© Adobe Stock, East News | Hornet, Marcin Tryc, kaniecki | ZipZapic.com, makera

Niski próg to temat zastępczy. Polski system podatkowy zupełnie się wynaturzył [OPINIA]

Grzegorz Siemionczyk

O to, czy obciążenia podatkowe i składkowe w Polsce są za wysokie, można się spierać w nieskończoność. Prawdziwym problemem jest zróżnicowanie tych obciążeń, które straciło wszelki związek ze zróżnicowaniem dochodów. Źródłem tej patologii jest nadmiar przywilejów dla samozatrudnionych.

Słynny inwestor Warren Buffett zauważył swego czasu, że jest mniej obciążony podatkami niż jego sekretarka, choć osiąga wielokrotnie większe od niej dochody. Uznał, że jest to dowód na rażącą niesprawiedliwość amerykańskiego systemu podatkowego, do czego przekonał nawet prezydenta Baracka Obamę - choć ten ostatecznie nic z tym nie zrobił.

Ciekawe, jak Buffett oceniłby polski system, w którym sekretarka może płacić podatki nawet dwukrotnie wyższe niż jej pracodawca, takie same albo też niższe. Co więcej, nie zależy to właściwie od poziomu i źródeł jej dochodów, tylko od tego, jaką formę świadczenia pracy wybierze. Określenie zróżnicowania obciążeń podatkowych w Polsce jako niesprawiedliwego byłoby eufemizmem. Ten system jest patologiczny.

O tym, że z podatkami w Polsce jest coś nie tak, dużo się ostatnio mówi w związku z coraz liczniejszą grupą osób, które w którymś momencie roku zaczynają płacić 32 proc. PIT. W 2025 r. takich podatników było ponad 2,4 mln, o niemal 0,5 mln więcej niż w 2024 r. To już 10 proc. wszystkich osób, które rozliczają się według skali podatkowej. Dla porównania, w 2022 r., gdy drugi próg podatkowy – czyli poziom dochodów, od którego zaczyna obowiązywać wyższa stawka PIT – został podwyższony z 85,5 tys. zł do 120 tys. zł, przekroczyło go 3 proc. podatników rozliczających się według skali.

"Najpodlejsze raczysko toczące tę branżę". Restaurator ujawnia poważny problem

Mówiąc bardziej obrazowo, mniej więcej co siódma pracująca w Polsce osoba w którymś miesiącu minionego roku doświadczyła spadku dochodów netto nawet o 24 proc. (dotyczy to też pewnej, choć nielicznej, grupy emerytów). Jedna piąta z nich znalazła się w tej sytuacji po raz pierwszy. A w tym roku osób, które czeka to frustrujące doświadczenie, ponownie przybędzie. Wynagrodzenia wzrosną bowiem prawdopodobnie o około 6 proc., podczas gdy drugi próg podatkowy stoi w miejscu.

Minister finansów ma związane ręce

Nie dziwi więc, że narasta społeczna presja na ministra finansów Andrzeja Domańskiego, aby drugi próg podatkowy podwyższył. Współtworząca rząd Polska 2050 złożyła nawet projekt ustawy, który zwiększyłby dochód obciążony podstawową stawką PIT (12 proc.) do 140 tys. zł. Dzięki temu, jak argumentują zwolennicy tej zmiany, 32-proc. stawka PIT nie obciążałaby przedstawicieli klasy średniej, tylko stosunkowo wąską elitę najlepiej zarabiających osób.

Minister Domański przekonuje, że na podwyższenie drugiego progu podatkowego nie ma i nie będzie w najbliższym czasie miejsca w budżecie. Pewnie ma rację, bo wobec deklaracji prezydenta Karola Nawrockiego, zgodnie z którą zawetuje on każdy nowy podatek i każdą podwyżkę istniejących obciążeń, rząd może zwiększać wpływy do budżetu tylko za pomocą instrumentów, które działają dyskretnie i automatycznie. Jednym z nich jest zamrożenie kwoty wolnej od PIT (na poziomie 30 tys. zł), zaś drugim właśnie zamrożenie drugiego progu.

