Nocna prohibicja w Warszawie. Prowadzący sklepy komentują. "Nie ma wolności"
Stołeczni radni przegłosowali wprowadzenie nocnego zakazu sprzedaży alkoholu w całej Warszawie. Zapytaliśmy właścicieli sklepów, co o tym sądzą.
Rada Warszawy przyjęła w czwartek uchwałę, która rozszerza nocną prohibicję na teren całego miasta. Jeśli wojewoda nie wniesie zastrzeżeń, nowe przepisy zaczną obowiązywać od 1 czerwca. Głosowanie przebiegło niemal bez sprzeciwu – projekt poparło kilkudziesięciu radnych, a przeciwko zagłosowały zaledwie dwie osoby. Zmiana ta uderzy przede wszystkim w stacje benzynowe oraz całodobowe punkty monopolowe.
Postanowiliśmy sprawdzić, jak na te doniesienia reaguje sam biznes. Spytaliśmy właścicieli warszawskich sklepów o to, jak oceniają nadchodzące regulacje. Wszystkie zebrane przez nas głosy są anonimowe, ponieważ przedsiębiorcy nie chcieli wypowiadać się pod nazwiskiem.
Nocna prohibicja w Warszawie. Jak działa w dwóch dzielnicach?
Przedsiębiorcy podzieleni w sprawie nocnej prohibicji. "Nie ma wolności"
- Najwyraźniej wolności gospodarczej w kraju nie ma – komentuje jeden z właścicieli całonocnych sklepów z alkoholem. – Placówki tego typu będą musiały się dostosować do nowych warunków. Możliwe, że wiele z nich będzie musiało się zamknąć – ocenia.
– Większość tych sklepów to polskie firmy, polscy przedsiębiorcy, a nie zagraniczne sieciówki – twierdzi kolejny rozmówca, prowadzący punkt w centrum stolicy.
Właściciel kolejnego sklepu stanowczo nie zgadza się z decyzją radnych. – Jestem przeciwny prohibicji. Uważam, że nie można obwiniać całej branży za błędy kilku firm czy pojedynczych osób. Nie możemy zdelegalizować wszystkiego, bo kilka osób nie dba o siebie. To byłoby niesprawiedliwe - komentuje.
Czy delegalizujemy apteki, bo ktoś kupił tam środek, którym zrobił sobie krzywdę? Oczywiście, że nie – dodaje.
Kolejny z właścicieli sklepów jest przekonany, że zakaz niewiele zmieni. - Jak ktoś chce, albo nawet i po prostu musi się napić, to się napije, zapewniam pana - mówi. - Ta prohibicja nic nie da. Zacznie się picie po bramach, melinach, jakieś wyprawy poza granice miasta. My stracimy, inni na nas zarobią - ocenia.
"Nie dostrzegam negatywnych skutków"
Zupełnie inny pogląd na sprawę ma właściciel sklepu, który nie jest czynny całą dobę. – W odniesieniu do sklepu, w którym pracuję, głosowanie radnych nie ma żadnego znaczenia. Sklep i tak jest czynny do 22, więc nie musimy skracać godzin otwarcia – podkreśla. – Wydaje mi się, że osoby, które piją alkohol, często stają się bardziej żywiołowe. Uważam też, że spożycie alkoholu można sobie wcześniej zaplanować – komentuje.
Bądźmy szczerzy. Jeśli ktoś biega po nocy, aby kupić alkohol, to zwykle już jest w takim stanie, że można przypuszczać, że będzie nadaktywny. Dlatego też ja nie widzę żadnych negatywnych skutków zakazu sprzedaży alkoholu w nocy. Ani gospodarczych, ani społecznych – podsumowuje nasz rozmówca.
