Bogaty kraj dołączy do UE? "Wynik będzie na ostrzu noża"

- Wejście Islandii do UE i strefy euro obniżyłoby koszt kredytów, spadłyby też ceny żywności - ocenia Paweł Bartoszek, szef Komisji Spraw Zagranicznych Althingu, czyli islandzkiego parlamentu. - Wynik referendum będzie na ostrzu noża. Myślę, że przeważą względy ekonomiczne. Jeśli bierzemy kredyt mieszkaniowy, to musimy słono płacić - ocenia.

Islandia29 sierpnia Islandczycy odpowiedzą na pytanie dotyczące tego, czy wznowić negocjacje akcesyjne z Unią Europejską
Źródło zdjęć: © getty images
Katarzyna Kalus

Islandczycy odpowiedzą 29 sierpnia w referendum na pytanie dotyczące tego, czy wznowić negocjacje akcesyjne z Unią Europejską. Rokowania zostały zawieszone w 2013 r., ale nigdy formalnie ich nie zerwano.

Islandia leży w strategicznie ważnym miejscu na północnym Atlantyku, tuż na południe od koła podbiegunowego. Nie ma armii, a jej bezpieczeństwo opiera się na członkostwie w NATO oraz dwustronnej umowie obronnej z USA, zawartej w 1951 r.

Potencjalne korzyści z członkostwa dla Islandii w UE dotyczą raczej bezpieczeństwa niż skutków ekonomicznych. Islandia ma piąty najwyższy PKB na mieszkańca na świecie, co sprawia, że przystąpienie do UE jest dla niej mniej atrakcyjna niż dla innych krajów, ubiegających się o członkostwo we Wspólnocie.

Bogactwo Islandii opiera się przede wszystkim na rybołówstwie, odnawialnych źródłach energiirozwijającej się turystyce. Kraj przeszedł drogę od jednego z najbiedniejszych rejonów Europy do znaczącej siły gospodarczej dzięki wykorzystaniu zasobów naturalnych, energetyce i skutecznej restrukturyzacji po kryzysie z 2008 r.

O tym, jakie są szanse na powrót do rozmów z Unią i jaką rolę mogą odegrać w tym mieszkający na wyspie Polacy, PAP zapytała szefa Komisji Spraw Zagranicznych parlamentu Islandii (Althing), Pawła Bartoszka.

PAP: Jak wygląda sytuacja na dwa tygodnie przed referendum o powrocie do negocjacji z UE? Co się może zdarzyć?

Paweł Bartoszek: Społeczeństwo jest w tej kwestii podzielone niemal po połowie. Potwierdzają to dwa opublikowane ostatnio sondaże. W pierwszym, przeprowadzonym przez instytut Maskina, za wznowieniem rokowań z UE opowiedziało się 53 proc. ankietowanych, a 47 proc. było przeciw.

W badaniu Instytutu Gallupa było to odpowiednio 50,1 proc. do 49,9 proc. Co ciekawe, sytuacja nie zmienia się w tym względzie od kilku miesięcy - "tak" ma niewielką przewagę, ale "nie" depcze mu po piętach. Kwestia jest bardzo polaryzująca. Nie spodziewam się więc, że któryś z obozów wygra z marginesem 20 punktów procentowych. Wynik będzie na ostrzu noża.


WIDEO
Stworzył ogromną firmę. Szczerze radzi: "Nie słuchaj klientów"


PAP: Jakie są argumenty za akcesją?

P.B.: Przypominam, że referendum ma rozstrzygnąć na razie tylko o tym, czy ponownie usiądziemy do negocjacji z UE. Jeśli je wznowimy, zobaczymy, czy uda nam się wynegocjować satysfakcjonujące warunki członkostwa, w szczególności jeśli chodzi o rybołówstwo i sektor rolny. W negocjacjach będziemy kierować się interesem narodowym. Argumentem "za" jest sytuacja międzynarodowa, zwłaszcza kwestie bezpieczeństwa.