Apele o jego podwyższenie są też chybione z innego powodu. Większość ludzi, w tym autor tego tekstu, wolałaby płacić niższe podatki niż wyższe. Ale większość Polaków, jak sugerują badania opinii publicznej (np. Eurobarometr z 2022 r.), uważa też, że państwo powinno prowadzić politykę zmniejszania nierówności dochodowych. Temu służą zaś właśnie progresywne podatki, tzn. takie, których stawka zwiększa się wraz z dochodami.

Nie istnieje zaś żaden obiektywny sposób na rozstrzygnięcie, jakie dochody w Polsce są wystarczająco wysokie, aby obłożyć je wyższą stawką PIT. Nie ma też w ekonomii prawa, które określałoby, jaki odsetek populacji można zaliczyć do klasy średniej, której tak obciążać nie wolno.

Faktem jest natomiast to, że w minionych latach dochody Polaków rosły w rekordowym tempie nie tylko nominalnie, ale też realnie. W świetle Badania Budżetów Gospodarstw Domowych, siła nabywcza przeciętnego dochodu rozporządzalnego (czyli już po odprowadzeniu składek na ubezpieczenia społeczne i większości podatków) na osobę w minionych dwóch latach zwiększyła się o blisko 22 proc., bardziej niż kiedykolwiek wcześniej w tak krótkim czasie.

Pracownik, którego miesięczne wynagrodzenie brutto przewyższyło w 2025 r. 12 tys. zł – czyli poziom, przy którym podstawa opodatkowania PIT przekraczała pod koniec roku 120 tys. zł – prawdopodobnie był w dużo lepszej sytuacji dochodowej niż kilka lat wcześniej. To, że takie wynagrodzenie było w ubiegłym roku tylko o 157 proc. wyższe od płacy minimalnej, podczas gdy w 2022 r. było o 300 proc. wyższe, tego wniosku nie zmienia. Po prostu sytuacja dochodowa osób o najniższych płacach poprawiła się bardziej niż tych zarabiających lepiej.

Za większe wydatki państwa ktoś musi zapłacić

Krótko mówiąc, to, że coraz większa część dochodów coraz większej części społeczeństwa obłożona jest 32-proc. podatkiem, nie jest samo w sobie ani złe, ani dobre. Ocena tego stanu rzeczy to kwestia światopoglądowa. Zależy m.in. od przekonań dotyczących roli państwa w gospodarce i właściwego poziomu wydatków publicznych. Ten od pewnego czasu jest w Polsce wysoki (w 2025 r. sięgnął niemal 51 proc. PKB, co stawiało nas pod tym względem na szóstym miejscu w UE, przed Szwecją i Niemcami), co – biorąc pod uwagę programy głównych obozów politycznych i poparcie, którym się cieszą – większość wyborców aprobuje. Ci, którzy życzyliby sobie niższych podatków, powinni głosować na polityków zdolnych do ograniczenia wydatków państwa. I bynajmniej nie chodzi tu tylko o wydatki na administrację.

Istnieje jednak coś, co oburzenie podatników wpadających w drugi próg podatkowy czyni całkowicie zrozumiałym, niezależnie od poglądów. To fakt, że sam rząd daje im do zrozumienia, że są frajerami. Z jednej strony twierdzi, że w budżecie nie ma miejsca na podwyżkę kwoty wolnej od PIT lub drugiego progu. Z drugiej zaś toleruje równoległy system podatkowy i składkowy, w którym obciążenia są niższe. I do którego drzwi są szeroko otwarte, z czego korzystają przede wszystkim osoby o wysokich dochodach. Nawet tak wysokich, że powinny płacić daninę solidarnościową. Jedynym warunkiem przejścia do tego równoległego systemu jest założenie jednoosobowej działalności gospodarczej (JDG).

Największą trudnością jest wybór tej spośród kilku możliwych form opodatkowania JDG, która zminimalizuje zobowiązania. Poza tym nie trzeba robić nic, nawet zmieniać faktycznego miejsca pracy. Jednym ze skutków tego szerokiego dostępu do przywilejów podatkowych i składkowych, które w założeniu miały być zachętą do przedsiębiorczości, jest to, że obciążenia dwóch podatników, którzy poza rodzajem kontraktu praktycznie niczym się od siebie nie różnią – np. kurierów pracujących dla tej samej firmy lub lekarzy z jednego szpitala — mogą być zupełnie inne. Drugim skutkiem jest to, że poziom tych obciążeń w coraz mniejszym stopniu zależy od poziomu dochodów.

