Zbigniew Parafianowicz: Jeśli weźmiemy pod uwagę obecny kryzys na linii Warszawa-Kijów i pogorszenie stosunków polsko-ukraińskich, to na ile tematem pozostaje polski udział w odbudowie Ukrainy po wojnie? Czy jest w ogóle o czym jeszcze rozmawiać? Czy to nie jest kwestia zmitologizowana, za którą nie stoi żaden konkret?
Dmytro Natalucha, ukraiński prawnik, polityk, szef Państwowego Funduszu Majątku Ukrainy: Właśnie nie ma tu żadnej mitologizacji. To temat cały czas absolutnie realny.
Powiem tak, swoje stanowisko objąłem w styczniu 2026 r. Do tego momentu pracowałem w Radzie Najwyższej. Jednym z moich pierwszych spotkań po objęciu urzędu, na którym jestem odpowiedzialny za ukraińską prywatyzację, było spotkanie z jednym z unijnych dyplomatów w Kijowie. Nie było to bardzo miłe spotkanie. Z jednego prostego powodu.
Powiedziałem mu, że w Ukrainie widzimy firmy zainteresowane prywatyzacją naszych przedsiębiorstw. Firmy z całego świata, poza biznesem z… Unii Europejskiej. Spytałem, jak to się dzieje? Mamy firmy z USA, z Turcji, z Indii, z krajów Zatoki Perskiej. I ani jednej, powtarzam – ani jednej firmy z państw Unii Europejskiej w kontekście prywatyzacji na Ukrainie. Mój rozmówca był zdziwiony. Nie ma ani jednego wniosku o udział w prywatyzacji z UE.
Po konferencji w Gdańsku (Ukraine Recovery Conference, URC – red.) mam wielką nadzieję, że to się zmieni. I powiem więcej, mam nadzieję, że po URC pierwszą firmą z UE, która weźmie udział w prywatyzacji będzie przedsiębiorstwo polskie.
WIDEOCzas zdjąć rękawiczki. "Rosja jest gotowa zabijać w Polsce"
Jaka to firma? Z jakiej branży?
Nie chciałbym zdradzać szczegółów. Nie zapeszajmy. Chodzi o sprzedaż udziałów w jednym z przedsiębiorstw, którego udziały były w posiadaniu osoby objętej sankcjami i które po 2022 r. przejęło państwo ukraińskie. Nowy rząd Serhija Koreckiego absolutnie sprzyja współpracy z podmiotami, które chcą wziąć udział w zakupie przeznaczonych do prywatyzacji aktywów.
W przypadku Polski i sprzedaży udziałów w naszej gospodarce nie chodzi tylko o prostą transakcję. Chodzi o zbudowanie całej sieci powiązań, które pozwolą na zacieśnienie współpracy pomiędzy obydwoma państwami. Co będzie korzystne zarówno dla Warszawy, jak i Kijowa. Prywatyzacja – w moim rozumieniu – jest przede wszystkim wpuszczeniem kapitału do strategicznych sektorów państwa. Co z kolei buduje fundamenty realnych gwarancji bezpieczeństwa dla Ukrainy.
Ten, kto będzie miał biznes w Ukrainie, będzie zainteresowany jego ochroną. To co chcemy sprzedać, nie jest jakimś śmieciowym kawałkiem biznesu. Sprzedajemy atrakcyjne części gospodarki. I pragmatycznie liczymy, że ten kto je kupi, będzie zainteresowany stabilnością na Ukrainie. W tym sensie będzie to dla nas fundament gwarancji bezpieczeństwa.
Oczywiście trwa wojna, co rodzi duże ryzyko. Niemniej jednak mam wrażenie, że dla biznesu jest to najlepszy moment wejścia na ukraiński rynek. Polska i Ukraina graniczą ze sobą. Spełniamy wszelkie warunki, by ściśle współpracować gospodarczo i zacieśniać naszą integrację. Im więcej będzie polskiego biznesu na Ukrainie, tym mniej będzie trudnych zagadnień w naszych dwustronnych relacjach.
Wróćmy jeszcze na chwilę do pana spotkania z unijnym dyplomatą w Kijowie tuż po objęciu przez pana urzędu w styczniu 2026 r. Czy po tamtej rozmowie coś drgnęło, jeśli chodzi o zainteresowanie rynkiem ukraińskim i ukraińską prywatyzacją?
Niestety ruch się nie zwiększył. Zainteresowanie się nie zwiększyło. Poza wzrostem zainteresowania ze strony polskich firm. Ale tu też będę mówił raczej branżami, aby nie wylać dziecka z kąpielą. To energetyka, transport czy rynek ubezpieczeń i bankowy.
Skoro nie było wzrostu zainteresowania od stycznia, to jaka jest przyczyna tej niechęci?
