Notowania

Starcie najbogatszych Polaków. Były model Calvina Kleina na wojnie z Solorzem

- Widziała pani kiedyś, żeby zawodnik wyszedł na ring z siekierą i wbił ją przeciwnikowi w plecy? – pyta Dariusz Dąbski, prezes i właściciel Telewizji Puls, która niedawno transmitowała galę MMA. Dąbski sam takich rzeczy nie widział. Choć tak właśnie postrzega to, co zrobił mu Cyfrowy Polsat. Ale walczy. A wygrywać potrafi. Już jako sześciolatek przygotowywał się do Olimpiady za 14 lat. Bywało, że mieszkał w Chicago na ulicy. Ale udało się. Ta historia jest o tym, jak model Calvina Kleina, któremu próbowano porywać dzieci, stworzył trzecią komercyjną telewizję w Polsce.

Podziel się
Dodaj komentarz
(mat. prasowe)

- Widziała pani kiedyś, żeby zawodnik wyszedł na ring z siekierą i wbił ją przeciwnikowi w plecy? – pyta Dariusz Dąbski, prezes i właściciel Telewizji Puls, która niedawno transmitowała galę MMA. Dąbski sam takich rzeczy nie widział. Choć tak właśnie postrzega to, co zrobił mu Cyfrowy Polsat. Ale walczy. A wygrywać potrafi. Już jako sześciolatek przygotowywał się do Olimpiady za 14 lat. Bywało, że mieszkał w Chicago na ulicy. Ale udało się. To historia o tym, jak model Calvina Kleina, któremu próbowano porywać dzieci, stworzył trzecią największą komercyjną telewizję w Polsce.

W 1995 roku, no, może chwilę wcześniej, ojcowie franciszkanie wymyślili sobie: będziemy ewangelizować ludność za pomocą telewizji. No i ruszyli w grudniu, w sam raz na Boże Narodzenie.

Stacja nazywała się Telewizją Niepokalanów.

Od tego zaczyna się telewizyjna kariera ojców i to od nich zaczyna się pogmatwana historia Telewizji Puls. Choć ta to dopiero 2002 rok. To wtedy ci sami ojcowie franciszkanie założyli nową spółkę o nazwie Telewizja Puls posiadającą koncesję uniwersalną i ponadregionalną. W 2004 roku otrzymali koncesję na nadawanie kanału o charakterze społeczno-religijnym. Tak powstał kanał TV Puls.

Jednak nie jest to historia sukcesu. Pieniędzy z tego nie było. Przeciwnie, spółka miała problemy finansowe. Wtedy na białym koniu zjawił się Zygmunt Solorz-Żak, właściciel Polsatu.

Nie zabawił jednak długo. W czerwcu 2006 roku Solorz odjechał, ale na jego miejsce pojawiła się znacznie grubsza ryba - Rupert Murdoch ze swoim News Corporation. Ta wiadomość wstrząsnęła rynkiem medialnym.

Murdoch przywiózł dolary, wielkie plany i obietnicę jeszcze większej góry dolarów. Ściągnął go Dariusz Dąbski – człowiek, który do Telewizji Puls trafił chwilę wcześniej, w 2005 roku. Stacja wówczas podupadała, a jego rolą było ją zrestrukturyzować i znaleźć inwestora strategicznego. Udało się.

Kryzys, czyli jak model Calvina Kleina przejmuje telewizję

Tylko że wybuchł światowy kryzys finansowy i okazało się, że góra dolarów musi wrócić za ocean. Murdoch wycofał się z inwestycji. Zresztą nie tylko tej w Polsce, ale w całym regionie w segmencie telewizji naziemnej. I tu na scenę ponownie wkracza Dąbski.

Dotąd był partnerem News Corporation i przewodniczącym rady nadzorczej Telewizji Puls. Wycofanie się Murdocha spowodowało, że zasiadł na fotelu prezesa. Później, w 2009 roku przejął 75 proc. udziałów w Telewizji Puls, pozostałe 25 nadal mieli franciszkanie. Dąbski szukał inwestora.

Chętnych nie było, więc w 2010 roku przestał szukać. Sam przejął pozostałe 25 proc. i zabrał się do pracy. On, czyli judoka, który w młodości wyjechał do USA. To dlatego, że Układ Warszawski zbojkotował Olimpiadę w Los Angeles. Chcąc startować, musiał wyjechać.

