że wydatki na ochronę zdrowia rosną w Polsce w zawrotnym tempie. Od 2019 r., ostatniego roku przed pandemią Covid-19, do 2024 r. zwiększyły się o 98,7 proc., do niemal 294 mld zł.
Ta kwota, obejmująca zarówno wydatki publiczne, jak i prywatne (bezpośrednie i w ramach pakietów medycznych), stanowi równowartość ponad 8 proc. produktu krajowego brutto.
Żaden inny spośród 15 państw UE, dla których dostępne są dane sięgające 2024 r., nie odnotował choćby zbliżonej zwyżki. W drugich pod tym względem Węgrzech wydatki na zdrowie wzrosły o niespełna 77 proc.
Spośród 11 państw UE, które nie udostępniły jeszcze danych z 2024 r., wydatki na ochronę zdrowia podobnie jak Polska zwiększyć mogła Bułgaria. Na to wskazują wyniki z lat 2019-2023. Średnio w 27 państwach Unii nakłady na ten cel wzrosły w tym okresie o 38 proc. Również wśród nienależących do UE krajów członkowskich OECD próżno szukać takich, które zwiększyły nakłady na ochronę zdrowia równie mocno jak Polska.
Dofinansowanie polskiego systemu ochrony zdrowia zbiegło się w czasie ze spadkiem populacji kraju. Dlatego w przeliczeniu na mieszkańca wzrost wydatków na ten cel był jeszcze bardziej spektakularny: w latach 2019-2024 sięgnął 106 proc., w porównaniu do 41 proc. średnio we wspomnianych 15 krajach UE.
Konsekwencje wysokiej inflacji
Wyjątkowo szybki w ostatnich latach wzrost wydatków na zdrowie w Polsce częściowo wynikał z tego, że wyjątkowo wysoka była u nas inflacja. Skoro rósł ogólny poziom cen, to naturalnie drożały też sprzęt i usługi medyczne. To jednak nie tłumaczy wszystkiego.
W ujęciu realnym, czyli po oczyszczeniu z wpływu inflacji, nakłady na ochronę zdrowia między 2019 a 2024 r. wzrosły nad Wisłą o blisko 40 proc., bardziej niż w innych krajach UE i OECD. Na wspomnianych Węgrzech tak liczony wzrost wyniósł niespełna 14 proc.
Skalę realnego wzrostu wydatków na ten cel można też ocenić na podstawie tego, jak zmienił się ich stosunek do PKB. W Polsce w 2024 r., jak wspomnieliśmy, nakłady na zdrowie stanowiły równowartość 8,1 proc. PKB, w porównaniu do 6,4 proc. pięć lat wcześniej. To wzrost o 1,7 pkt proc. PKB.
W 27 krajach OECD, dla których dostępne są porównywalne dane, wskaźnik ten wzrósł średnio o 0,5 pkt proc. PKB, a w drugiej pod tym względem Słowacji o 1,5 pkt proc. PKB.
W analizowanym okresie w Polsce wyraźnie zwiększyła się liczba praktykujących lekarzy. Według Eurostatu w 2023 r. wynosiła 141,5 tys., o 12,8 proc. więcej niż w 2019 r.
Liczba lekarzy w przeliczeniu na 100 tys. mieszkańców kraju wzrosła nawet bardziej, o niemal 17 proc., do 386. Pod tym względem Polska nie wyróżniała się jednak na tle UE i OECD tak bardzo, jak pod względem wzrostu nakładów na ochronę zdrowia. To właśnie sugeruje, że nad Wisłą bardziej niż gdzie indziej rosły osobowe koszty systemu opieki zdrowotnej.
Realne wydatki na ochronę zdrowia w przeliczeniu na jednego praktykującego lekarza w 2023 r. były w Polsce o 7,2 proc. wyższe niż w 2019 r.
Spośród 24 państw UE, dla których dostępne są porównywalne dane, w ośmiu realne wydatki na zdrowie w takim ujęciu wzrosły w podobnym stopniu lub bardziej. Kolejne dwa lata z pewnością przesunęły jednak Polskę w górę tego rankingu. Wzrost nakładów na ochronę zdrowia, który bezpośrednio po pandemii COVID-19 był powszechny, ostatnio w wielu krajach wyhamował. Ale nad Wisłą akurat nie.
Powyższe wyliczenia – podkreślmy raz jeszcze – to tylko wskazówka, że dużą część przyrostu wydatków na ochronę zdrowia pochłaniają wyższe wynagrodzenia lekarzy, a nie twardy dowód. Pokazują one, jak zmieniły się koszty funkcjonowania całego systemu w przeliczeniu na jednego medyka. Do tych kosztów, oprócz wynagrodzeń, zaliczają się też zakupy urządzeń medycznych, lekarstw, inwestycje w budynki itp.
Co mówią dostępne dane
To, że wzrost kosztów osobowych był szybszy niż innych kosztów, zdają się jednak potwierdzać dane OECD dotyczące wynagrodzeń lekarzy w stosunku do przeciętnego wynagrodzenia. Przed pandemią płace lekarzy pierwszego kontaktu przekraczały w Polsce średnią płacę brutto o niespełna 110 proc., co było wynikiem bliskim mediany (środkowej wartości) państw OECD, dla których istniały porównywalne dane.