Nie chodzi o niechęć. Raczej o to, co w biznesie określa się mianem awersji do ryzyka. Wspomniane przeze mnie firmy amerykańskie, indyjskie czy arabskie mają o wiele większą tolerancję na ryzyko. Nie oczekują idealnych warunków. Nie oczekują, że będzie w stu procentach bezpiecznie. Moim zdaniem ta strategia jest bardziej skuteczna i bardziej perspektywiczna.
Firmy z tych państw zajmą o wiele lepszą pozycję przy przyszłej odbudowie. One już będą na Ukrainie. Ryzyko zostanie nagrodzone.
Na dziś szacuje się, że straty związane z wojną opiewają na sumę tryliona euro. Sami tego nie odbudujemy. Będzie co robić.
Skupmy się zatem na tych, którzy podejmują ryzyko. Z tej trójki – USA, Indie i państwa Zatoki Perskiej – kto jest najbardziej aktywny i czym się w Ukrainie interesuje?
Amerykanie. Z ich strony mam najwięcej wniosków o przejmowanie prywatyzowanych aktywów. Ostatnie NDA, czyli umowy o zachowaniu poufności, które podpisałem – dotyczyły podmiotów z USA. Oczywiście zobaczymy jeszcze, czy przełoży się to na konkretne przejęcia udziałów. NDA nie oznacza jeszcze zobowiązania do kupna. Niemniej jednak NDA to zazwyczaj początek misji na Ukrainie. Wysyłanie menedżerów, specjalistów od finansów, prawników czy inżynierów. Początek poważnego procesu biznesowego.
Czym interesują się zatem Amerykanie?
Przede wszystkim branżą chemiczną. Znacznym zainteresowaniem cieszy się na przykład obszar pierwiastków ziem rzadkich. Czy też szerzej – wydobycie. Amerykanie patrzą z zainteresowaniem na aktywa, które znalazły się pod sankcjami. W mojej analizie oni są gotowi kupić aktywa, zainwestować jakieś pieniądze w restrukturyzację i nawet trochę poczekać, aż pojawią się prawdziwe korzyści.
Była u nas na przykład objęta sankcjami firma Aerok. To przedsiębiorstwo zajmujące się produkcją betonu komórkowego. Po inwazji w 2022 r. jej aktywa zostały skonfiskowane. Chodzi o fabryki w Obuchowie i Berezańskim. W 2026 r. irlandzka grupa budowlana CRH uzyskała zgodę na przejęcie pakietu kontrolnego tych zakładów. Chodzi oczywiście o poszerzenie oferty na potrzeby przyszłej odbudowy Ukrainy.
Spotkałem się z opinią, że mimo wspierania Rosji odbudową Ukrainy bardzo interesują się Chiny. Przy każdej okazji, która sugeruje możliwość zawarcia porozumienia rozejmowego między Kijowem a Moskwą, zawsze aktywizuje się chińska dyplomacja gospodarcza, która bada możliwość wejścia na rynek ukraiński. Czy paradoksalnie nie będzie tak, że w najbardziej dogodnym momencie nad Dnieprem pojawi się nieoczekiwanie duży gracz, który będzie miał poparcie władz w Pekinie? Wówczas UE zupełnie zostanie w tyle.
Ja sam nie miałem żadnych kontaktów z przedstawicielami Chin, chociaż wiem, że oni interesują się projektami infrastrukturalnymi.
To wróćmy do tematów europejskich. Niedawno polski rząd informował o zamiarze przejęcia jednego z dużych banków ukraińskich. Pisaliśmy o tym również w Wirtualnej Polsce. Czy coś w tej sprawie się zadziało? O jaki bank chodzi?
Nie spotykałem się w tej sprawie z przedstawicielami polskiego państwa. Ale spotykałem się z przedstawicielami polskiego sektora bankowego. Zainteresowanie jest. Szczególnie dwoma bankami – Prywatbankiem i Sense Bankiem. Polski biznes czeka na decyzje ukraińskiego państwa w tej sprawie. I te decyzje zapadną – moim zdaniem – do końca tego roku.
Wiemy, że również w sferze energetyki rynkiem ukraińskim interesuje się Orlen.
Tak. Od dawna. Koncern ma swoje biuro w Kijowie. Od początku wojny sprzedaje Ukrainie diesel i benzynę i dobrze na tym zarabia.
Czy polski rząd pomaga polskim firmom próbującym zakorzenić się na Ukrainie? Pan jest blisko procesów prywatyzacyjnych. Jak to wygląda z pana perspektywy?
Jednym z sekretów tego, jak można poprawić sytuację europejskiego, w tym polskiego – biznesu na Ukrainie jest rola Komisji Europejskiej. Nie tyle rządów. Oczekiwałbym większej elastyczności Komisji. W KE jest instrument, który pozwala na realizację projektów w Ukrainie. Można wydzielić część tych pieniędzy na wsparcie firm, które chcą wziąć udział w prywatyzacjach w Ukrainie. Aby na przykład obniżyć ryzyko.