Ale z czegoś trzeba było żyć. Za oceanem pracował więc jako model prezentujący m.in. bieliznę dla Calvina Kleina. Uznał, że skoro tak dobrze płacą, to wystarczy, że zrzuci trochę masy i się nada. Nadał się. Choć łatwo nie było.

Archiwum prywatne Dariusza Dąbskiego

Pracował też jako aktor w reklamach telewizyjnych – miliony zobaczyły go nawet podczas finału Super Bowl w reklamie Mercedesa.

Potem przyszedł czas na poważniejsze zajęcia. Skończył w USA studia MBA, pracował jako przedstawiciel BMW w środkowych Stanach, potem menadżer i szef sieci klubów fitness.

Jednak wraz z upadkiem komunizmu postanowił wrócić do Polski. Zanim zajął się telewizją, był partnerem IBM, wiceprezesem Netii, prezesem Optimusa, szefem rady nadzorczej PKN Orlen i Grupy Onet.

Na okładki gazet wyniosła go jednak dopiero Telewizja Puls. W ciągu niespełna dziesięciu lat – od 2006 r. do 2015 r. - zwiększył wyniki oglądalności dwóch swoich kanałów – TV Puls i Puls2 - czternastokrotnie, a grupa Telewizja Puls stała się trzecim komercyjnym nadawcą w Polsce zaraz za TVN-em i Polsatem.

Tylko że od tamtej pory Puls w zasadzie się zatrzymał. A wydarzenia z ostatnich miesięcy nie ułatwiają Dąbskiemu zadania.

Trudna miłość z Solorzem

W biznesie nie ma sentymentów. Dawny romans Telewizji Puls z Polsatem nie ma znaczenia. Polsat potrzebował miejsca i je sobie wziął. A że wolnego miejsca nie było, bo zajmował je kanał TV Puls? To szczegół.

2 stycznia br., z dnia na dzień, bez uprzedzenia, Cyfrowy Polsat przeniósł TV Puls z kanału 84. na 157. Na zwolnionym w ten sposób miejscu ulokował własny kanał Super Polsat. A widzom TV Puls pozostało trochę więcej naklikać się pilotem, żeby znaleźć stację Dąbskiego. O ile domyślili się, że powinni jej w ogóle szukać. Cześć pomyślała, że kanał po prostu zniknął.

Dąbski musiał się wściec. Telewizja Puls oskarżyła Cyfrowy Polsat o nadużywanie dominującej pozycji i zwróciła się do KRRiT o to, by ta nakazała Polsatowi "przywrócenie stanu zgodnego z prawem".

Ale to nie wszystko. W marcu Telewizja Puls wystąpiła do KRRiT również z wnioskiem o unieważnienie Polsatowi zmiany koncesji. Super Polsat to bowiem nowy-stary kanał, który powstał z przekształcenia Polsat Sport News. Tylko że teraz nie jest już sportowy, a wyspecjalizowany jako ten dla osób niepełnosprawnych – niesłyszących i niewidzących.

Zaczęła się wojna.

Agata Kołodziej, money.pl: Po co panu wojna z Polsatem? Polsat i tak jest daleko i mimo że jesteście na podium stacji komercyjnych, jeszcze długo nie uda wam się zająć jego pozycji rynkowej?

*Dariusz Dąbski, prezes i właściciel Telewizji Puls: *Jaka wojna?

A wnioski do KRRiT to nie wojna?

Musimy bronić siebie i naszych widzów! Budzę się 2 stycznia, a tu nagle mamy w siedzibie telewizji kolejkę ludzi, telefony się urywają, skrzynka mailowa puchnie, bo widzowie mówią, że TV Puls zniknęła z Polsatu Cyfrowego. I to po ośmiu latach na pozycji 84., bez żadnego powiadomienia, żadnej informacji. To nie jest normalne.

Nie przesadza pan trochę?

Mieliśmy awantury, ponieważ widzowie z dnia na dzień stracili swoje ulubione telenowele, seriale i filmy. Nie było żadnej informacji, dlaczego i gdzie ten kanał można znaleźć. Cyfrowy Polsat żadnej wiadomości nie przekazał nie tylko widzom, ale też nam. A przecież nie żyjemy w dzikim kraju, tylko w Polsce, Unii Europejskiej, obowiązują tu jakieś zasady i regulacje.

To nie jest tak, że my szukamy jakiejś wojny. My, jako nadawca, musimy się bronić, musimy się domagać normalnego traktowania i cywilizowanych praktyk. Nie może być tak, że ktoś wykorzystuje swoją pozycję dominującą w tak barbarzyński sposób.

