Skoro ten dylemat mamy już jakoś omówiony zajmijmy się budżetem zrównoważonym: czy to fetysz, czy uświadomiona konieczność? Wyobraźmy sobie stosunkowo młodego człowieka, tak powiedzmy około trzydziestki (pamiętajmy, ile upłynęło od "wybicia się na niepodległość Polski"). Pracę ma niezłą, zarabia tak około średniej krajowej, mieszka u rodziców, potrzeb nie ma zbyt wielkich, ot buty, jak kupi, to nosi i trzy sezony, aż się rozpadną, kurteczka taka wiatrem podszyta, nie pije zbyt wiele, nie pali za dużo… Ot, tak przeciętnie. I on ma zrównoważony budżet, bo z tych około pięciu tysięcy, które zarabia, to nawet może trochę odłożyć (zarabia 60 tys. zł. rocznie, odkłada 500 złotych miesięcznie, czyli 6 tys. złotych rocznie), czyli… on ma nadwyżkę budżetową! I to wcale niemałą: 10 proc. Ale nie ma butów, bo się rozpadły, porządnej kurtki, mieszkania i wielu innych rzeczy. I tenże stosunkowo młody człowiek, jak to bywa, poznaje dziewczynę. To ma wpływ na wiele rzeczy, na budżet także. Bo i buty trzeba kupić (bo zimno i wstyd) i kurtkę (z tych samych powodów), i dziewczynę trzeba zaprosić na kawę i nie tylko – budżet zaczyna się chwiać, ale po przesunięciach, tylko nadwyżka spada w okolice zera, ale budżet jest nadal zrównoważony.