Zresztą Polska ma relatywnie dobrze rozwinięty system wsparcia dla biznesu chcącego inwestować na Ukrainie. Działa BGK. Istnieją instrumenty zabezpieczające inwestycje. To wygląda naprawdę dobrze. KE natomiast mogłaby obniżyć koszty ryzyka. Umiędzynarodawiając ubezpieczanie inwestycji.
W Polsce Paweł Kowal jest pełnomocnikiem rządu Donalda Tuska ds. odbudowy. Jego rola jest u nas oceniana różnie. A jak to wygląda z perspektywy przedstawiciela ukraińskiego państwa? Jak pan ocenia jego pracę?
Znam go. Wiele razy się z nim spotykałem. Zapraszał mnie na wydarzenia w Polsce. Szanuję go. Kowal robi bardzo dobrą robotę, jeśli chodzi o promocję polskiego biznesu i wsparcie dla niego na Ukrainie.
Skoro jest tak dobrze, to dlaczego żadna z polskich firm budowlanych nie stanęła do przetargów na budowę autostrady do Łucka? Dla Donalda Tuska to był i jest projekt strategiczny. Mówił o nim podczas swojej pierwszej wizyty w Kijowie po objęciu władzy. Wspominał nawet, że polskie firmy będą mogły być koncesjonariuszami na tej autostradzie.
Trudno o to obwiniać Pawła Kowala. Dużo problemów jest cały czas po stronie Ukrainy. Np. nasze prawo dotyczące przetargów. Wciąż wyznacznikiem jest najniższa cena. Tymczasem firmy unijne nie mogą w tej dziedzinie rywalizować. Oferują inną jakość. Ale drożej. To rodzi problemy.
Gdy byłem deputowanym do parlamentu, postulowałem, aby przetargi nie były zorientowane na jak najniższy koszt inwestycji a na wartość i jakość. Najniższe ceny jak do tej pory dawały białoruskie czy tureckie firmy, a nie firmy z UE.
Inwestycjami w Polsce interesuje się też ukraiński biznes. Jeden z dyplomatów polskich powiedział mi, że możemy mieć do czynienia z sytuacją, w której to Ukraina prędzej odbuduje Polskę niż Polska Ukrainę. Jakimi branżami najbardziej interesuje się kapitał ukraiński?
Były na przykład podejścia pod inwestycje w złoża węgla na Śląsku. Były próby wejścia w bazy paliwowe. Ale widzę wyraźnie zainteresowanie firm wejściem w usługi. Na przykład w kliniki odnowy biologicznej czy dentystyczne. W grę wchodzą również kliniki in vitro. Ale też biznes gastronomiczny i nieruchomości.
Wróćmy do pytania o ryzyko. Przede wszystkim ryzyko wojenne. Obecnie widać wolę USA do wznowienia rozmów między Ukrainą a Rosją. Amerykanie zapraszają na G20 rosyjskiego ministra finansów. Do Rosji poleciał szef CIA, aby sondować możliwość spotkania Zełenski-Trump-Putin. Z drugiej strony są sygnały o możliwych eskalacjach. O nowym rosyjskim marszu na Kijów. Jak ma to wszystko czytać biznes?
Chciałbym znać na ten temat odpowiedź. Wygląda jednak na to, że nie jest tak źle jak można by przeczytać w prasie. Z drugiej strony Rosja sama siebie zagania w kozi róg. I staje się coraz bardziej agresywna. Jak nie może zająć Donbasu, to staje się bardziej brutalna i bombarduje miasta, zabijając cywilów. Zahamowaliśmy Rosję na lądzie. Teraz musimy ją zatrzymać w powietrzu. Jeśli tak się stanie, zostanie im tylko dezinformacja i sabotaż. Zbliżają się wybory w USA. Będą też jesienią wybory do Dumy w Rosji. Po nich będzie lepiej widać w jakim kierunku idzie wojna.
Czy w takich warunkach realne jest spekulowanie również o wyborach na Ukrainie? O czym plotkuje polityczny Kijów?
Nie wierzę, by do zakończenia stanu wojennego było to realne. Najpierw bezpieczeństwo, później wybory.
Dmytro Natalucha, ukraiński polityk, prawnik oraz urzędnik państwowy. Od stycznia 2026 r. pełni funkcję szefa Państwowego Funduszu Majątku Ukrainy (SPFU), który jest odpowiednikiem polskiego ministerstwa aktywów państwowych. Deputowany do Rady Najwyższej Ukrainy (IX kadencji) z ramienia partii Sługa Narodu (2019-2026) oraz Przewodniczący parlamentarnego Komitetu ds. Rozwoju Ekonomicznego.