To nie zbrojenia windują dług publiczny. Polacy powinni to wiedzieć [OPINIA]
Wydatki o strategicznym znaczeniu, np. na obronność i transformację energetyczną, rząd może finansować z długu publicznego. Tym, co nie pozwala zmniejszać obciążeń podatkowych, a nawet każe myśleć o ich podwyższaniu, są puchnące wydatki publiczne innego rodzaju. Takie, z których korzystają dzisiejsze pokolenia.
Deficyt sektora finansów publicznych Polski w tym roku wyniesie 6,5 proc. PKB, w porównaniu do 7,3 proc. w 2025 r. - przewiduje w nowym raporcie Komisja Europejska. W poprzednim, z listopada, KE spodziewała się spadku deficytu nad Wisłą do 6,3 proc., ale wtedy sądziła, że ubiegłoroczny deficyt wyniesie 6,8 proc. PKB.
W UE są tylko dwa inne kraje, w których ekonomiści z KE spodziewają się równie dużej dziury budżetowej co nad Wisłą. To Węgry i Rumunia (ich deficyt według prognoz ma sięgnąć 6,2 proc.). Na ich tle Polska zdecydowanie wyróżnia się tempem wzrostu gospodarczego.
Według KE żadna inna gospodarka UE, pomijając Maltę, nie może liczyć w tym roku na zwyżkę PKB o ponad 3 proc. W Polsce oczekiwany jest wzrost realnego PKB o 3,5 proc., minimalnie mniej niż rok temu. To byłby wynik niemal dwa razy lepszy niż na Węgrzech, o Rumunii, która mierzy się ze stagnacją, nie wspominając.
Do Portu Polska z prędkością 350 km/h. Chińczycy już mają taką kolej
To, że Polska utrzymuje się na ścieżce szybkiego rozwoju, z jednej strony łagodzi obawy inwestorów dotyczące kondycji finansów publicznych. Z drugiej prowokuje pytanie, czy tak duży deficyt budżetowy, skutkujący szybkim przyrostem długu publicznego, jest uzasadniony w warunkach tak dobrej koniunktury? Czy rząd nie pozbawia się możliwości rozluźnienia polityki fiskalnej wtedy, gdy będzie to potrzebne, aby stabilizować gospodarkę?
Nadzwyczajne wyzwania wymagają nadzwyczajnych środków
Przedstawiciele rządu mają na te pytania prostą odpowiedź, którą można streścić mniej więcej tak: koniunktura w Polsce może i jest obecnie dobra, ale przyszłość jest niepewna. Jeśli chcemy utrzymać się na ścieżce wzrostu i nadal skracać dystans wobec zamożniejszych państw zachodniej Europy, w pierwszej kolejności musimy zadbać o szeroko rozumiane bezpieczeństwo.
To wymaga gigantycznych nakładów na obronę narodową oraz na inwestycje w transformację energetyczną, która zmniejszy naszą zależność od importu surowców. Skoro mierzymy się z bezprecedensowymi wyzwaniami, uzasadniony jest też bezprecedensowy skok długu publicznego. Ten zaś, według KE, sięgnie w tym roku niemal 65 proc. PKB, w porównaniu do niespełna 60 proc. w 2025 r. i 45 proc. w 2019 r.
- Wydajemy 5 proc. naszego PKB na obronę. Prowadzimy potężne inwestycje infrastrukturalne, których nie prowadzili nasi poprzednicy. Inwestujemy dziesiątki, setki miliardów złotych w transformację energetyczną, czego nasi poprzednicy niestety nie robili. Teraz płacimy za to cenę - mówił w zeszłym tygodniu podczas konferencji Impact'26 w Poznaniu minister finansów Andrzej Domański.
Tłumaczył w ten sposób dlaczego w budżecie nie ma obecnie miejsca na podwyżkę progu podatkowego, którego domaga się m.in. współtworząca rząd Polska 2050, ale też na podwojenie kwoty wolnej od PIT do 60 tys. zł, co było jedną z obietnic wyborczych Koalicji Obywatelskiej.
Stawiając sprawę w ten sposób, minister finansów mimowolnie przyznaje jednak, skokowy wzrost wydatków na obronność oraz inne strategiczne inwestycje nie jest jedynym źródłem głębokiego deficytu w polskim budżecie. Gdyby tak było, deficyt nie byłby czymś, co ogranicza rządowi pole manewru w polityce fiskalnej.
Te wydatki możemy bowiem finansować długiem w myśl zasady, że skoro z bezpieczeństwa kraju korzystały będą też przyszłe pokolenia, to powinny ponieść część związanych z tym kosztów. Inaczej jest z wydatkami o bardziej bieżącym charakterze. One powinny być finansowane przez ich beneficjentów, czyli z podatków.
