Polacy w UE wciąż są pariasami? Mają powody, żeby tak o sobie nie myśleć [ANALIZA]
W ubiegłym roku dochód na mieszkańca Polski wyniósł 81 proc. średniej unijnej. To nowy rekord, wyraźnie wyższy od tego z 2021 r. Pod względem przeciętnego majątku gospodarstwa domowego, Polskę od UE dzieli wprawdzie znacznie większy dystans, ale to rosnące dochody i związane z nimi wydatki są ważniejsze dla jakości życia nad Wisłą.
Jak wynika ze wstępnych danych Eurostatu, produkt krajowy brutto Polski w przeliczeniu na jednego mieszkańca wyniósł w 2025 r. niemal 24,6 tys. euro – o 8,7 proc. więcej niż rok wcześniej. Większą zwyżką pochwalić mogą się tylko Bułgaria (11,1 proc.) i Irlandia (11,7 proc.), ale w tym drugim kraju rachunki PKB są zaburzone przez zyski zarejestrowanych tam koncernów międzynarodowych.
Tak silny wzrost nominalnego PKB per capita – popularnej miary dochodu przeciętnego mieszkańca – częściowo był konsekwencją podwyższonej wciąż inflacji. W ujęciu realnym, czyli licząc w cenach stałych, wskaźnik ten zwiększył się bowiem o 4 proc., co i tak było najlepszym wynikiem od 2021 r. Lepszego, pomijając Irlandię, nie odnotował żaden kraj UE.
Dzięki tak szybkiemu wzrostowi dochodów Polska w ekspresowym tempie goni pod tym względem kraje zachodniej Europy. Licząc w euro, PKB na mieszkańca nad Wisłą był w 2025 r. o 41 proc. niższy niż średnio w 27 krajach UE (to średnia ważona populacją) i o 54 proc. niższy niż w Niemczech. Jeszcze w 2019 r. te różnice wynosiły odpowiednio 55,2 proc. i 67 proc. Równie szybko dystans rozwojowy skracała tylko Litwa.
Zbudował potężną firmę. Mówi, czego potrzebuje polska gospodarka
Pierwszy raz przegoniliśmy Estonię
O poziomie życia mieszkańców poszczególnych państw UE więcej mówi jednak nie sam poziom dochodu, ile jego siła nabywcza. Wartość określonej sumy w euro różni się bowiem między krajami w zależności od poziomu cen na lokalnym rynku.
Ponieważ ceny, w szczególności usług, z reguły są niższe tam, gdzie niższe są płace i – w efekcie - dochody, pod względem PKB na mieszkańca z zachowaniem parytetu siły nabywczej Polska i inne kraje Europy Środkowo-Wschodniej wypadają wyraźnie lepiej niż pod względem PKB wyrażonego w euro.
Licząc w ten sposób, przeciętny dochód w Polsce wynosił w 2025 r. 81 proc. średniej unijnej, w porównaniu do 78,4 proc. rok wcześniej i 78,8 proc. w rekordowym pod tym względem 2021 r. To dawało nam 19. miejsce wśród 27 państw Unii, o oczko wyżej niż w 2024 r. i dwa oczka wyżej niż w 2023 r.
Na tej pozycji już wprawdzie byliśmy, ale tylko przez trzy lata w trakcie i tuż po pandemii Covid-19, która w polską gospodarkę uderzyła słabiej niż w większość innych. Wtedy pod względem PKB na mieszkańca z zachowaniem parytetu siły nabywczej (dalej: w jednostkach PPS) wyprzedziliśmy chwilowo Portugalię. W 2025 r. znów byliśmy za nią, ale za to pierwszy raz w historii przeskoczyliśmy Estonię, uchodzącą za jedno z najbardziej rozwiniętych "nowych" państw UE.
Przedstawione wyżej dane Eurostat udostępnił pod koniec marca, budząc wśród polskich komentatorów skrajnie różne emocje. Jedni odczytali je jako dowód na to, że polska gospodarka przeżywa "złoty wiek", inni zaś uznali, że zafałszowują one rzeczywistość. W tej drugiej grupie znalazł się popularny na platformie X publicysta Maciej Wilk, prezes Fundacji Polskiego Rozwoju i Stowarzyszenia #TAKdlaCPK.