Z kolei specjaliści zarabiali zaledwie o 50 proc. więcej niż przeciętny pracownik – mało na tle innych państw. W 2023 r. różnica między wynagrodzeniami lekarzy rodzinnych i lekarzy specjalistów a przeciętną płacą w Polsce powiększyła się jednak do – odpowiednio – 140 proc. i 190 proc. W obu przypadkach był to już wynik powyżej mediany z państw OECD.
Korekta zaniedbań z przeszłości
Interpretacja powyższych danych wymaga pewnej ostrożności. Dotyczą one tylko lekarzy etatowych. OECD publikuje wprawdzie również statystyki dotyczące dochodów samozatrudnionych medyków, ale Polski one akurat nie obejmują. Tymczasem to właśnie kontraktowi lekarze, świadczący swoje usługi w kilku miejscach, osiągają nad Wisłą najwyższe dochody.
Przy tym na własny rachunek częściej pracują specjaliści niż lekarze ogólni. To oznacza, że dane OECD dotyczące wynagrodzeń z umów o pracę prawdopodobnie znacząco zaniżają faktyczne dochody lekarzy specjalistów w Polsce. W odniesieniu do lekarzy ogólnych są bardziej wiarygodne. A ci zarabiali i wciąż zarabiają nad Wisłą bardzo dobrze w porównaniu międzynarodowym.
Zwyżka wynagrodzeń lekarzy w Polsce w stosunku do "średniej krajowej" jest tym bardziej znamienna, że w ostatnich latach niewiele było w OECD państw, gdzie przeciętne płace rosły równie szybko.
Wygląda więc na to, że wzrost wydatków na ochronę zdrowia w Polsce rzeczywiście był od pandemii Covid-19 nadzwyczaj szybki i w dużym stopniu wywołany podwyżkami wynagrodzeń lekarzy. Z tego jednak nie wynika, że w polskiej polityce zdrowotnej popełniono jakiś błąd. Dofinansowanie systemu ochrony zdrowia było w dużej mierze korektą zaniedbań z przeszłości.
To nie rynek decyduje o płacach lekarzy
Wróćmy do danych OECD, wedle których wydatki na ochronę zdrowia nad Wisłą – zarówno publiczne, jak i prywatne – od 2019 do 2024 r. zwiększyły się o 1,7 pkt proc. PKB.
Bardziej niż w jakimkolwiek innym z 27 uwzględnionych w naszej analizie państw z tej organizacji. Ale tylko w dwóch z nich – Luksemburgu i Węgrzech – te wydatki w punkcie wyjścia były niższe niż w Polsce, gdzie wynosiły 6,4 proc. PKB. Do 2024 r. wyprzedziliśmy pod tym względem jeszcze cztery kraje, ale nadal jesteśmy w ogonie OECD.
Odniesienie wydatków na ochronę zdrowia w stosunku do PKB do liczby lekarzy na 1000 mieszkańców daje przybliżony obraz tego, jak dobrze wynagradzana jest ta grupa zawodowa w poszczególnych krajach. Niestety, dostępność danych sprawia, że taką analizę trzeba skończyć na 2023 r., a więc przed okresem, gdy Polska zaczęła szczególnie mocno wyróżniać się pod względem wzrostu nakładów na zdrowie.
Wtedy wniosek, że polscy lekarze są mocno przepłacani, nie był jeszcze uprawniony. Stosunek wydatków na zdrowie w proc. PKB do liczby lekarzy na 1000 mieszkańców wynosił w 2023 r. nad Wisłą 1,85. Medianowa wartość tego wskaźnika w 27 wspomnianych krajach OECD wynosiła 2,1, a średnia – 2,3. Polska plasowała się na końcu drugiej dziesiątki.
W minionych dwóch latach w tym rankingu Polska z pewnością przesunęła się w górę, choć nie jest jasne, jak bardzo. Istnieje jednak jeden czynnik, który może tłumaczyć, dlaczego rosnące tak szybko wydatki na ochronę zdrowia i wynagrodzenia lekarzy budzą kontrowersje. Otóż w wielu krajach UE oraz OECD do skoku ogółu nakładów na ten cel przyczyniał się też sektor prywatny. W Polsce zaś była to wyłącznie konsekwencja zmian w wydatkach publicznych, które między 2019 a 2024 r. zwiększyły się realnie o 116 proc. (przypomnijmy: wydatki ogółem wzrosły o 98,7 proc.).
Jakie to ma znaczenie? Rosnące wydatki na ochronę zdrowia nie są odzwierciedleniem procesów rynkowych, tzn. skłonności Polaków do płacenia więcej za usługi zdrowotne oraz lekarstwa (bezpośrednio lub w ramach prywatnych ubezpieczeń). Jest to wyłącznie pokłosie decyzji administracyjnych, a finansowanie zwiększonych nakładów opiera się na składkach i podatkach.