Skoro rząd nie widzi przestrzeni do obniżania podatków, a wręcz chce je podwyższać - bo mrożenie kwoty wolnej i progów podatkowych w warunkach inflacji jest ekwiwalentem podwyżki obciążeń - to najwyraźniej zdaje sobie sprawę z tego, że przyczyny pogorszenia stanu finansów publicznych są bardziej złożone. I to właśnie wiąże ministrowi finansów ręce.
Wydatki na świadczenia społeczne rosną równie szybko co na obronność
Dobrze ilustrują to dwa poniższe wykresy. Pierwszy pokazuje, że Polska po ataku Rosji na Ukrainę faktycznie zwiększyła wydatki na obronę narodową bardziej niż jakikolwiek inny członek UE i NATO.
W 2025 r. sięgały one około 4,5 proc. PKB w porównaniu do 2 proc. w latach 2015-2019 (ten okres jest dobrym punktem odniesienia ze względu na to, że poprzedzał głębokie zmiany w strukturze wydatków publicznych związane z wybuchem pandemii Covid-19 i późniejszym wystrzałem inflacji). Ale w trzech innych krajach wzrost nakładów na obronność był niewiele mniejszy, sięgał 2 pkt proc. PKB.
W żadnym z nich nie wiązało się to z tak dużym pogorszeniem salda sektora finansów publicznych jak w Polsce, gdzie deficyt w 2025 r. był o niemal 6 pkt proc. PKB głębszy niż średnio w latach 2015-2019.
Skoro deficyt budżetowy Polski pogłębił się ponaddwukrotnie bardziej niż wzrosły nakłady na obronność, zwiększyć musiały się też inne wydatki publiczne. Ogółem ich poziom w 2025 r. zbliżył się do 51 proc. PKB - co stawia nas na 6. miejscu wśród państw UE, przed Niemcami i Szwecją - podczas gdy w poprzednich pięciu latach wynosił średnio 46,1 proc. PKB, a jeszcze wcześniej niewiele ponad 41 proc. PKB.
Nigdzie indziej w UE nie doszło do takiego skoku roli państwa w gospodarce. W drugiej pod tym względem Rumunii stosunek wydatków publicznych do PKB zwiększył się między okresem 2015-2019 a 2025 r. o 8,3 pkt proc. W Polsce o 9,6 pkt proc.
Niemal równie mocno co wydatki na obronę narodową wzrosły w ostatnich latach transfery społeczne (m.in. emerytury) oraz niepieniężne świadczenia społeczne (m.in. wydatki na ochronę zdrowia).
- Te pierwsze w 2025 r. sięgały 17,3 proc. PKB w porównaniu do 14,9 proc. w pięciu latach przed pandemią Covid-19.
- Drugie zaś 12 proc. PKB, w porównaniu do 9,7 proc. w tym okresie referencyjnym.
Wydatki publiczne podbiły też wyższe koszty obsługi długu, co było konsekwencją zarówno wzrostu jego poziomu, jak i wzrostu stóp procentowych.
Wydatkom publicznym kroku nie dotrzymywały dochody sektora finansów publicznych. Dochody administracji publicznej w 2025 r. wynosiły 43,6 proc. PKB, w porównaniu do około 40 proc. w okresie od 2015 do 2019 r.
Minister finansów ma więc rację, gdy mówi, że w budżecie nie ma miejsca na zmiany podatkowe, które zahamowałyby wzrost wpływów do budżetu. Łatwo też zrozumieć, dlaczego próbuje tłumaczyć to przede wszystkim rosnącymi wydatkami na szeroko rozumiane bezpieczeństwo. Większość Polaków zdaje się rozumieć wagę tych inwestycji. Można więc przyjąć, że będą gotowi na pewne wyrzeczenia związane z ich finansowaniem.
Gdyby jednak rząd potrafił wyjaśnić społeczeństwu, jakie są rzeczywiste źródła narastania długu publicznego, być może byłby w stanie uzasadnić konieczność zwiększenia obciążeń podatkowych i składkowych albo przynajmniej zasypania niektórych luk w dzisiejszym systemie - choćby preferencyjnego traktowania dobrze zarabiających samozatrudnionych oraz wyrównania wieku emerytalnego mężczyzn i kobiet.
Beneficjentami rosnących wydatków publicznych są w dużej mierze obecne pokolenia Polaków, a nie przyszłe. Pokazywanie im tych korzyści otwierałoby drogę do dyskusji, czy są gotowi za nie płacić.
Grzegorz Siemionczyk, główny analityk money.pl