Co dokładnie uchwalili stołeczni radni
Przyjęta przez Radę Warszawy uchwała zakłada, że zakaz sprzedaży napojów wyskokowych będzie obowiązywał we wszystkich osiemnastu dzielnicach stolicy w godzinach od 22 do 6 rano. Restrykcje obejmą sklepy detaliczne oraz stacje paliw. Jedynym wyjątkiem na mapie miasta będzie strefa wolnocłowa na Lotnisku Chopina. Jak argumentowano w uzasadnieniu, jest to przestrzeń zamknięta, dostępna wyłącznie dla pasażerów z kartą pokładową, a kupione tam trunki z reguły opuszczają terytorium miasta i nie wpływają na porządek publiczny na ulicach stolicy.
Oprócz samego zakazu nocnego handlu, radni zdecydowali się również na uszczuplenie rynku koncesyjnego. Przegłosowano zmniejszenie łącznego limitu zezwoleń na sprzedaż alkoholu. W przypadku handlu detalicznego limit ten zostanie zredukowany o ponad trzysta punktów sprzedaży, przy jednoczesnym, symbolicznym zwiększeniu puli dla branży gastronomicznej. To wyraźny sygnał, że miasto chce przenieść ciężar nocnej konsumpcji z ulic i skwerów do kontrolowanych warunków w pubach i restauracjach.
Obecny na czwartkowej sesji prezydent Warszawy Rafał Trzaskowski podkreślał, że decyzja została podjęta po głębokim namyśle i analizie danych. Zwrócił uwagę, że miasto odpowiada w ten sposób na realne problemy mieszkańców: hałas, zakłócanie porządku oraz bezsenne noce. Zaznaczył przy tym, że proces ten przeprowadzono w sposób odpowiedzialny, bez wypowiadania wojny przedsiębiorcom i bez wprowadzania chaosu prawnego.
Pilotaż i walka z omijaniem prawa
Zanim prohibicja objęła całą Warszawę, władze miasta zdecydowały się na krok ostrożniejszy – program pilotażowy. Wzbudziło to wielkie emocje, bo początkowo władze od razu chciały wprowadzić zakaz na terenie całego miasta, ale się z tego wycofały. W rezultacie od listopada ubiegłego roku zakaz testowano w dwóch centralnych dzielnicach: Śródmieściu oraz na Pradze-Północ.
Wyniki tego eksperymentu okazały się kluczowe dla losów uchwały dla całego miasta. Z danych przedstawianych przez stołeczny ratusz oraz służby mundurowe wynikało, że w rejonach objętych ograniczeniami wyraźnie spadła liczba nocnych interwencji policji i straży miejskiej. Poprawę sytuacji zauważyli również dyrektorzy szpitalnych oddziałów ratunkowych, do których trafiało mniej pacjentów po incydentach związanych z nadużyciem alkoholu.
Władze miasta zdają sobie jednak sprawę z kreatywności części przedsiębiorców. Prezydent Trzaskowski odniósł się do głośnego przypadku jednego ze sklepów monopolowych na Nowym Świecie, który próbował ominąć przepisy, formalnie przekształcając się po godzinie 22 w punkt gastronomiczny. Włodarz stolicy zapowiedział bezwzględną walkę z tego typu "cwaniactwem". Zapowiedział, że każda próba omijania prawa będzie skutkowała natychmiastowym wszczęciem procedury cofnięcia koncesji na sprzedaż alkoholu, bez żadnej taryfy ulgowej.
Długa droga polityczna i zgoda dzielnic
Jak wspomnieliśmy wyżej, droga do wprowadzenia ogólnomiejskiego zakazu była wyjątkowo wyboista i pełna politycznych zwrotów akcji. Inicjatywa wyszła pierwotnie od aktywistów zrzeszonych w stowarzyszeniu Miasto Jest Nasze, którzy przez lata walczyli o nocną ciszę alkoholową. Początkowo pomysł ten napotykał na silny opór, również ze strony samego Rafała Trzaskowskiego, który obawiał się powrotu do czasów nielegalnego handlu i tzw. melin.