Pełnowymiarowa inwazja Rosji na Ukrainę zasadniczo zmieniła perspektywę. Wielu Islandczyków uświadomiło sobie, że w tak trudnych czasach lepiej być częścią większego klubu i mieć więcej sojuszników. Wzrosło też poparcie dla NATO - ponad 70 proc. Islandczyków uważa, że kraj powinien pozostać w Sojuszu. Gorącym tematem kampanii są wysokie stopy procentowe i inflacja, która na Islandii jest dużo wyższa niż w UE (w lipcu wyniosła 5,3 proc.). Oprocentowanie kredytów hipotecznych wynosi 8,7 proc. W strefie euro kredyty mieszkaniowe są znacznie tańsze. Mówią o tym zwolennicy wznowienia negocjacji z UE.

PAP: Islandia należy do Europejskiego Obszaru Gospodarczego (EOG). To za mało na trudne czasy?

R.B.: Dzięki członkostwu w EOG mamy dostęp do wspólnego rynku, ale nie jesteśmy częścią geopolitycznego klubu, którym jest Unia. Przyjęliśmy dużą część unijnej legislacji, ale nie mamy wpływu na jej tworzenie. Zwolennicy negocjacji uważają, że czas to zmienić i budować razem europejski projekt.

PAP: Kością niezgody jest rybołówstwo. Dlaczego?

P.B.: Rybołówstwo i przetwórstwo ryb to bardzo ważne sektory islandzkiej gospodarki, wytwarzające 7-8 proc. PKB. Ryby i przetwory rybne to, oprócz aluminium, filar islandzkiego eksportu o wartości przekraczającej 2 mld dolarów rocznie. Z połowu i przetwórstwa ryb żyją ludzie w całym kraju.

Jeśli Islandia weszłaby do UE, stałaby się największym producentem ryb w Unii Europejskiej (1,4 mln ton rocznie pochodzi z połowów, około 54 mln ton z hodowli). W UE nie ma państwa, w którym sektor ten byłby tak kluczowy. Jest więc oczywiste, że po ewentualnym wejściu do UE musielibyśmy dalej sprawować kontrolę nad naszymi zasobami rybnymi.

PAP: Wygląda na to, że zarówno w Islandii, jak i w UE jest wola polityczna, by wrócić do stołu rozmów. Nie obawia się pan, że jeśli referendum wygrają przeciwnicy tego procesu, okienko możliwości zamknie się na długie lata?

P.B.: Jeżeli większość społeczeństwa odrzuci w referendum powrót do negocjacji, to, oczywiście, trzeba będzie to uszanować. Wątpię, czy ktokolwiek podniesie wtedy tę kwestię w ciągu najbliższych kilku lat. Rzeczywiście sytuacja polityczna w Islandii sprzyja akcesji. W UE jest podobnie. Minęło już 13 lat od poprzedniego rozszerzenia. Wielu w Brukseli chciałoby, aby Unia powiększyła się tym razem o kraj zachodni, rozwinięty, zamożny – taki jak Islandia. Komisarz UE ds. rozszerzenia Marta Kos zapewnia, że negocjacje nie muszą być wcale długie.

PAP: Załóżmy, że referendum otworzy drogę do rokowań i te zakończą się kompromisem. Kiedy Islandia mogłaby wejść do UE?

P.B.: W Brukseli słyszymy, że negocjacje mogłyby się zakończyć w ciągu półtora roku, góra dwóch lat. Islandia jest w EOG, więc przyjęła dużą część prawa europejskiego. Właśnie m.in. dlatego w poprzedniej fazie negocjacji w ciągu jednego dnia udało się otworzyć i zamknąć aż 11 rozdziałów.

Kolejnych kilka można by zamknąć bardzo szybko. Zostałyby te najtrudniejsze - unia celna, wspólna waluta, rybołówstwo i rolnictwo. Uważam, że w dwa lata można porozumieć się nawet w najbardziej spornych kwestiach, ale wszystko zależy, oczywiście, od woli politycznej. Wierzę, że kompromis jest możliwy.

PAP: Czy UE stała się tematem rozmów przy niedzielnym obiedzie? Islandczycy żyją referendum?

