Bułgaria płaci za euro. Turyści uciekają przed drożyzną, ekspert bije na alarm

Przyjęcie wspólnej waluty na początku 2026 r. wywołało wstrząs na bułgarskim wybrzeżu. Jak donosi portal Interia, kurorty notują drastyczny odpływ gości. Zagraniczni turyści skarżą się na sztuczne zawyżanie cen, a lokalna branża hotelarska ostrzega przed załamaniem rentowności.

''Sky Wonders 2024'' International Kite Festival starts in Varna, Bulgaria, on August 24, 2024. Dozens of kites of different sizes and models fill the sky over Asparuhovo Beach on a sunny Saturday. The 12th edition of the kite festival is held over the weekend in the so-called Black Sea Capital of Bulgaria, Varna. (Photo by Denislav Stoychev/NurPhoto via Getty Images)Turystyka w Bułgarii z problemami
Źródło zdjęć: © GETTY | NurPhoto
Robert Kędzierski

Początek letniego sezonu w Bułgarii przyniósł rozczarowanie lokalnym przedsiębiorcom. Zmiana waluty z lewa na euro, która sfinalizowała się na początku 2026 r., miała ułatwić życie zagranicznym gościom i napędzić gospodarkę. Rzeczywistość okazała się jednak niezwykle brutalna dla branży turystycznej.

Statystyki z północnego wybrzeża Morza Czarnego wskazują, że w czerwcu liczba zagranicznych gości spadła o 35 proc. w ujęciu rocznym. Odwiedzający masowo zgłaszają zjawisko nieuczciwych praktyk cenowych. Wiele firm gastronomicznych i usługowych po prostu podmieniło symbol waluty na paragonach i metkach, pozostawiając niemal identyczne wartości liczbowe, co w praktyce oznacza drastyczne podwyżki.


WIDEO
Od malucha do listy najbogatszych Polaków. Tak zbudowali znaną polską markę


Pustki w popularnych kurortach

Sytuację doskonale widać na przykładzie Złotych Piasków, które od lat stanowią wizytówkę bułgarskiej turystyki. Obecnie ruch w tym popularnym kurorcie jest zauważalnie mniejszy. Lokalne media donoszą, że znaczna część obiektów noclegowych zdołała zapełnić zaledwie połowę dostępnych miejsc. Właściciele hoteli próbują ratować sytuację i oferują znaczne rabaty, ale efekty tych działań pozostają mizerne. Stanisław Stojanow, który pełni funkcję wiceprzewodniczącego związku zawodowego hotelarzy w Złotych Piaskach, przedstawił sprawę niezwykle jasno w wypowiedzi dla stacji Nova Television.

– Nigdy wcześniej nie było tak źle – ocenił ekspert. Zaznaczył przy tym, że z tamtejszych plaż zniknęli przede wszystkim obywatele Niemiec oraz Rumunii.

Branża odczuwa również długofalowe skutki wcześniejszej utraty rynku rosyjskiego, co dodatkowo potęguje obecny kryzys.

Paragony grozy po zmianie waluty

Portal Interia przytacza relacje turystów z Wielkiej Brytanii, którzy nie kryją oburzenia wysokością rachunków w nadmorskich barach i restauracjach. Z ich perspektywy wejście Bułgarii do strefy euro posłużyło jako pretekst do nieproporcjonalnego wywindowania stawek w usługach.

Jeden z brytyjskich gości dokonał prostego wyliczenia na przykładzie ceny piwa. W poprzednich sezonach za butelkę trunku płacił 3,50 lewa. Obecnie w menu widnieje kwota 2,80 euro. Po przeliczeniu na starą walutę daje to około 5,60 lewa. Taki mechanizm obrazuje rzeczywistą skalę podwyżek, z jaką muszą mierzyć się konsumenci. Podobne odczucia ma inna turystka z Wysp, która spędza wakacje w Bułgarii regularnie od wielu lat. Kobieta szacuje, że koszty wypoczynku wzrosły o około 33 proc. względem ubiegłego roku. Podała również konkretny przykład ze swojego budżetu: dawniej kwota 100 lewów wystarczała jej i mężowi na trzy dni swobodnego funkcjonowania, podczas gdy teraz 50 euro znika z ich portfela w zaledwie dwa dni.

Nieudana walka rządu ze wzrostem cen

Rząd w Sofii próbował zapobiec takiemu scenariuszowi. Przed oficjalną zmianą waluty władze powołały specjalne Centrum Koordynacyjne, którego zadaniem było monitorowanie cen podstawowych produktów. Do akcji kontrolnych włączono również Krajową Agencję Skarbową, Komisję Ochrony Konkurencji oraz Komisję Ochrony Konsumentów. Mimo szeroko zakrojonych przygotowań aparat państwowy nie zdołał powstrzymać fali wzrostów.

Oficjalne dane o inflacji po przyjęciu euro pokazują wyraźne przyspieszenie. W marcu wskaźnik ten wynosił 4,1 proc., w kwietniu podskoczył do 6,8 proc., a w maju osiągnął poziom 6,9 proc. Czerwiec przyniósł delikatne wyhamowanie do 5,3 proc., jednak Bułgaria wciąż pozostaje w niechlubnej czołówce państw strefy euro pod względem tempa wzrostu cen.