"Robienie z PKB per capita jedynego wyznacznika rozwoju cywilizacyjnego jest zwyczajnie szkodliwe. Przeciętny Polak dysponuje 5x mniejszym majątkiem niż Francuz. Jesteśmy na samym końcu stawki. Naszym celem nie może być średnia unijna PKB – tylko realna zamożność i dobrobyt" – napisał.
W tym samym serwisie szerokim echem odbił się wpis sugerujący, że PKB to wskaźnik, który odzwierciedla wyniki "niemieckich i międzynarodowych firm w Polsce", podczas gdy "Polak jest nadal strasznie biedny".
Ziarno prawdy przysypane fałszem
Maciej Wilk zilustrował swoją tezę danymi z dorocznego raportu dotyczącego majątków na świecie, publikowanego przez szwajcarski bank UBS. Z najnowszej edycji tej publikacji ("UBS Wealth Report 2025") wynika, że w 2024 r. przeciętny dorosły Polak dysponował majątkiem netto (czyli po odjęciu zadłużenia) na poziomie 56,2 tys. euro. To oznacza, że był o 76 proc. mniej majętny niż przeciętny Niemiec – choć ten też nie należy wcale do najzamożniejszych Europejczyków – i o 35 proc. mniej majętny niż statystyczny Czech. To rzeczywiście przepaść większa niż w przypadku dochodu per capita.
W tych komentarzach kryje się ziarno prawdy, ale wnioski są jednoznacznie fałszywe. Faktem jest, że PKB jest zawodną miarą rozwoju gospodarczego państw, a tym bardziej szeroko rozumianego dobrobytu. W money.pl niejednokrotnie już o tym pisaliśmy, a i wyżej zdążyliśmy zauważyć, że szybki wzrost PKB Irlandii nie oddaje dobrze poprawy sytuacji dochodowej przeciętnego mieszkańca Zielonej Wyspy.
Rok temu, opisując prognozy MFW, wedle których Polska pod względem siły nabywczej PKB per capita w tym roku przegoni Japonię, podkreślaliśmy, że szeroko rozumiany dobrobyt w kraju zależy nie tylko od dochodu na mieszkańca, ale też czasu potrzebnego do jego uzyskania (czyli równowagi w życiu zawodowym i prywatnym), stanu zdrowia ludności, stanu środowiska naturalnego, jakości usług publicznych, a nawet harmonii w stosunkach społecznych.
Z kolei w lutym, odnosząc się do wypowiedzi premiera Donalda Tuska, że "Polska właśnie wyprzedziła Hiszpanię w dochodzie na jednego mieszkańca", tłumaczyliśmy, że u źródeł przywołanych danych leżą błędne szacunki populacji tych państw. Zwracałem też wtedy uwagę na kwestie majątku: nawet gdy przeciętny Polak będzie faktycznie miał taki dochód jak przeciętny Hiszpan, pozostanie dużo uboższy ze względu na znacznie mniejsze aktywa finansowe i niefinansowe.
Wszystko to nie uzasadnia jednak tezy, że przywołane na początku dane Eurostatu dotyczące PKB per capita PPS pudrują rzeczywistość, a Polacy pozostają w Europie pariasami.
Niepożądane efekty wzrostu majątków
Po pierwsze, majątki Polaków nie są wcale aż tak małe, jak sugeruje raport UBS. Aby porównania między krajami były wiarygodne, należałoby wziąć pod uwagę siłę nabywczą majątków, a nie ich wartość w przeliczeniu na określoną walutę. Jak wspomnieliśmy, taka korekta znacząco podwyższa PKB per capita w Polsce względem bardziej rozwiniętych państw, w których ceny są wyższe: dystans do średniej unijnej skraca się o 22 pkt proc.: z 41 do 19 proc.
Siła nabywcza aktywów zgromadzonych przez Polaków jest proporcjonalnie większa od ich nominalnej wartości w euro.