Progresji podatkowej w Polsce już nie ma

O załamaniu koncepcji progresji podatkowej niech świadczy poniższy przykład. Krańcowa stopa opodatkowania, tzn. taka, którą obciążony jest ostatni złoty przychodu, z uwzględnieniem obowiązkowych składek na ubezpieczenia społeczne i zdrowotne, najwyższa jest obecnie w przypadku osób zatrudnionych na umowę o pracę, których roczne wynagrodzenie brutto przekracza około 153 tys. zł, ale nie sięga 282,6 tys. zł brutto. W przeliczeniu na miesiąc daje to wynagrodzenie od 12,7 do 23,4 tys. zł brutto, czyli od 8,8 tys. zł do 14,3 tys. zł "na rękę". W tej grupie z pewnością mieści się wielu informatyków, prawników, lekarzy i innych specjalistów na wczesnym etapie kariery.

Krańcowa stopa opodatkowania takich przychodów – dla uproszczenia przyjmujemy cały przychód z ostatniego miesiąca roku, a nie dosłownie ostatnią złotówkę – wynosi około 47 proc., jeśli wziąć pod uwagę tylko obciążenia odprowadzane przez pracownika, lub aż 57 proc., jeśli dodatkowo uwzględnić składki i podatki płacone przez pracodawcę.

Zarówno dla wynagrodzeń niższych (ale przekraczających 38 tys. zł brutto rocznie), jak i wyższych, ta miara obciążenia podatkami i składkami jest niższa. W pierwszym przypadku wynosi około 29 i 41 proc., w drugim zaś 41 i 44 proc. Wynika to z tego, że wynagrodzenia niższe tylko w małej części wpadają w drugi próg podatkowy, a wyższe z kolei przekraczają 30-krotność przeciętnego wynagrodzenia, co zawiesza płatności składek na ubezpieczenia społeczne. Dzięki temu informatyk, prawnik i lekarz na późniejszym etapie kariery są mniej obciążeni podatkami i składkami niż ich młodsi koledzy z pensją o połowę niższą.

Ale jeśli ten sam doświadczony już informatyk, prawnik lub lekarz zdecyduje się na założenie jednoosobowej działalności gospodarczej, krańcowa stopa opodatkowania jego przychodów – niezależnie od ich poziomu — może wynosić zaledwie 18-25 proc., jeśli składki na ubezpieczenia społeczne będzie odprowadzał od płacy minimalnej i wybierze optymalną dla swojej działalności formę opodatkowania. A i to przy założeniu, że nie wykazuje żadnych kosztów, co przy niektórych formach opodatkowania jest możliwe.

Samozatrudnionych przybywa, przedsiębiorców ubywa

Nie może więc dziwić, że osób prowadzących jednoosobową działalność gospodarczą systematycznie w Polsce przybywa. Wyłączając rolnictwo, osób pracujących na własny rachunek – czyli samozatrudnionych, które nie zatrudniają innych pracowników – w 2025 r. było w Polsce już blisko 1,7 mln, o 250 tys. więcej niż w 2022 r. To wzrost o 18 proc., podczas gdy ogół pracujących poza rolnictwem zwiększył się w tym czasie o niespełna 3 proc. W rezultacie udział osób pracujących na własny rachunek w całkowitej liczbie pracujących sięgnął 10,4 proc., w porównaniu do 9 proc. w 2021 r. i 7 proc. w 2008 r. (to najstarsze porównywalne dane). W UE jesteśmy pod tym względem ewenementem. Ten udział jest bowiem zwykle stabilny. Średnio w UE oscyluje w pobliżu 8 proc.

Jakąś część z tych nowych JDG stanowią oczywiście autentyczni przedsiębiorcy, którzy nie mają alternatywy w postaci etatu. To jednak zdecydowana mniejszość. Gdyby było inaczej, przybywałoby też systematycznie samozatrudnionych z pracownikami. Jest zaś zupełnie odwrotnie: takich samozatrudnionych ubywa. W 2025 r., poza rolnictwem, było ich 633 tys., o 3 proc. mniej niż w 2021 r.

