Odejście z partii to za mało. Lekarz-milioner powinien zwrócić pieniądze? [OPINIA]
Dawid Kacprzyk, lekarz-radny-milioner, zrezygnował z członkostwa w Koalicji Obywatelskiej. To było zapewne wyjście "honorowe", żeby partia nie musiała go wyrzucać siłą. Działania podjęła Naczelna Izba Lekarska, rząd. Ale Polacy zdają się mieć jasne zdanie, że to wszystko za mało - jeśli lekarz będzie mógł zatrzymać zarobione w ten sposób pieniądze, to w zasadzie pozostanie bezkarny.
Sprawa lekarza-milionera Dawida Kacprzyka, radnego dzielnicy Ursus z ramienia Koalicji Obywatelskiej, rozgrzała Polaków. I nic dziwnego: okazało się, że ten 28-letni raptem lekarz, bez specjalizacji, miał w 2025 r. dochody z działalności gospodarczej rzędu 1,595 mln złotych. Dziewiętnaście razy większe niż rok wcześniej. A do tego miał 720 tys. zł oszczędności (o niemal pół miliona więcej) i Porsche Panamera z 2025 r., też warte kilkaset tysięcy złotych. Fortuna, o jakiej większość Polaków może tylko pomarzyć.
3976 godzin pracy lekarza-milionera
Wysokość zarobków w tak młodym wieku, bez specjalizacji, wzbudziła kontrowersje i podejrzenia. Kacprzyk przyjmował m.in. na SOR warszawskiego Szpitala Południowego, ale też w przychodni na stołecznej Ochocie, na SOR Szpitala Bródnowskiego oraz na izbie przyjęć w szpitalu św. Anny.
Średnia krajowa to 9500 złotych? Skąd GUS bierze takie dane
Według Szpitala Południowego świadczył usługi zdrowotne na SOR oraz "koordynował pracę" oddziału. Udzielał też świadczeń w ramach nocnej i świątecznej opieki zdrowotnej. Miał przepracować tam łącznie 3976 godzin w 2025 roku. To dawałoby… ponad 10 godzin dziennie każdego dnia roku. Albo ciągi pracy po kilkanaście godzin lub więcej - co akurat w przypadku lekarzy i dyżurów nie jest niczym zaskakującym. Ale to i tak dużo godzin.
Szpital twierdził, że jego zarobki nie odbiegały od stawek rynkowych. Ale już według Naczelnej Izby Lekarskiej Kacprzyk należy do 1 proc. najlepiej zarabiających lekarzy w kraju. Dla porównania: jak skomentował rzecznik NIL Jakub Kosikowski, znakomita większość młodych lekarzy, robiących specjalizację, robi ją na rezydenturze "za 1/10" zarobków Kacprzyka. Czyli za ok. 13 tys. zł miesięcznie brutto.
Miał dyżur, poszedł do telewizji
Co jednak istotne, problem sprawy Kacprzyka na tym się nie skończył. Dziennikarz Patryk Słowik ujawnił bowiem w serwisie zero.pl, że w czasie swoich dyżurów na SOR lekarz-radny chodził… udzielać wywiadów w TVP. Również w czasie dyżuru miał spotkać się z polityczką KO Małgorzatą Kidawą-Błońską czy oglądać debatę prezydencką. Był też aktywny na mediach społecznościowych, m.in. zachęcając do głosowania na polityków KO w wyborach. Także w czasie pracy chodził głosować i - a jakże - chwalił się tym w social mediach. Według doniesień zero.pl Kacprzyk miał też dyżurować nawet trzy doby z rzędu, co jest zwyczajnie nieodpowiedzialne.
Ujawnienie tych informacji wywołało kolejną falę oburzenia - i słusznie. Od lekarzy będących na SOR możemy oczekiwać, że - nawet jeśli "nic się nie dzieje" - to, zarabiając w państwowym szpitalu, będą jednak dyżurować, a nie chodzić do telewizji. Oczywiście, praca lekarzy, w tym na oddziałach ratunkowych, może mieć bardzo dużo niuansów, których nie znamy. Ale zachowań takich, jak Kacprzyka, absolutnie żadne okoliczności nie są w stanie obronić ani usprawiedliwić.
Kacprzyk zaszkodził też lekarzom, bo znowu na środowisko wylały się kubły hejtu. Dla jasności więc napiszę: nie mam nic przeciwko temu, żeby lekarze zarabiali bardzo dobrze. Szczególnie ci pracujący na SOR-ach. Ich działania robią różnicę pomiędzy życiem i śmiercią, zdrowiem i kalectwem. To praca wysoce odpowiedzialna, stresująca, wyczerpująca fizycznie i psychicznie. Okupiona wieloma latami nauki. Zasługuje na to, by być wysoko opłacana.
Czy lekarza-milionera spotka kara?
Ale w przypadku Dawida Kacprzyka wysokie zarobki nie wynikały prawdopodobnie z kwestii medycznych czy wyjątkowo ciężkiej pracy (albo nie tylko z tego powodu), a raczej (przynajmniej częściowo) z politycznych koneksji. Nie bez powodu internauci wyśmiewają go jako człowieka z umiejętnością bilokacji, czyli przebywania w dwóch miejscach naraz. Muszę przy tym podkreślić, że nie uważam też, by był to problem konkretnej partii. Nie brakowało wszak przykładów synekur i układów w poprzednich rządach.
Na koniec afera lekarza-radnego nie byłaby tak wielka, gdyby nie fakt, że Kacprzyk nie tylko postanowił zrobić zarobkową karierę na skróty, ale do tego pokazał się obywatelom z fatalnej strony, chodząc w czasie dyżurów do telewizji i zajmując się polityką. Internauci w dyskusjach o jego sytuacji mówią jasno: może odejść z polityki, nawet z pracy w szpitalu, ale jeśli zachowa te setki tysięcy złotych zarobione w niejasny sposób, to i tak będzie praktycznie bezkarny. Bo co to za kara: wylecieć z partii, skoro w rok zbił majątek, na który większość z nas musiałaby pracować kilka dekad?
Dawid Kacprzyk to przykład człowieka, który zapomniał, że chociaż to partia dała mu "karierę" i stanowiska, to jego pensję płaci państwo, a nie partia. I teraz część obywateli tego państwa domaga się, żeby pieniądze zwrócił. Jego sprawa będzie ultymatywnym testem dla rządzących, czy naprawdę potrafią rozliczyć afery na własnym podwórku.