Po drugie, majątki polskich gospodarstw domowych rosły ostatnio nawet szybciej niż ich dochody – i szybciej niż majątki większości Europejczyków. Według danych UBS, średnia wartość aktywów netto dorosłego Polaka w złotych zwiększyła się w 2024 r. realnie (czyli po odjęciu inflacji) o 10,7 proc.
Spośród 38 państw uwzględnionych w "Global Wealth Report 2025" lepszym wynikiem (w walucie lokalnej) pochwalić mogły się tylko cztery: Dania, Korea Południowa, Szwecja i Irlandia. Dla porównania, PKB per capita nad Wisłą wzrósł wtedy o 3,3 proc., a dochód do dyspozycji na osobę o 5,8 proc.
Ten wzrost bogactwa Polaków wynikał częściowo z odbicia stopy oszczędzania, co przejawiało się tym, że dochody gospodarstw domowych rosły szybciej niż ich wydatki. Nadwyżki odkładały się w postaci aktywów. Ważniejsze jednak było to, że w 2024 r. doszło do gwałtownego wzrostu realnych cen nieruchomości w Polsce, a to właśnie one – ze względu na powszechność własności mieszkań – stanowią główną składową majątków Polaków.
To tłumaczy również, dlaczego realna wartość medianowego majątku (takiego, od którego połowa majątków jest niższa, a połowa wyższa) zwiększyła się w 2024 r. w podobnym stopniu co wartość majątku średniego.
W poprzednich latach nieruchomości nad Wisłą nominalnie drożały nawet szybciej, ale działo się to w otoczeniu wysokiej inflacji – realne zwyżki cen mieszkań były więc wyraźnie mniejsze. To, w połączeniu z erozją siły nabywczej oszczędności w gotówce i na nisko oprocentowanych lokatach i depozytach, sprawiło, że między 2020 i 2024 r. majątek przeciętnego dorosłego Polaka zwiększył się realnie tylko o 3,1 proc. (co oznacza, że w latach 2020-2023 zmalał o 7 proc.).
Majątek medianowy w Polsce w tym okresie zwiększył się dużo bardziej, realnie o 18,5 proc. – co znów wynika z faktu, że nieruchomość posiada duża część polskich rodzin, a aktywami finansowymi, które w tym czasie realnie traciły na wartości, dysponują przede wszystkim osoby zamożne.
Powyższa obserwacja pozwala też zrozumieć, dlaczego w dłuższej perspektywie majątki Polaków przybliżają się i będą się nadal przybliżały do majątków mieszkańców zachodniej Europy, choć ta konwergencja następuje wolniej niż w przypadku dochodów, m.in. ze względu na wahania stopy oszczędzania. Aktywa, które tworzą dobytek gospodarstw domowych, drożeją wraz ze wzrostem ogólnego poziomu cen i realnych dochodów. Skoro Polska goni unijną średnią pod względem dochodów (PKB per capita, PPS), niejako automatycznie goni ją też pod względem średniego bogactwa. Paradoksalnie, tych Polaków, którzy nie dysponują własną nieruchomością, ten mechanizm raczej martwi niż cieszy.
Dlaczego Polacy są zadowoleni z życia?
W tym kontekście warto podkreślić, że zróżnicowanie przeciętnych majątków na świecie odzwierciedla w dużej mierze zróżnicowanie tzw. uwarunkowań instytucjonalnych. Chodzi, najogólniej rzecz ujmując, o różnice w sposobie organizacji państw.
Przykładowo, brak dobrze funkcjonującego systemu ubezpieczeń społecznych, w tym emerytalnych, wymusza na mieszkańcach oszczędzanie na własną rękę. To jednak nie oznacza, że są faktycznie bogatsi od mieszkańców kraju, którzy na emeryturę odkładają w powszechnym systemie.
Analogicznie osoba, której majątek składa się z przynoszących dochód aktywów finansowych, ale mieszkająca w wynajętej nieruchomości, nie musi być biedniejsza od osoby, która w ogóle nie ma aktywów finansowych, za to posiada własne mieszkanie. Ten niejednorodny charakter majątków sprawia, że bogactwo jest dużo bardziej zawodną miarą dobrobytu niż dochód.
