Rząd finalizuje prace nad projektem budżetu na przyszły rok, który będzie rokiem wyborczym, jednak nie oznacza to rozpasania w projekcie. Przeciwnie, wysoki deficyt w okolicach 7 proc., który utrzymuje się już kolejny rok, skłania do trzymania wydatków w ryzach. Dlatego gdy resort finansów rozesłał noty budżetowe, to proponowany wzrost wydatków oscylował najczęściej w okolicach inflacji.
Andrzeja Domańskiego na ostatniej Radzie Ministrów wsparł premier, który - jak wynika z informacji money.pl – zaapelował do członków rządu o oszczędne projektowanie wydatków w resortach.
Premier mówił, że mamy wysoki deficyt i rosnące zadłużenie, zwiększamy wydatki na obronność i musimy podchodzić racjonalnie do budżetu. Apelował, by nie ulegać podszeptom urzędników, którzy chcą koniecznie coś wpisać
– To nie było podane w dramatyczny czy karcący sposób, tylko było rodzajem apelu, żeby zdawać sobie sprawę z przestrzeni, jaką mamy. Tusk przestrzegał, by tysiąc razy się zastanowić, zanim coś wrzucimy do planu budżetowego – mówi nasz rozmówca.
WIDEO"W 2046 roku dalej będą numerem jeden". Ekonomista nie ma złudzeń
Decydujące rozmowy i łamigłówka Domańskiego
Premier wsparł szefa resortu finansów przed decydującymi rozmowami z ministrami, które mają się odbyć w dwóch najbliższych tygodniach. Zapewne w towarzystwie Hanny Majszczyk, wiceminister finansów odpowiedzialnej za budżet, Andrzej Domański będzie uzgadniał ostateczną wersję projektu. Rząd musi go przyjąć na przełomie sierpnia i września, by rozesłać go do konsultacji społecznych.
Jeden z naszych rozmówców zwraca uwagę, że w budżecie zaszytych jest sporo dylematów.
– Mamy dużo wydatków, które rosną niezależnie od naszej woli. Nakłady na zdrowie rosną o dobre kilkanaście miliardów złotych tylko z mocy ustawy. Nakłady na MON rosną o 8-9 mld zł, tak samo jak rosną koszty obsługi długu – wylicza.
Jeśli chodzi o zdrowie, to zgodnie z opublikowaną ostatnio zmianą planu finansowego NFZ, koszty funduszu w tym roku wyniosą 225 mld zł, podczas gdy w przyszłym roku będzie to 237 mld zł.
Zmiany wynikają m.in. z tego, że 2027 r. jest finalnym rokiem, w którym zgodnie z ustawą nakładową rząd ma dobić do celu, jakim jest wydawanie 7 proc. PKB na zdrowie. Choć warto zaznaczyć, że chodzi o PKB dwa lata wstecz wobec roku budżetowego, gdyż tak została skonstruowana ustawa. Ale to i tak powoduje, że w przyszłym roku całkowite wydatki będą musiały wynieść minimum 273,89 mld zł, z czego na samo zdrowie (koszty świadczeń, funkcjonowanie szpitali, wynagrodzenia medyków) to ok. 237 mld zł, czyli 9 mld więcej niż zakładano pierwotnie.
A jak pokazują ostatnie lata, i tak w trakcie roku konieczne jest dorzucanie dodatkowych pieniędzy. I tak np. w tym roku dotacja do NFZ miała wynieść 26 mld zł, a już została podniesiona do 33,6 mld zł i zapewne nie jest to ostatnie słowo.
Podobna sytuacja jest w MON, bo to ma być kolejny rok, gdzie łączne wydatki na armię mają się zbliżać do 5 proc. PKB, z czego w samym budżecie ma to być co najmniej 3 proc.
Do tego dochodzą koszty obsługi długu, które w 2025 r. wyniosły około 2,5 proc. PKB, a zgodnie ze strategią zarządzania długiem w przyszłym roku mają wynieść 2,8 proc. PKB.
Same procenty nie wyglądają groźnie, ale warto pamiętać, że 1 proc. PKB to w przyszłym roku około 44 mld zł, czyli koszty obsługi długu – około 120 mld zł – prawie dwukrotnie przewyższają np. wydatki na program 800 plus. A nie będą malały, a wręcz przeciwnie, będą rosły. Po pierwsze, z powodu wysokiego deficytu dług będzie rósł, także w relacji do PKB, a po drugie, resort finansów musi teraz wymieniać dług zaciągany po COVID-zie, przy znacznie niższych stopach procentowych, na obecne oprocentowanie.
Ile będzie na wyborcze cukierki?
Kolejnym elementem w tej całej łamigłówce są wybory i to, co będzie wyborczym gestem w przyszłym roku. Dlatego im bardziej będą oszczędne resorty, tym więcej miejsca zostanie na jakieś ewentualne pomysły. A te klarują się razem z projektem budżetu.
Tego dotyczyło ostatnie spotkanie liderów koalicji z KO, Lewicy i PSL. I jak wynika z informacji money.pl, coraz wyraźniej widać, że najbardziej prawdopodobny wariant to podwyżka progu podatkowego.
To z jednej strony mniej kosztowne od proporcjonalnej podwyżki kwoty wolnej, z drugiej strony pozwoli odciążyć tych, którym grozi wejście w drugi próg podatkowy i zwiększenie stawki podatku z 12 do 32 proc., choć Lewica optuje za wprowadzeniem kilku nowych stawek podatkowych wraz z progami. W praktyce, jak słyszymy, chodzi o wprowadzenie stawek PIT pomiędzy dzisiejszymi 12 proc. a 32 proc. oraz być może stawkę powyżej 32 proc. Ta ostatnia miałaby rekompensować koszty rozwiązania.
Rozmowy trwają, a ich ostateczny kształt może właśnie zależeć od tego, jak zostanie ułożony budżet.