Pomysł prezydenta na obniżki cen mógłby skończyć się brakami na stacjach [OPINIA]

Pałac prezydencki proponuje wprowadzenie m.in. ustawowego limitu na marże koncernów paliwowych. Dla importerów paliw może to oznaczać stratę w wysokości ponad 1 zł na każdym litrze. Oczywiście takiej straty nie będą chcieli ponosić - tak nową propozycję prezydenta ocenia w komentarzu dla money.pl ekspert rynku paliw Dawid Czopek.

Pomysł prezydenta na obniżki cen mógłby skończyć się brakami na stacjach [OPINIA]Pomysł prezydenta na obniżki cen mógłby skończyć się brakami na stacjach [OPINIA]
Źródło zdjęć: © East News, PAP | Dawid Wolski, Wojtek Jargiło, ZipZapic.com
Dawid Czopek

Tekst powstał w ramach projektu WP Opinie. Przedstawiamy w nim zróżnicowane spojrzenia komentatorów i liderów opinii publicznej na kluczowe sprawy społeczne i polityczne.

Poznaliśmy pierwsze informacje dotyczące prezydenckiego projektu ustawy mającej na celu obniżenie cen paliw w naszym kraju. Wśród kilku rozwiązań, które są zbliżone do funkcjonujących na innych rynkach, jak choćby regulowanie wysokości akcyzy czy podatku od sprzedaży detalicznej (w sumie można szacować maksymalny wpływ tych podatków na cenę paliwa na 50 groszy brutto), uwagę zwraca pomysł wprowadzenia ustawowego limitu na marże koncernów paliwowych.

W praktyce miałoby to oznaczać wprowadzenie ustawowego limitu tzw. uczciwej marży, której koncerny nie mogłyby przekraczać. Pomysł teoretycznie wydaje się ciekawy, ale w praktyce może być trudny do wprowadzenia w życie i doprowadzić do braku paliw na naszych stacjach.


WIDEO
Wypomina Tuskowi słowa ws. cen paliw. "Nie wierzę temu kłamcy"

Przypomnijmy, jak działa rynek paliwowy w naszym kraju, choć de facto można powiedzieć, że podobnie jest w większości wolnorynkowych gospodarek.

Orlen i Saudi Aramco, którzy są jedynymi producentami paliw w Polsce, kupują ropę naftową i przerabiają ją na gotowe paliwa. Cena zarówno ropy naftowej, jak i gotowych paliw wynika z notowań tych produktów na światowych rynkach. Notowania te są publicznie dostępne i w każdej chwili można sprawdzić, ile kosztuje np. olej napędowy z dostawą do portów Północnej Europy.

Jest to jednocześnie cena, po której paliwo do Polski sprowadzają importerzy, ponieważ w przypadku oleju napędowego krajowe rafinerie produkują jedynie ok. 2/3 naszego zapotrzebowania. W przypadku benzyny udział ten jest wyższy, ale także krajowa produkcja nie pokrywa wszystkich potrzeb.

Do ceny z notowań doliczana jest tzw. premia lądowa. Obejmuje ona koszty transportu paliwa do Polski, dodawania do niego biopaliw, obowiązku magazynowania paliwa przez importerów oraz zarobek samego importera. Zwykle jest to poziom około 1 zł za litr, przy czym zarobek samego importera, po odliczeniu wszystkich kosztów, może sięgać 20–40 groszy.

Importerzy mieliby problem

Dzisiejsze marże na przerobie ropy na paliwo są szalone. W przypadku oleju napędowego przekraczają one 2 zł za litr. W normalnych czasach marża ta nie powinna przekraczać 50 groszy. Załóżmy zatem, że ograniczymy marże do 50 groszy.

Cena gotowego paliwa spadnie o około 1,50 zł netto na litrze, ale importer kupujący olej napędowy na światowych rynkach i tak będzie musiał płacić cenę rynkową, czyli tę zawierającą wysoką marżę zagranicznej rafinerii. W jego przypadku wprowadzenie ustawowego limitu na cenę paliwa (bo wszyscy będą sprzedawać po tej samej cenie) będzie zatem oznaczać stratę w wysokości ponad 1 zł na każdym litrze.

Oczywiście takiej straty nie będzie chciał ponosić, zatem zrezygnuje ze sprowadzenia paliwa do Polski. W takiej sytuacji nie będzie paliwa importowanego, czyli zostaniemy wyłącznie z krajową produkcją zaspokajającą 2/3 potrzeb.

Mało tego. Hurtownicy, zachęceni niskimi cenami paliw w Polsce, mogą zdecydować się na kupno paliwa od Orlenu, a mają do tego prawo wynikające z długoterminowych umów, i wywieźć to paliwo za granicę. Więc nawet te 2/3 krajowej produkcji może zostać uszczuplone.

Gdybyśmy natomiast wprowadzili różne limity cen dla paliwa krajowego i importowanego, na stacjach byłoby paliwo tańsze, po które ustawiałyby się kolejki, i droższe, którego nikt nie chciałby kupować. O ile dobrze pamiętam, ostatni raz taka sytuacja występowała w Polsce pod koniec PRL, gdy część paliwa była na kartki i miała niższą cenę, a część, tzw. komercyjna, była dostępna bez ograniczeń, ale kosztowała o wiele więcej.

Co więcej, nie mówimy już o teoretycznej sytuacji, ponieważ mieliśmy okazję przećwiczyć taki scenariusz trzy lata temu, przed wyborami parlamentarnymi. Wtedy również marża krajowych producentów została sztucznie ograniczona, co spowodowało brak importu i masowe "psucie się" dystrybutorów.

Pytanie, czy na pewno warto wracać do tego rozwiązania?

Wybrane dla Ciebie