Obecnie polski system podatkowy opiera się na dwóch głównych stawkach PIT. Podatnicy płacą 12 procent od dochodów, które nie przekraczają 120 tysięcy złotych rocznie. Kiedy jednak podatnik przekroczy tę granicę, danina drastycznie rośnie. Od każdej kolejnej zarobionej złotówki trzeba odprowadzić aż 32 procent do urzędu skarbowego. Ten gwałtowny skok od dawna budzi kontrowersje, ponieważ uderza w osoby, które otrzymują podwyżki inflacyjne i z tego powodu wpadają w wyższy próg.
WIDEOWyścig gigantów po Żabkę. Analityk zwraca uwagę na "przeciek"
Kolejna stawka jako bufor bezpieczeństwa?
Aby złagodzić ten przeskok, w kuluarach rządowych - co wiemy jak na razie nieoficjalnie - pojawił się nowy pomysł. Koncepcja zakłada wprowadzenie dodatkowej, pośredniej stawki PIT, która miałaby wynosić około 24 procent. Z informacji, do których dotarli dziennikarze Wirtualnej Polski i money.pl wynika, że nowa stawka weszłaby w życie w przyszłym roku i stanowiła bufor między obecnymi poziomami opodatkowania.
Na ten moment nie ma ostatecznej decyzji, od jakiej kwoty obowiązywałby nowy próg. W przestrzeni publicznej ścierają się różne wizje i kwoty. Minister funduszy i polityki regionalnej Katarzyna Pełczyńska-Nałęcz postuluje podniesienie granicy drugiego progu ze 120 tysięcy do 140 tysięcy złotych. Z kolei Przemysław Czarnek z Prawa i Sprawiedliwości mówi o kwocie 180 tysięcy złotych. Wprowadzenie stawki 24 procent dla dochodów w przedziale od 120 tysięcy do na przykład 150 tysięcy złotych mogłoby stanowić kompromis, który nie zrujnuje państwowej kasy. Dodatkowo w tle pojawiają się doniesienia o możliwym drastycznym cięciu limitów dla osób, które rozliczają się ryczałtem. Obecny limit 2 milionów euro miałby zostać obniżony do zaledwie 250 tysięcy złotych.
Eksperci o możliwych zmianach: Budżetowy wilk syty, podatkowa owca cała
Postanowiliśmy sprawdzić, jak te wstępne rządowe koncepcje oceniają rynkowi analitycy. O opinię poprosiliśmy ekspertów, którzy na co dzień zajmują się systemem podatkowym i makroekonomią. Zapytaliśmy ich, czy trzecia stawka PIT to krok w dobrą stronę i kto faktycznie zyska na takich zmianach.
Piotr Juszczyk, główny doradca podatkowy firmy inFakt, w rozmowie z money.pl stwierdza, że konstrukcja, która pojawiła się w mediach, ma wyraźne uzasadnienie budżetowe, choć stanowi jedynie leczenie objawów, a nie samej choroby.
– To rozwiązanie, w którym budżetowy wilk jest w miarę syty, a podatkowa owca jeśli nie cała, to przynajmniej mniej poszarpana. Wielokrotnie krytykowałem obecną skalę za jej najbardziej dotkliwą cechę - skok stawki z 12 proc. od razu na 32 proc. Podatnik, który przekracza próg, z każdej dodatkowej złotówki oddaje fiskusowi niemal trzy razy więcej niż wcześniej - wskazuje.
Obrazowo: pracownik, który dostał podwyżkę i liczył na wyraźnie wyższy przelew, nagle widzi, że z każdego kolejnego tysiąca brutto na konto trafia mu znacznie mniej niż dotychczas. Próg pośredni to miękkie lądowanie, zamiast jednego stromego schodka mamy dwa niższe. Konkretnie, przy stawce 24 proc. między 120 a 150 tys. zł podstawy pracownik na etacie zaczyna odczuwać korzyść od około 12 tys. zł brutto miesięcznie, a maksymalnie zyskuje 200 zł miesięcznie, czyli 2 400 zł rocznie, tyle samo, niezależnie, czy zarabia 15, czy 50 tys. zł. I tu właśnie kryje się budżetowa przewaga tego wariantu. Podniesienie progu do 140 tys. zł kosztowałoby do 9 mld zł rocznie i dawałoby najlepiej zarabiającym 4 000 zł korzyści, a waloryzacja kwoty wolnej to wydatek liczony w dziesiątkach miliardów, bo obejmuje wszystkich podatników - wylicza ekspert InFakt.
Koszt dla budżetu? Znacznie mniej niż wyższa kwota
Piotr Juszczyk zwraca też uwagę na koszty dla budżetu. Spełnienie wyborczej obietnicy i podniesienie kwoty wolnej z 30 do 60 tys. zł kosztowałoby bowiem niemal 60 mld zł. Podniesienie drugiego progu - kolejne 11 mld. Wygląda więc na to, że rząd szuka trzeciej drogi.
