USA atakują Wenezuelę. Nicolas Maduro schwytany przez Amerykanów [PODSUMOWANIE]
W nocy z piątku na sobotę Stany Zjednoczone przeprowadziły operację militarną na terytorium Wenezueli, która doprowadziła do ujęcia prezydenta Nicolasa Maduro. Z dostępnych informacji wynika, że wenezuelski przywódca wraz z małżonką zostali natychmiast wywiezieni z kraju, choć dokładne miejsce ich pobytu pozostaje nieznane. Co wiemy o akcji USA?
Wydarzenie to wywołało polityczne trzęsienie ziemi w regionie, a wenezuelska wiceprezydentka Delcy Rodriguez zażądała od rządu USA przedstawienia dowodów na to, że zatrzymani żyją. Tymczasem Christopher Landau, zastępca sekretarza stanu USA, ogłosił w mediach społecznościowych nadejście "nowego świtu dla Wenezueli", twierdząc, że tyran wkrótce odpowie za swoje zbrodnie.
Akcja militarna jest kulminacją narastającego napięcia między Waszyngtonem a Caracas, które gwałtownie przybrało na sile od początku drugiej kadencji Donalda Trumpa. Amerykański prezydent wielokrotnie oskarżał reżim Maduro o bezpośrednie sprzyjanie kartelom narkotykowym i czerpanie zysków z przemytu zakazanych substancji do Stanów Zjednoczonych. W oficjalnych komunikatach Biały Dom określił struktury władzy w Wenezueli mianem "zagranicznej organizacji terrorystycznej", co stało się fundamentem do podjęcia radykalnych kroków zbrojnych pod hasłem operacji antynarkotykowej.
Milioner szczerze do bólu. "Czułem się debilem"
Tak przebiegał atak
Donald Trump określił działania USA mianem "genialnej operacji", potwierdzając, że amerykańscy żołnierze wraz z jednostkami policji federalnej wkroczyli do Caracas oraz stanów Miranda, Aragua i La Guaira. Akcja rozpoczęła się około godziny 3:00 czasu lokalnego i trwała blisko 90 minut, podczas których nad stolicą kraju unosiły się kolumny dymu, a mieszkańcy relacjonowali odgłosy potężnych eksplozji i przelotów nisko latających maszyn wojskowych.
Bezpośrednim skutkiem ataku było całkowite odcięcie dostaw energii elektrycznej w wielu dzielnicach Caracas oraz wprowadzenie przez Federalną Administrację Lotnictwa (FAA) zakazu lotów dla amerykańskich maszyn nad terytorium Wenezueli.
Amerykańska administracja poinformowała, że Nicolas Maduro oraz jego żona Cilia Flores zostali bezpiecznie przetransportowani poza granice kraju, aby stanąć przed wymiarem sprawiedliwości w USA. Wiceprezydent Wenezueli, Delcy Rodriguez, przyznała w państwowej telewizji, że obecne miejsce pobytu prezydenta nie jest znane lokalnym władzom, i zażądała od Waszyngtonu dowodów na to, że zatrzymani wciąż żyją.
Eskalacja napięcia i zarzuty o narkoterroryzm
Obecna interwencja zbrojna jest kulminacją trwającego od lat konfliktu, który zaostrzył się znacząco po powrocie Donalda Trumpa do Białego Domu. Przypomnijmy, że już w 2020 roku amerykański system sądowniczy oskarżył Maduro o narkoterroryzm oraz udział w spisku mającym na celu przemyt ogromnych ilości kokainy do Stanów Zjednoczonych. Waszyngton od dawna twierdził, że wenezuelski przywódca stoi na czele tak zwanego "Cartelu de los Soles" (Kartelu Słońc), a za informacje prowadzące do jego ujęcia wyznaczono nagrodę w wysokości 50 milionów dolarów.
Sytuacja stała się krytyczna w grudniu ubiegłego roku, kiedy Trump ogłosił blokadę wenezuelskich tankowców i oficjalnie uznał reżim w Caracas za zagraniczną organizację terrorystyczną. Prezydent USA argumentował wówczas w serwisie Truth Social, że Wenezuela jest "całkowicie okrążona przez największą w historii armadę", a celem działań jest odzyskanie aktywów, w tym pól naftowych, które według Białego Domu zostały skradzione amerykańskim interesom. Logistyczne przygotowania do ataku objęły między innymi uzyskanie zgody Trynidadu i Tobago na wykorzystanie tamtejszych lotnisk oraz skierowanie w region lotniskowca USS Gerald R. Ford.