Przeciwnicy regulacji, w tym niektórzy radni, do końca podnosili argumenty o uderzeniu w wolność gospodarczą i swobody obywatelskie. Wskazywano również na problem tzw. małpek, kupowanych masowo w godzinach porannych, których nocna prohibicja w ogóle nie dotknie. Mimo tych głosów, przeważyła narracja o konieczności poprawy bezpieczeństwa i odciążenia służb mundurowych, które od dłuższego czasu borykają się z poważnymi brakami kadrowymi.
Nie tylko Warszawa
Warszawa nie jest odosobniona w swoich działaniach. Ograniczenia w nocnym handlu alkoholem stają się coraz powszechniejszym standardem. Podobne regulacje od początku czerwca wejdą w życie w Płocku. Wcześniej na taki krok zdecydowały się między innymi Ząbki, a w samym tylko ubiegłym roku kilkanaście innych miast i gmin w regionie podjęło stosowne uchwały. Nocną prohibicję na terenie części lub całego miasta wprowadziły też m.in. Kraków, Wrocław, Olsztyn, Poznań, Zakopane i wiele innych.
Debata przenosi się również na szczebel krajowy, gdzie w Sejmie czekają na rozpatrzenie projekty ustaw mające na celu odgórne uregulowanie kwestii dostępności i reklamy wyrobów alkoholowych.
Nadużywanie alkoholu kosztuje
W 10 największych miastach działa ponad 11 tys. sklepów sprzedających alkohol, o kilka procent mniej niż w 2024 r. i 2023 r. - podawała w ubiegłym miesiącu "Rzeczpospolita". Jak tłumaczyła, wbrew obiegowej opinii w tej grupie nie dominują sklepy stricte monopolowe, ale spożywcze z koncesją na sprzedaż alkoholu.
Spożycie alkoholu wiąże się nie tylko z kosztami społecznymi, ale i czysto finansowymi. - Nasza analiza została opracowana pod koniec 2024 roku i opiera się na najnowszych dostępnych danych, głównie z 2023 roku i lat wcześniejszych. Na tej podstawie oszacowaliśmy, że problem nadmiernego spożycia alkoholu kosztował Polskę przez rok (2023 - przyp. red.) aż 185 mld zł – stwierdził w ubiegłorocznej rozmowie z OKO.press mgr Bartłomiej Szulc, współautor analizy poświęconej kosztom ekonomiczno-społecznym nadmiernego picia alkoholu przez Polaków. Analiza stanowi część pracy dyplomowej, przygotowanej przez studentów podyplomowych SGH w ramach programu EMBA w Ochronie Zdrowia, prowadzonego przez Szkołę Główną Handlową w Warszawie oraz Warszawski Uniwersytet Medyczny.
Według autorów badania na łączną kwotę składa się kilka pozycji. Utracona wartość wpływów podatkowych z uwagi na łączną liczbę utraconych lat aktywności zawodowej wyniosła 2 mld 61 mln zł. Obsługa prokuratorska zdarzeń będących następstwem spożycia alkoholu pochłonęła 136 mln zł, obsługa sądowa w sądach powszechnych — 185 mln zł, a koszty więziennictwa związane z odsiadywaniem kar przez osoby nadużywające alkoholu — 226 mln zł.
Koszty hospitalizacji przypisywane alkoholizmowi sięgnęły 574 mln zł, a koszty leków refundowanych przez NFZ spożywanych przez osoby nadużywające alkoholu — 247 mln zł. Do tego dochodzi wartość utraconego PKB z uwagi na utratę zasobów pracy w wyniku śmiertelności z przyczyn nadużywania alkoholu — 2 mld 121 mln zł — oraz wartość utraconego PKB z uwagi na wyłączenie z pracy związane z chorobami alkoholowymi: 2 mld 43 mln zł.
Robert Kędzierski, dziennikarz money.pl