Próg pośredni za około 4 mld zł adresuje ulgę precyzyjnie tam, gdzie problem jest najostrzejszy, tzn. do grupy, która wpadła za próg głównie przez inflacyjny wzrost płac, a nie realne wzbogacenie. Przypomnę, że próg 120 tys. zł nie drgnął od 2022 r., a przekroczyło go już ponad 2,4 mln podatników, tylko w ostatnim roku przybyło ich około pół miliona. Jedno zastrzeżenie: próg pośredni łagodzi objawy, ale nie leczy choroby. Bez mechanizmu waloryzacji progów co roku kolejne setki tysięcy osób będą wpadać najpierw w stawkę 24, a potem 32 proc. i za kilka lat wrócimy do tej samej dyskusji, tylko z wyższymi liczbami. Miękkie lądowanie to dobry pierwszy krok, ale docelowo skala podatkowa powinna być indeksowana, tak jak dzieje się to w wielu krajach OECD – wskazuje Piotr Juszczyk.
Potrzebna głębsza zmiana?
Na problem zniekształcenia całego systemu zwraca z kolei uwagę Marcin Materna. Dyrektor Biura Analiz Rynków Kapitałowych w Banku Millennium patrzy na sprawę z perspektywy nierówności między pracownikami etatowymi a osobami, które prowadzą działalność gospodarczą. Ekspert w komentarzu dla money.pl podkreśla, że ciągłe dokładanie nowych elementów do skali podatkowej jedynie komplikuje sytuację, jeśli nie idą za tym zmiany dla wszystkich form opodatkowania. Oto pełna treść jego opinii.
– Rozumiem, że w pomyśle, do którego dotarły media, chodzi o wprowadzenie czegoś pomiędzy, wyższego niż obecna górna stawka 32 proc. (tak naprawdę to 41 proc., bo mamy jeszcze podatek zdrowotny zwany składką), co dałoby środki na podniesienie obecnego II progu podatkowego ponad 120 000. Jest też alternatywny pomysł: wprowadzenie kolejnej stawki, czyli coś pomiędzy 32 proc. a 12 proc. dla dochodów np. pomiędzy 120 a 200 tysiącami zł. - wskazuje Marcin Materna.
Można oczywiście wprowadzać kolejne progi podatkowe i dalej komplikować system pod warunkiem, że obejmie to wszystkie osoby fizyczne. Utrzymywanie wysokiego opodatkowania pracy na etacie przy licznych furtkach dla najlepiej zarabiających w inny sposób (ryczałt, podatek liniowy) jest moim zdaniem kpiną z każdego zarabiającego nieco ponad średnią podatnika, który jeszcze dodatkowo na etacie płaci najwyższą składkę zdrowotną (9 proc. vs. 4 proc. po odliczeniu podatku czy wręcz <1 proc. w przypadku najlepiej zarabiających osób na ryczałcie). Jeśli już szukamy środków na sfinansowanie podniesienia progu podatkowego dla osób na etacie, warto go moim zdaniem poszukać w opodatkowaniu grup, które dziś cieszą się hojnymi przywilejami podatkowymi (zwłaszcza jeśli chodzi o składkę zdrowotną, ale też PIT) - wskazuje Marcin Materna.
Ekspert Banku Millennium przypomina, że zgodnie z wyborczymi obietnicami obecnej koalicji środki na podwyżki progów miały zostać zapewnione. Tymczasem rząd wciąż zastanawia się, jak chociaż częściowo dotrzymać słowa.
- Skoro można było kosztem kilku mld wprowadzić wakacje od ZUS dla m.in. najlepiej zarabiających JDG, poprawić rentę wdowią (tu koszt znacznie wyższy), to i na podwyżkę drugiego progu czy inflacyjną waloryzację też powinny się chyba znaleźć - mówi.
Mam też inny pomysł - może zamiast co jakiś czas kombinować z progami należałoby po prostu wzorem większości krajów Europy wprowadzić automatyczną coroczną waloryzację progów podatkowych o wskaźnik inflacji czy wzrostu płac. Zmiana przestałaby być wtedy wyrazem łaski hojnych polityków, którzy nagle przypomnieli sobie z troską o elektoracie przed wyborami (bo tak obecnie starają się oni to przedstawiać) - wskazuje nasz rozmówca.
System podatkowy powinien być prosty. Wprowadzenie dodatkowej stawki pomiędzy 12 proc. a 32 proc. dla dochodów od obecnego II progu podatkowego do 2x obecnego II progu (to byłby III próg), zrównanie składki zdrowotnej dla wszystkich bez względu na formę osiągania dochodów, ograniczenie możliwości rozliczania się ryczałtem do wysokości wprowadzonego III progu podatkowego (czyli wspomniany 2x II próg) oraz automatyczna coroczna waloryzacja progów podatkowych (wszystkich) o wskaźnik wzrostu płac czy inflacji i mamy prostszy i sensowniejszy system niż obecny – analizuje Marcin Materna.
Rząd da jednym, a zabierze drugim?
Zamrożenie progu na poziomie 120 tysięcy złotych od 2022 r. ma potężne konsekwencje dla domowych budżetów. Wprowadzenie trzeciej stawki na poziomie 24 procent z pewnością złagodziłoby szok podatkowy dla wielu osób na etatach. Jednocześnie pojawia się postulat, aby ewentualnym zmianom w skali towarzyszyło uszczelnienie systemu dla przedsiębiorców. Ograniczenie przywilejów w ryczałcie oraz zrównanie obciążeń z tytułu składki zdrowotnej to kierunki, które mogłyby sfinansować ulgi dla pracowników najemnych. Decyzje w tych sprawach zapadną w najbliższych tygodniach, gdy rząd oficjalnie zaprezentuje projekt budżetu.