W Europie zresztą dochód na mieszkańca, w szczególności z uwzględnieniem jego siły nabywczej, okazuje się całkiem dobrym wskaźnikiem dobrobytu. Wskazuje na to bardzo silna zależność między PKB per capita PPS w krajach UE (z pominięciem Irlandii i Luksemburga, gdzie PKB jest zawyżony) a ogólnym zadowoleniem z życia ich mieszkańców, np. raportowanym w badaniu "World Happiness Report". Ilustruje to poniższy wykres.
Polska w "rankingach szczęścia", czyli właśnie szeroko rozumianej satysfakcji mieszkańców, wypada nawet lepiej niż wynikałoby to z poziomu dochodu per capita.
Jednym z wyjaśnień tego fenomenu może być to, że w Polsce dochód ten w praktyce pozwala konsumować więcej niż w niektórych krajach, w których formalnie jest wyższy. Ostatecznie bowiem poczucie dobrobytu, przynajmniej w wymiarze materialnym, w większym stopniu zależy od poziomu konsumpcji niż od poziomu dochodu.
Jak zauważyliśmy na początku, PKB per capita (z zachowaniem parytetu siły nabywczej) w Polsce w 2025 r. wynosił 81 proc. średniej unijnej. Prywatne wydatki konsumpcyjne na osobę (w tej samej konwencji PPS) sięgały jednak już niemal 90 proc. średniej, a rzeczywiste spożycie indywidualne (AIC) – czyli konsumpcja z uwzględnieniem zarówno towarów i usług kupowanych na rynku, jak i tych zapewnianych przez sektor publiczny – niemal 86 proc. średniej.
Dlaczego pod względem tych miar konsumpcji gonimy UE szybciej niż pod względem PKB per capita? Częściowo wynika to z dość niskiej stopy oszczędności nad Wisłą, co oznacza, że Polacy wydają większą część swojego dochodu do dyspozycji niż przedstawiciele bardziej oszczędnych nacji (co, na marginesie, spowalnia przyrost majątków).
Jest to jednak również dowód na to, że – wbrew temu, co twierdził jeden z przywołanych wcześniej komentatorów – polski PKB nie odzwierciedla wcale zysków zagranicznych korporacji, tylko dochody mieszkańców.
Czytelnikom należy się tu krótkie wyjaśnienie: PKB można liczyć jako sumę wartości wytworzonych w kraju dóbr i usług finalnych albo jako sumę wynagrodzeń czynników produkcji. W tym drugim ujęciu na PKB składają się płace (z uwzględnieniem składek), zyski i tzw. dochód mieszany oraz podatki (wynagrodzenie państwa).
W Polsce udział płac w PKB, choć jest w trendzie wzrostowym, pozostaje stosunkowo niski: w 2025 r. wynosił 42,1 proc., w porównaniu do 48 proc. w całej UE. Ten wynik jest jednak zaniżony przez to, że dużą część osób pracujących w Polsce stanowią samozatrudnieni (w tym rolnicy), których wynagrodzenia zaliczane są do dochodu mieszanego, a nie płac.
To oznacza, że udział płac w PKB jest faktycznie wyższy niż 42,1 proc., a udział zysków i dochodu mieszanego niższy niż 44,5 proc. Do tego ponadprzeciętny udział mają podatki: 14,5 proc. w porównaniu do 12,9 proc. w całej UE. Z tych podatków finansowane są zaś m.in. transfery społeczne, które podbijają dochody gospodarstw domowych, ale też usługi publiczne, które zaliczone są do wspomnianego rzeczywistego spożycia (AIC).
Wygląda więc na to, że o ile PKB per capita (PPS) rzeczywiście nie jest w przypadku Polski najlepszą miarą "rozwoju cywilizacyjnego", to raczej poziom tego rozwoju zaniża niż zawyża.
Grzegorz Siemionczyk, główny analityk money.pl