Atak na Iran pogrąża kryptowaluty. Bitcoin mocno w dół
Sobotni poranek przyniósł eskalację na Bliskim Wschodzie. Izrael potwierdził rozpoczęcie "prewencyjnego ataku" na Iran, celując w infrastrukturę rządową w Teheranie. Ponieważ tradycyjne giełdy pozostają zamknięte, nerwowość inwestorów widać obecnie jedynie na rynku kryptowalut. Bitcoin traci ponad 2,5 proc., a analitycy ostrzegają przed wstrząsem na rynku ropy po weekendzie.
W momencie, gdy światowe parkiety giełdowe i rynki towarowe są zamknięte na weekendową przerwę, jedynym aktywnym barometrem nastrojów inwestorskich pozostają kryptowaluty. Reakcja cyfrowych aktywów na doniesienia z Teheranu jest jednoznaczna i wskazuje na ucieczkę kapitału od ryzyka.
W sobotę rano kurs Bitcoina spadł w okolice 63 949 dolarów, co oznacza zniżkę o 2,62 proc. w ujęciu dobowym. Przecena dotknęła również inne cyfrowe waluty, w tym Ethereum. Inwestorzy z niepokojem patrzą na to, co wydarzy się w niedzielę późnym wieczorem czasu polskiego, gdy ruszą notowania kontraktów terminowych na ropę i złoto. Warto zauważyć, że jeszcze przed weekendowym zamknięciem rynki tradycyjne zdawały się antycypować wzrost napięcia. Piątkowa sesja zakończyła się wyraźnymi wzrostami na metalach szlachetnych – srebro zyskało ponad 6 proc., a złoto podrożało o 1,52 proc., pełniąc rolę tzw. bezpiecznej przystani.
Sytuacja na rynku ropy naftowej była nerwowa już w ostatnich miesiącach. W styczniu notowania gwałtownie zareagowały na zapowiedź Donalda Trumpa o wysłaniu "armady" w kierunku Iranu, co pokazało, jak wrażliwy jest rynek surowcowy na napięcia w tym regionie świata.
Wielki powrót polskiej marki. Prezes ujawnia, co go uratowało
Atak dekapitacyjny i rola USA
Sytuacja geopolityczna uległa gwałtownemu zaostrzeniu w sobotę rano, gdy minister obrony Izraela Israel Kac ogłosił rozpoczęcie operacji militarnej przeciwko Islamskiej Republice. Według doniesień agencji Reuters oraz Financial Times, eksplozje wstrząsnęły Teheranem, a nad miastem, w tym w rejonie siedziby prezydenta, unosi się dym. Izraelskie lotnictwo uderzyło także w cele w miastach Kom, Isfahan oraz Chorramabad.
Ekspert ds. Bliskiego Wschodu Tomasz Rydelek, prowadzący serwis Puls Lewantu, w swojej sobotniej analizie zwraca uwagę na specyficzny charakter tego uderzenia. Jego zdaniem z wstępnych informacji wynika, że celem ataku są siedziby najważniejszych służb i urzędów, co izraelskie media określają mianem "ataku dekapitacyjnego". Celem operacji ma być eliminacja kluczowych osób w państwie, choć jak donosi Reuters, najwyższy przywódca ajatollah Ali Chamenei został ewakuowany i nie przebywa obecnie w stolicy.
Rydelek zauważa również istotny aspekt psychologiczny operacji. Izraelskie służby kolportują w sieci wezwania do Irańczyków, sugerujące podburzanie ludności cywilnej do buntu przeciwko reżimowi, co przypomina taktykę z wojny 12-dniowej. Ekspert podkreśla, że według doniesień medialnych uderzenia mają potrwać co najmniej kilka dni, a spekulacje mówią nawet o próbie wymuszenia zmiany władzy. Co istotne, Rydelek wskazuje na możliwe zaangażowanie sojuszników Izraela. Powołując się na anonimowych urzędników Białego Domu, zauważa, że w ataku mogą brać udział Amerykanie, operujący z dwóch lotniskowców i baz w regionie.
Widmo paliwa po 10 złotych
Eskalacja konfliktu na linii Izrael-Iran rodzi natychmiastowe pytania o konsekwencje dla światowej gospodarki, a w szczególności dla rynku energetycznego. Jeszcze przed sobotnim atakiem, w opinii opublikowanej na łamach money.pl, scenariusze te analizował Dawid Czopek, zarządzający Polaris FIZ i ekspert ds. rynków finansowych.
Czopek zwracał uwagę, że choć sam Iran odpowiada za niecałe 4 proc. światowej produkcji ropy (około 4 mln baryłek dziennie), to kluczowym zagrożeniem nie jest wyłączenie irańskiego wydobycia, lecz destabilizacja całego regionu. Największe ryzyko wiąże się z ewentualną blokadą cieśniny Ormuz, przez którą przepływa jedna trzecia światowej produkcji ropy naftowej. Ekspert wyjaśniał, że infrastruktura rurociągowa pozwalająca ominąć ten newralgiczny punkt jest niewystarczająca i może obsłużyć zaledwie 25-30 proc. wolumenu transportowanego drogą morską.
Zagrożenie dla dostaw gazu do Europy
Zagrożenie dotyczy nie tylko ropy, ale również gazu ziemnego. Jak zauważał w swojej analizie Dawid Czopek, jednym z głównych eksporterów LNG jest Katar, a transport surowca z tego kraju również odbywa się przez cieśninę Ormuz. W sytuacji, gdy europejskie magazyny gazu są opróżnione po sezonie zimowym, zablokowanie dostaw mogłoby doprowadzić do skokowego wzrostu cen energii na Starym Kontynencie.
W najczarniejszym scenariuszu, zakładającym blokadę cieśniny, historyczne analizy wskazują na możliwość wzrostu cen ropy nawet do 150 dolarów za baryłkę. Ekspert wyliczał, że przy niezmiennych kursach walut i podatkach, mogłoby to oznaczać cenę paliwa na polskich stacjach w okolicach 10 złotych za litr. Czopek zastrzegał jednak, że jest to scenariusz skrajny. Państwa zachodnie, w tym Polska, posiadają strategiczne rezerwy surowca na co najmniej 90 dni, co w połączeniu z działaniami dyplomatycznymi mogłoby zamortyzować pierwszy szok podażowy.
Rynek ropy naftowej w ostatnich miesiącach był szczególnie wrażliwy na sygnały płynące z regionu Zatoki Perskiej. Już w grudniu analitycy zwracali uwagę na rosnące napięcie związane z potencjalnym zajęciem przez Iran strategicznych punktów w regionie, co wpływało na notowania surowca. Dodatkowo, jak pokazał przykład Wenezueli i ogłoszonej przez Trumpa "całkowitej blokady" w grudniu, nawet zapowiedzi działań wobec krajów posiadających znaczące rezerwy ropy potrafią windować ceny na światowych rynkach. Iran, podobnie jak Wenezuela, dysponuje ogromnymi złożami surowca, co czyni każdy konflikt z jego udziałem potencjalnym zagrożeniem dla globalnej stabilności energetycznej.
Światowe rynki z niepokojem czekają teraz na otwarcie notowań w Azji oraz poniedziałkowy start sesji w Europie i USA. To wtedy okaże się, czy spadki na Bitcoinie były tylko chwilową korektą, czy zapowiedzią głębszego wstrząsu na rynkach finansowych.