Te dane sugerują, że dysproporcje w obciążeniach podatkowych i składkowych różnych form pracy są masowo wykorzystywane do optymalizacji podatkowej. Jeśli ktoś potrzebuje silniejszych dowodów, odsyłam do wyników świeżego badania Justyny Klejdysz i Toma Zawiszy dotyczących skutków wprowadzenia w Polsce w 2004 r. podatku liniowego na poziomie 19 proc. dla samozatrudnionych (istniały wtedy trzy stawki PIT: 19, 30 i 40 proc.). Przejście na działalność gospodarczą stało się wtedy szczególnie opłacalne dla 2 proc. osób o najwyższych dochodach. I to właśnie one, jak wykazali ekonomiści, po reformie zaczęły wyraźnie częściej zakładać JDG niż kolejnych kilka procent najlepiej opłacanych pracowników, choć wcześniej w obu grupach zjawisko miało podobną skalę. Siedem lat później tylko 20 proc. spośród tych nowych "przedsiębiorców" było pracodawcami.

Politycy nie od dziś mają świadomość tego, że preferencyjne traktowanie osób prowadzących działalność gospodarczą skutkuje plagą pozornego samozatrudnienia i rozsadza polski ład podatkowy. Od kilkunastu lat kolejne rządy przymierzają się do ukrócenia tego zjawiska.

Wśród planowanych instrumentów była m.in. jednolita danina, test przedsiębiorcy, zrównanie składek zdrowotnych dla przedsiębiorców i pracowników oraz zwiększenie uprawnień Państwowej Inspekcji Pracy. Żadna z tych inicjatyw nie doczekała się jednak realizacji w formie, która mogłaby zapobiec wykorzystywaniu JDG przez osoby o wysokich dochodach do optymalizacji podatkowej.

Przyczyny były za każdym razem nieco inne, ale dyskusjom nad tymi reformami zawsze towarzyszyły ostrzeżenia, że zmniejszenie preferencji podatkowych i składkowych dla samozatrudnionych osłabi przedsiębiorczość w Polsce, a to ostatecznie uderzy też w etatowych pracowników. Dla popularności tej naiwnej narracji nie bez znaczenia jest to, że pozorne samozatrudnienie było i nadal jest popularne w części środowisk o dużym oddziaływaniu na opinię publiczną, w tym w mediach.

Narastająca frustracja grozi wybuchem

Wzrost obciążeń pracowników najemnych związany z tym, że coraz większa ich część przekracza drugi próg podatkowy, sprawia, że powyższy mit trudniej jest utrzymać. Siłą rzeczy rośnie bowiem grono osób, które zdają sobie sprawę z tego, że duża część rzekomych przedsiębiorców niczym się od nich nie różni, a mimo to płacą mniejsze podatki i składki. Do tego często korzystają z innych przywilejów, np. możliwości wrzucania w koszty działalności prywatnych w gruncie rzeczy wydatków. Ten ostatni mechanizm przez część samozatrudnionych jest zresztą tak rażąco nadużywany, że potęguje poczucie krzywdy wśród pozostałych podatników.

Uświadomiła mi to niedawna rozmowa ze znajomym na temat sensowności wynajmu kampera. Gdy wyraziłem zdziwienie tym, że ta kosztowna forma podróżowania stała się w ostatnich latach tak popularna, dowiedziałem się, że wynajem kampera łatwiej wrzucić w koszty działalności niż noclegi w hotelu.

Apelujących do ministra finansów o to, żeby podwyższył drugi próg podatkowy, włącznie z politykami Polski 2050, zachęcam więc do tego, aby w pierwszej kolejności domagali się usunięcia przywilejów podatkowych i składkowych dla samozatrudnionych – pozostawiając je tylko dla początkujących przedsiębiorców, którzy mają ambicje rozwijać swoje firmy. Dopóki tej rażącej niesprawiedliwości systemu nie zażegnamy, dopóty na żadne obniżki obciążeń podatkowych dla pracowników etatowych nie będzie w Polsce miejsca. Przeciwnie, ta grupa karnych podatników będzie musiała w coraz większym stopniu zapełniać ubytki w budżecie spowodowane przyzwoleniem rządu na to, aby osoby o najwyższych dochodach podatków unikały.

Wybrane dla Ciebie