Drugi próg. Tego nie da się już ignorować. Włos od katastrofy

Minister finansów Andrzej Domański potwierdził, że prawdopodobnie za dwa lata polski dług przekroczy ustawowy limit 55 proc. PKB. Jeśli tak się stanie, przyszły rząd będzie zmuszony do wprowadzenia planu naprawczego. – Wizja resortu jest zbyt optymistyczna. Istnieje duże ryzyko, że ten próg naruszymy już w przyszłym roku – komentuje Tomasz Prusek z Fundacji Przyjazny Kraj.

Tomasz PrusekTomasz Prusek
Źródło zdjęć: © przyjaznykraj.pl | -
Tomasz Setta

Rząd odsłonił karty w sprawie najnowszych prognoz dotyczących zadłużenia Polski. Zgodnie z przyjętą we wtorek "Strategią zarządzania długiem sektora finansów publicznych w latach 2027–2030" suma naszych zobowiązań zbliża się do poziomów alarmowych, zapisanych w ustawie o finansach publicznych.

Szef resortu Andrzej Domański potwierdził, że prawdopodobnie za dwa lata państwowy dług publiczny (PDP) netto przekroczy poziom 55 proc. PKB. – Szacujemy, że w 2027 r. będzie to 54,7 proc. W 2028 r. uważamy, że jest prawdopodobieństwo, że ten poziom wyniesie 57,4 proc., w 2029 r. 58,1 proc., a w 2030 r. 57,3 proc." – powiedział Domański.

Najnowsze wyliczenia Ministerstwa Finansów skomentował w rozmowie z money.pl Tomasz Prusek, prezes zarządu Fundacji Przyjazny Kraj, która prowadzi badania i dostarcza analizy ekonomiczne.

Ze ścieżki przedstawionej przez ministra Domańskiego wynika, że rząd przyjął następujące założenie: w nadchodzących latach nie wydarzy się nic, co może zaszkodzić naszym finansom publicznym. Uważam, że takie podejście jest zbyt optymistyczne, a nawet niepokojące, biorąc pod uwagę ostatnie wydarzenia na świecie i w naszym regionie – ocenia Prusek.

Przypomnijmy, że w ostatnich tygodniach wielu ekonomistów ostrzegało, że polski dług przekroczy poziom 55 proc. PKB już w 2027 r., a nie dopiero w 2028 r. W rozmowie z money.pl mówili o tym między innymi przewodniczący Rady Fiskalnej dr Sławomir Dudek czy Ludwik Kotecki z Rady Polityki Pieniężnej.

Naruszymy kluczowy próg dużo wcześniej?

Podobnego zdania jest Tomasz Prusek, który uważa, że rządzący przymykają oko na otaczającą nas rzeczywistość. – Podam prosty przykład: nikt z nas na początku tego roku nie przewidział wojny na Bliskim Wschodzie, blokady cieśniny Ormuz i tego, że cena za baryłkę ropy naftowej przebije poziom 100 dolarów – tłumaczy nasz rozmówca.

Ekonomiści lubią w publicystyce określać takie wydarzenia mianem "czarnych łabędzi". Moim zdaniem ryzyko wystąpienia podobnych zdarzeń w niedalekiej przyszłości jest bardzo wysokie, a margines, jaki zostawiamy sobie na taką ewentualność w finansach publicznych, jest bardzo niewielki – podkreśla prezes Fundacji Przyjazny Kraj.

– Stan naszych finansów publicznych można porównać do statku, który przepłynie tuż pod mostem, ale od zderzenia dzieli nas długość dłoni – dodaje ekspert. Nie wyklucza przy tym, że w razie potrzeby politycy znajdą jakiś sposób, by w ostatniej chwili zmieścić się w limitach wymaganych przez obowiązujące prawo.

– Rządzący mogą oczywiście zastosować w takim wypadku kreatywną księgowość i spróbować przenieść niektóre wydatki z budżetu państwa do pozabudżetowych funduszy w Banku Gospodarstwa Krajowego – mówi Prusek. – Takie metody znamy z przeszłości, przy czym jest granica tego "żonglowania" wydatkami i uważam, że właśnie się do niej zbliżamy – komentuje nasz rozmówca.

Prezes Fundacji Przyjazny Kraj zwraca uwagę w rozmowie z money.pl na jeszcze jeden fragment wtorkowej wypowiedzi Andrzeja Domańskiego. – Ze słów ministra finansów wynika, że w horyzoncie prognozy przygotowanej przez resort przyrost PDP w relacji do PKB ma nagle spowolnić w latach 2028–2029 względem lat poprzednich, a w 2030 r. nawet obniżyć się o prawie jeden punkt procentowy – mówi Prusek.

Otwartym pozostaje pytanie, jak Polska zamierza to osiągnąć. Czy to oznacza, że kolejne rządy nie będą się zadłużać i pożyczać pieniędzy? Jestem bardzo ciekaw, jak przy deficycie sięgającym blisko 300 mld złotych chcemy doprowadzić nasz dług do takich poziomów – zastanawia się ekspert.

Kto zapłaci za przekroczenie limitu?

W trakcie wtorkowej konferencji prasowej minister finansów kilka razy podkreślił, że zgodnie z najnowszymi prognozami do końca tej dekady polski dług publiczny nie przekroczy poziomu 60 proc. PKB, zapisanego wprost w polskiej konstytucji.

Tomasz Prusek zwraca uwagę, że to marne pocieszenie, bo z punktu widzenia obywateli kluczowa pozostaje granica 55 proc. PKB. Zbliżanie się do tego limitu ocenia jako niebezpieczne, bo po jego naruszeniu prawo nakłada na rząd obowiązek wprowadzenia planu naprawczego w postaci bolesnych cięć.

Bezpośrednie skutki takiego planu dla naszych oszczędności i dochodów opisaliśmy w money.pl kilka dni temu. Zgodnie z ustawą o finansach publicznych po przekroczeniu progu 55 proc. PKB rząd musi uchwalić kolejny budżet bez deficytu, czyli bez różnicy w dochodach i wydatkach państwa (albo z bardzo mocno ograniczonym deficytem).

Plan naprawczy zakłada również automatyczne zamrożenie wynagrodzeń pracowników sfery budżetowej i ograniczenie przyszłych waloryzacji rent i emerytur maksymalnie do poziomu obecnej w danym roku inflacji.

Eksperci tłumaczą, że jeśli do naruszenia ustawowego progu dojdzie za rok, wspomniane skutki odczujemy najwcześniej w 2029 r. Jeśli natomiast Polska przekroczy limit za dwa lata – czyli zgodnie z prognozami Ministerstwa Finansów – przytoczony wyżej plan naprawczy będzie musiał zostać wdrożony w budżecie na 2030 r.

– Pamiętajmy, że kryzys fiskalny o niewyobrażalnych skutkach będzie obciążeniem dla całej obecnej klasy politycznej. Konsekwencją takiego kryzysu może być wyniesienie do władzy zupełnie nowych ugrupowań i liderów – przestrzega Tomasz Prusek z Fundacji Przyjazny Kraj.

Wybrane dla Ciebie