Zanim wysłaliście wniosek do KRRiT pisaliście pisma do samego Polsatu Cyfrowego. I co?

Doszło nawet do spotkania, ale nic się nie zdarzyło i to wielka szkoda. Transmitowaliśmy nie tak dawno w TV Puls galę MMA – nawet w tym dość brutalnym sporcie obowiązują jasne zasady. Widziała pani kiedyś, żeby zawodnik wyszedł do klatki lub na ring z siekierą albo tasakiem i wbił go przeciwnikowi w plecy? Trzeba przestrzegać norm i zasad, żyjemy w państwie prawa i o to będziemy walczyć.

Sprawa jest w KRRiT, w UOKiK, w sądzie. Choć może w końcu ktoś to przemyśli, zadzwoni do nas jutro i powie: "porozmawiajmy", bo taka sytuacja nikomu nie służy.

Jak dużo straciliście na tej zmianie kanałów?

Na początku ok. 10 proc. Teraz mała część widzów już nas znajduje, ale nikt przecież nie klika pilotem tak daleko. Bardzo istotna jest kolejność kanałów, ona zresztą wynika z ustawy. Nie wszystkie ustawy są jednak egzekwowane – podobnie sytuacja wygląda z abonamentem: muszą wchodzić dodatkowe przepisy, żeby ludzie zaczęli płacić, bo nikt nie może tego wyegzekwować.

To samo jest, niestety, z kolejnością kanałów. TV Puls miał być na pozycji 7., Puls2 na pozycji 9., tak jak w telewizji naziemnej, ale nikt tego nie przestrzega.

Trudno. Zgodziliśmy się na kanał 84. To bardzo słabe miejsce dla trzeciej komercyjnej stacji w Polsce. Ale ok., powiedzmy, że to był jakiś kompromis, nasza wina, że się zgodziliśmy na tak daleką pozycję, były inne czasy, choć startowaliśmy na Cyfrowym Polsacie z pozycji nr 9. Widzowie też się przyzwyczaili. Jednak na pozycję 157. zgody nie będzie.

To, co dzieje się z telewizją publiczną od wielu miesięcy, to że wielu widzów postrzega ją jako niewiarygodną, to działa na waszą korzyść?

To jest jak z Donaldem Trumpem – nie każdy za nim przepada, ale przecież Amerykanie wybrali go sobie w wolnych, demokratycznych wyborach. Tak samo Polacy w wolnych wyborach zagłosowali i wybrali PiS.

My przez te wszystkie lata musieliśmy sobie radzić niezależnie od polityki. Zajmujemy się rozrywką i tak pozostanie.

W ciągu 10 lat zwiększył pan oglądalność swoich kanałów, licząc łącznie TV Puls i Puls2, czternastokrotnie. Z 0,4 proc. w 2006 roku do 5,7 proc. w 2015 roku. Mówimy tu o udziale w rynku w grupie komercyjnej 16-49 lat. Od 2015 roku do dziś ta oglądalność jest na zbliżonym poziomie. Co dalej? Dotarliście do sufitu?

Absolutnie nie. Odpowiedzią jest to, co się teraz coraz lepiej ogląda w Polsce.

A co się ogląda?

Polskie produkcje. A my ich praktycznie w ogóle nie mieliśmy. Dopiero teraz ruszamy z dwoma dużymi własnymi projektami. Pierwszy to serial "Lombard. Życie pod zastaw", do którego zdjęcia już rozpoczęliśmy. Producentem wykonawczym jest Studio A, które stoi za takimi hitami jak "Ranczo" czy "Kasia i Tomek". Premierę planujemy na jesień.

O drugim serialu nie chciałbym jeszcze mówić, ale mogę zdradzić, że realizujemy go wspólnie z Artramą i Tadeuszem Lampką, twórcą między innymi "M jak Miłość". Będzie to "top of the top" w swojej kategorii, naprawdę duża rzecz. Więc cały ten potencjał związany z własnymi produkcjami, a co za tym idzie – ze wzrostem oglądalności - jest jeszcze przed nami.

To kosztowne projekty. Ma pan ochotę na jakiegoś inwestora albo na wejście na giełdę? Jeszcze rok temu nie mówił pan "nie"?