Ekonomiści wskazują, że wina nie leży wyłącznie po stronie lokalnych sprzedawców. Bułgarska agencja prasowa BTA zacytowała analizę ekspertów Allianz Trade, którzy zwracają uwagę na szerszy kontekst makroekonomiczny. Głównym impulsem proinflacyjnym okazał się globalny kryzys na rynku paliw, który analitycy wiążą z konfliktem zbrojnym z udziałem Stanów Zjednoczonych, Izraela i Iranu. Zewnętrzne szoki podażowe nałożyły się na silną presję kosztową w sektorze usług, obejmującą zakwaterowanie, gastronomię i rozrywkę, a także na rosnące ceny żywności. Przedstawiciele władz państwowych próbują tonować nastroje i przekonują, że obecne anomalie cenowe mają charakter wyłącznie incydentalny.

Dramat hotelarzy w cieniu rosnących kosztów

Perspektywa samych przedsiębiorców rzuca na sprawę zupełnie inne światło. Georgi Duchev, dyrektor wykonawczy Bułgarskiego Stowarzyszenia Profesjonalistów w Zarządzaniu Hotelami, w wywiadzie dla stacji Bloomberg TV Bulgaria zaprezentował diagnozę z wnętrza branży.

Ekspert podkreślił, że negatywne komentarze w mediach społecznościowych często zakrzywiają rzeczywisty obraz rynku, a wiele obiektów noclegowych wciąż notuje wysokie obłożenie. Jego zdaniem prawdziwym problemem nie jest sam brak turystów, lecz drastyczny wzrost kosztów operacyjnych. Badania przeprowadzone przez Bułgarskie Forum Hotelowe wskazują, że w pierwszej połowie 2026 r. koszty utrzymania większości hoteli wzrosły o około 20 proc. w porównaniu do analogicznego okresu rok wcześniej. Jednocześnie przychody firm pozostały na zbliżonym, a niekiedy wręcz niższym poziomie.

Duchev wyjaśnił mechanizm, który doprowadził branżę na skraj rentowności. Hotele działają w oparciu o długoterminowe umowy. Znaczna część letnich pakietów turystycznych została wynegocjowana i sprzedana jeszcze pod koniec ubiegłego roku, zanim koszty pracy, energii i dostaw wystrzeliły w górę.

Z tego powodu obiekty noclegowe nie mogły elastycznie zareagować na nową rzeczywistość gospodarczą i podnieść cen zakontraktowanych wycieczek. Restauracje i bary dysponują możliwością codziennej aktualizacji kart dań, co tłumaczy skokowe wzrosty cen w gastronomii. Hotelarze natomiast muszą absorbować rosnące wydatki bezpośrednio z własnych marż, co czyni bieżący rok wyjątkowo trudnym z biznesowego punktu widzenia.

Konieczna dywersyfikacja i wnioski z Chorwacji

Dyrektor stowarzyszenia zwrócił również uwagę na strukturę narodowościową gości. Obecnie bułgarskie wybrzeże opiera się głównie na turystach z Rumunii, Polski, Niemiec, Wielkiej Brytanii, Izraela oraz Czech. Duchev ostrzegł, że zbytnie uzależnienie od jednego lub dwóch głównych rynków generuje ogromne ryzyko dla całej gospodarki turystycznej. Jako rozwiązanie wskazał konieczność głębokiej dywersyfikacji oraz rozwoju turystyki górskiej i uzdrowiskowej w formacie całorocznym, stawiając za wzór model funkcjonowania kurortów w Alpach.

Obecna sytuacja w Bułgarii do złudzenia przypomina kryzys, z którym kilka lat temu zmagała się Chorwacja. Po przyjęciu wspólnej waluty w tamtejszych kurortach zadziałał identyczny mechanizm psychologiczny i ekonomiczny. Kwoty wcześniej wyrażane w kunach masowo zastępowano takimi samymi wartościami w euro. Latem 2023 r. austriacki dziennik "Kronen Zeitung" informował, że ceny nad Adriatykiem zaczęły przewyższać stawki znane z luksusowych ośrodków w Szwajcarii.

Głośnym echem w mediach odbiła się wówczas relacja amerykańskiej turystki, która za wynajęcie leżaka plażowego zapłaciła 40 euro, podczas gdy rok wcześniej ta sama usługa kosztowała 40 kun. Nagłośnienie podobnych praktyk doprowadziło wówczas do lawinowego odwoływania rezerwacji i trwałego spadku zainteresowania chorwacką ofertą. Nastroje konsumentów w Bułgarii podążają tym samym torem.

Na lokalnych portalach gospodarczych, takich jak Investor.bg, użytkownicy wymieniają się skrajnymi przykładami z nadmorskich deptaków. Internauci donoszą o porcjach tradycyjnego chłodnika tarator wycenianych na 9 euro, spaghetti za 25 euro czy lodach sprzedawanych za 35 euro, zestawiając te kwoty z dużo tańszą ofertą gastronomiczną w Monte Carlo. Tego typu doniesienia, niezależnie od ich skali, skutecznie budują wizerunek kraju jako miejsca nieprzyjaznego dla portfela przeciętnego urlopowicza.

Wybrane dla Ciebie