P.B.: Na pewno dużo więcej się o tym mówi. Kampania referendalna weszła w najgorętszą fazę. Politycy ruszyli w teren. Premier Kristrun Frostadottir ogłosiła właśnie, że objedzie całą Islandię i weźmie udział w kilkunastu otwartych spotkaniach. Będzie słuchać, co mają do powiedzenia obywatele i odpowiadać na ich pytania. Po kraju jeżdżą zarówno zwolennicy, jak i przeciwnicy powrotu do negocjacji. Coraz więcej ludzi ogłasza w sieciach społecznościowych, jak zamierza głosować i dlaczego. Przy tak niewielkiej różnicy każdy pojedynczy głos będzie miał znaczenie.

PAP: Uczestniczy pan w kampanii?

P.B.: W rozmaity sposób - piszę artykuły do gazet i portali, dzwonię do wyborców, występuję na spotkaniach organizowanych przez obóz "tak". Moje ugrupowanie Vi?reisn (Odrodzenie) należy do trójpartyjnej koalicji, a obóz rządzący jest mocno zaangażowany w kampanię na rzecz wznowienia negocjacji.

PAP: W Islandii mieszka ponad 20 tys. Polaków. Rozumiem, że w referendum głosować będą tylko przedstawiciele pierwszej fali emigracji z początku lat 2000., którzy mają już obywatelstwo islandzkie?

P.B.: Prawo do głosu w referendum, podobnie jak i w wyborach parlamentarnych, mają wyłącznie obywatele Islandii. Obywatelstwo islandzkie można otrzymać po siedmiu latach pobytu. Nie mam dokładnych danych, ale posiada je już zapewne kilka tysięcy Polaków.

PAP: Polacy raczej są pozytywnie nastawieni do UE. Przy tak niskiej różnicy między dwoma obozami ich głos może przeważyć, prawda?

P.B.: Każdy głos będzie się liczył. Co do preferencji Polaków na Islandii, to trudno powiedzieć, bo nikt nie przeprowadzał na ten temat sondażu wśród polskiej społeczności. Spora część Polaków z islandzkim obywatelstwem jest proeuropejska, ale nie brak też tu zwolenników Konfederacji i szerzej - wolnościowców, bardziej sceptycznie podchodzących do UE.

Myślę, że przeważą względy ekonomiczne. Wszyscy Islandczycy - z pochodzenia Polacy, czy nie - jadą na tym samym wózku. Jeśli bierzemy kredyt mieszkaniowy, to musimy słono płacić. Wejście do UE i strefy euro obniżyłoby koszt kredytów. Spadłyby też ceny żywności - podobny efekt był w innych krajach Północy - Finlandii i Szwecji. To odczuje każdy.

PAP: Rozumiem, że po wejściu do UE Islandia chciałby jak najszybciej znaleźć się w strefie euro?

P.B.: Zgodnie z unijnym prawem, musielibyśmy pozostać przez co najmniej dwa lata w ERM II, czyli Europejskim Mechanizmie Kursowym, spełnić kryteria konwergencji, itd. Optymistyczny, ale wciąż realny scenariusz wygląda następująco: kończymy negocjacje w 2028 r., wchodzimy do UE w 2029 r. i po dwóch latach w ERM II przyjmujemy euro w 2031 r.

Co ciekawe, na Islandii euro jest bardziej popularne niż sama Unia. Nieco ponad 60 proc. Islandczyków jest za przyjęciem wspólnej waluty. Z sondażu Instytutu Gallupa z czerwca wynika natomiast, że za członkostwem w UE opowiada się tylko 46 proc. obywateli kraju.

PAP: Mrozi pan szampana w lodówce na wieczór 29 sierpnia?

P.B.: W czasie kampanii nie piję alkoholu, bo, jak to się mówi - chcę zachować trzeźwy umysł. Poza tym, dla nas zwycięstwo w tym referendum byłoby tylko wygraną do przerwy, w pierwszej połowie meczu. Rząd dostałby mandat do negocjacji traktatu akcesyjnego.

Zakładając, że uda się nam wynegocjować dobre warunki członkostwa, pozostanie jeszcze przekonanie do tego większości obywateli. Czeka nas jeszcze drugie, dużo ważniejsze referendum.

Paweł Bartoszek urodził się w 1980 r. w Poznaniu, a na Islandii mieszka od 1988 r. Przed wejściem do polityki był felietonistą i samorządowcem. Mówi o sobie, że ma polskie korzenie, ale reprezentuje interesy wszystkich Islandczyków.

Wybrane dla Ciebie