W tej chwili nie potrzebujemy wchodzić na giełdę, bo to wiąże się z dodatkowymi obowiązkami, kosztami. Inwestora też nie potrzebujemy, ponieważ nie o pieniądze tu chodzi. Jak ktoś dałby mi dzisiaj miliard złotych na program, to co ja bym z tym miliardem zrobił?

To nie jest żaden problem dla nas, żeby zrobić program, którego wyprodukowanie kosztuje milion złotych za godzinę. Tylko przy tych zasięgach, wyporności i cenach, jakie mamy, to się jeszcze nie będzie opłacać. Jeśli regulacje, które powinny wkrótce wejść, ustabilizują rynek, stworzą lepsze warunki i możliwości, sytuacja może się zmienić i nasz rozwój gwałtownie przyspieszy. Zatem pojawienie się inwestora strategicznego lub wejście na giełdę nastąpi wtedy, kiedy będą większe możliwości wykorzystania tych pieniędzy, aby na siebie zapracowały.

Dodatkowo może radio, internet dla stworzenia komplementarnej oferty... Ale na razie jest jeszcze dużo do zrobienia w telewizji.

Rzeczywiście ma pan takie plany, że może radio, może internet?

Oczywiście. Zawsze był taki zamiar. Przecież moim partnerem był News Corporation – największa firma medialna na świecie i mieliśmy ambitne plany. Światowy kryzys finansowy spowodował, że wszystkie inwestycje wstrzymano.

Jak przyjdzie stabilizacja na rynku, jak ułoży się sytuacja prawna, znów na to spojrzymy. Abonament to jedno, ale mnie – i myślę, że wiele podmiotów medialnych - bardzo interesuje dekoncentracja. Musimy się najpierw odnaleźć w tej nowej sytuacji, a dopiero potem podejmować kluczowe decyzje.

Ale tak: "sky is the limit", jeśli otworzy się rynek.

Znakiem rozpoznawczym TV Puls jest masowa rozrywka. Co człowiek z listy najbogatszych Polaków, na której zresztą zadebiutował pan w 2016 roku, może wiedzieć o gustach przeciętnego Polaka?

Rzeczywiście pojawiłem się na tej liście, choć bardzo mi to nie odpowiada.

Dlaczego?

Bardzo nie odpowiada mi fakt, że ktoś mnie opisuje, na podstawie jakichś spekulacji wylicza, ile kto jest wart, ile ma pieniędzy. Nie odpowiada mi to z wielu względów, ale przede wszystkim są to bardzo niebezpieczne spekulacje.

Kiedy byłem prezesem Optimusa, już wtedy chciano mi porywać dzieci, więc sporo na ten temat wiem i sporo przeżyłem. Wiem, że takie doniesienia mogą wyrządzić dużą krzywdę, szczególnie, jeśli robi się takie rzeczy bez żadnych konsultacji z osobą, której to dotyczy.

A wracając do zrozumienia, czego chce Kowalski?

Zajmuję się marketingiem od ponad 30 lat. Urodziłem się w kraju komunistycznym. W rodzinie co prawda z tradycjami i o korzeniach szlacheckich, ale to nie miało większego znaczenia, ponieważ jak większość Polaków mieszkałem na 40 metrach kwadratowych, a pokój dzieliłem z siostrą. Od szóstego roku życia ćwiczyłem po cztery godziny dziennie, bo szykowałem się już na Olimpiadę za 14 lat. Nie miałem więc łatwego życia. Coś jednak na ten temat wiem.

Kiedy wyjechałem do Ameryki, nie znałem nawet dobrze angielskiego. Jak podjąłem ryzyko i zainwestowałem wszystkie oszczędności w profesjonalne zdjęcia do modelingu, musiałem mieszkać kilka tygodni w starym samochodzie na ulicy. Czasem ktoś mnie poczęstował herbatą, kiedy w Chicago było -30 stopni C.

W życiu poznałem wiele interesujących osób: od bezdomnych, poprzez wielu zwykłych, ale bardzo ciekawych i ciężko pracujących ludzi, aż po Billa Gatesa, Romana Kluskę czy Ruperta Murdocha. Zawsze byłem blisko ludzi, staram się ich zrozumieć i mam szacunek absolutnie dla wszystkich.

Nie wychowałem się "pod kloszem" – duże pieniądze, prywatna szkoła dla dzieci, prywatna ochrona i buduje się taki bąbel, w którym człowiek się zamyka. Wtedy faktycznie jest ciężko zachować zdrowy kontakt z rzeczywistością. A ja nie miałem takich problemów.