Reakcje międzynarodowe i niepewna przyszłość
Światowi przywódcy zareagowali na wydarzenia w Caracas w sposób skrajnie podzielony, co uwidacznia głębokie pęknięcia w dyplomacji globalnej. Rosja i Kuba jednoznacznie potępiły operację, nazywając ją aktem zbrojnej agresji i przestępstwem, podczas gdy prezydent Argentyny Javier Milei entuzjastycznie przywitał zmiany, ogłaszając, że "wolność kroczy naprzód". Prezydent Chile Gabriel Boric wyraził głębokie zaniepokojenie złamaniem zasad prawa międzynarodowego, w tym zakazu użycia siły i ingerencji w integralność terytorialną innych państw. Z kolei prezydent Brazylii Luiz Inácio Lula da Silva zwołał pilne spotkanie z dowództwem wojskowym i dyplomatami, by przeanalizować wpływ kryzysu na stabilność regionu.
Eksperci prawni, w tym dr Mateusz Piątkowski z Uniwersytetu Łódzkiego, zwracają uwagę na niebezpieczny precedens, jaki tworzy ta interwencja. Według analityka, oskarżenia o udział w handlu narkotykami nie stanowią wystarczającej podstawy prawnej do bombardowania obcego państwa w świetle Karty Narodów Zjednoczonych. "To kolejny przykład bardzo niebezpiecznego zjawiska erozji Karty Narodów Zjednoczonych" – zauważył dr Piątkowski, wskazując, że takie działania mogą być w przyszłości wykorzystywane przez inne mocarstwa do uzasadniania wojen prewencyjnych.
Przyszłość polityczna Wenezueli pozostaje pod znakiem zapytania, choć konstytucja tego kraju przewiduje, że w przypadku "całkowitej nieobecności" prezydenta władzę przejmuje wiceprezydent, który musi rozpisać wybory w ciągu 30 dni. Alternatywnym scenariuszem jest całkowity upadek obecnego reżimu i przejęcie sterów przez opozycję, której liderem jest przebywający na wygnaniu Edmundo González Urrutia. Wspierająca go laureatka Pokojowej Nagrody Nobla, María Corina Machado, już wcześniej deklarowała gotowość do "uporządkowanej i pokojowej transformacji", twierdząc, że większość służb mundurowych poprze nowy rząd po odejściu Maduro.
Surowce w centrum konfliktu
Przypomnijmy, że geneza tego konfliktu ma silne podłoże ekonomiczne, związane z kontrolą nad zasobami naturalnymi. W połowie grudnia Donald Trump ogłosił całkowitą blokadę tankowców wpływających do wenezuelskich portów, argumentując, że Maduro wykorzystuje dochody z ropy do finansowania terroryzmu i handlu ludźmi. Prezydent USA wprost domagał się zwrotu aktywów, ziemi i pól naftowych, które w jego ocenie zostały skradzione amerykańskim podmiotom. Według Trumpa Wenezuela została "okrążona przez największą armadę w historii", a presja militarna miała trwać aż do momentu odzyskania przez USA wpływów w tamtejszym sektorze wydobywczym.
Przygotowania do ataku trwały od tygodni i obejmowały nie tylko mobilizację potężnych sił morskich z lotniskowcem USS Gerald R. Ford na czele, ale także działania dyplomatyczne w regionie. W grudniu Stany Zjednoczone uzyskały zgodę Trynidadu i Tobago na logistyczne wykorzystanie tamtejszych lotnisk, co umożliwiło sprawną rotację personelu i uzupełnianie zapasów tuż przed uderzeniem. Rząd w Caracas od początku odrzucał te oskarżenia, nazywając retorykę Waszyngtonu irracjonalną i wymierzoną w suwerenność państwa, jednak nie zdołał powstrzymać amerykańskiej ofensywy.
Głos w sprawie zabrał również prezydent Chile, Gabriel Boric, który jednoznacznie potępił działania militarne USA. Chilijski przywódca wezwał do poszukiwania pokojowego rozwiązania kryzysu, zaznaczając, że stabilność regionu powinna opierać się na dialogu i multilateralizmie, a nie na zewnętrznej ingerencji i przemocy. Boric przypomniał o fundamentalnych zasadach prawa międzynarodowego, takich jak integralność terytorialna i zakaz użycia siły, które w jego ocenie zostały w tym przypadku pogwałcone. Sytuacja pozostaje napięta, a oczy całego świata zwrócone są na Waszyngton w oczekiwaniu na dalsze kroki wobec uwięzionego Nicolasa Maduro.