Zobacz również: "Mnóstwo ludzi żyje w niedożywieniu, głodzie, umierają!"

Mimo że siedzi pan w biurze po kilkanaście godzin dziennie?

To jest również empatia, intuicja. Bo jestem w stanie teraz sobie wyobrazić, że jakaś kobieta z małego miasteczka, która skończyła właśnie pracę, idzie do domu niosąc ciężkie siatki, a do autobusu ma jeszcze daleko. W domu czekają na nią dzieci, które musi nakarmić, coś ugotować. A kiedy ma tę chwilę dla siebie, to absolutnie ją rozumiem, że nie ma siły oglądać opery ani nawet trudnego serialu i chcę jej zaoferować dobrą telenowelę, która jej da nadzieję na lepsze jutro.

To, co ja lubię, nie ma żadnego znaczenia. Ja się tu w ogóle nie liczę. Ja mam podać ludziom to, czego oni oczekują. Zdjąć własne buty i założyć buty mojego widza.

A pan co lubi? Co pan ogląda prywatnie?

Prywatnie staram się nic nie oglądać.

Dlaczego? Telewizja pana nudzi?

Ja codziennie coś oglądam. Jednak, pracując w tym zawodzie, muszę się całkowicie poświęcić i oglądać tylko to, co może interesować mojego widza. Mam przecież, jak każdy, ograniczenia fizyczne – czyli czas, a raczej jego brak dla siebie. Jak mi ktoś daje do obejrzenia osiem filmów do oceny, każdy po dwie godziny, to jest 16 godzin. Do tego dochodzą seriale i wiele innych programów. Kiedy ja mam spać, jak wychodzę stąd często o 22, aby się zobaczyć z rodziną i zacząć odpowiadać na maile? Nawet jakbym chciał, prywatnie niewiele mogę obejrzeć.

Zaczynałem wielką przygodę z Telewizją Puls jako partner News Corporation. Miałem strategicznie rozwijać ten projekt, nikt nie mówił, że będzie łatwo, ale wtedy nie wiedziałem, że tyle na mnie spadnie, że będę musiał wybierać telenowele, seriale i filmy. Sytuacja mnie jednak do tego zmusiła. Trzeba umieć się dostosować.

Żałuje pan? Bywało różnie, rozważał pan rzucenie tego wszystkiego?

Kiedy przejąłem Telewizję Puls, przychody pokrywały tylko 14 proc. kosztów. Długi były liczone w setkach milionów. I ja zostałem właścicielem straty, zobowiązań programowych na miliony dolarów. Musiałem jeździć po świecie i renegocjować te umowy z największymi studiami, musiałem zwolnić 80 proc. załogi, aby przetrwać. To wszystko było bardzo trudne. Moi przyjaciele i partnerzy mówili wtedy, że zwariowałem, skoro podjąłem się takiego zadania.

Ale ja wtedy tak nie myślałem. Myślałem tylko o tym, że bardzo żałowałbym, jeżeli praca, którą w ten projekt włożyło tak wielu wartościowych ludzi, zmarnowałaby się. To było najważniejsze. Nie pieniądze.

Myślałem - jak nie wyjdzie? Zabiorą mi wszystkie oszczędności, dom. Trudno. Ja wiem, co umiem, wiem jak mogę ciężko pracować. Po ewentualnym upadku zostałbym prezesem innej firmy i musiałbym się odbudować. Nie umiem się poddawać, ponieważ jestem od dziecka zaprogramowany na walkę i sukces.

Wychowałem się na macie i na macie - choć teraz biznesowej - będę walczył do końca.

Tagi: dariusz dąbski, wiadomości, gospodarka, najważniejsze, gospodarka polska
komentarze
+1
+1
ważne
smutne
ciekawe
irytujące
Napisz komentarz
10-07-2017

jjkksCyt. "Zanim zajął się telewizją, był partnerem IBM, wiceprezesem Netii, prezesem Optimusa, szefem rady nadzorczej PKN Orlen i Grupy Onet." … Czytaj całość

10-07-2017

JatojaKto to ogląda? Smutna telewizja, kiepska jakość, oferta programowa nie wiadomo dla kogo, brak serwisów informacyjnych, nic dla mnie

10-07-2017

ManiowskiJezeli gosc byl szefem rady nadzorczej PKN orlen,to na 100% ktos wyzej nad nim stoi,funkcji szefa RN Orlenu nie proponuja w urzedzie pracy

Rozwiń komentarze (70)