Konsekwencje ataku USA na Wenezuelę. Powrót inflacyjnego ryzyka [OPINIA]
Amerykańskie bombardowania Caracas i schwytanie Nicolása Maduro oznacza wejście USA w nową fazę kontroli Ameryki Południowej, w której uznaje ten region za swoją strefę wpływów wolną od działania Rosji, Chin i Iranu - pisze w opinii dla money.pl Piotr Arak, główny ekonomista VeloBanku.
Nawet jeśli obecna interwencja ma charakter ograniczony to logika konfliktów zbrojnych rzadko podporządkowuje się pierwotnym założeniom politycznym. Amerykanie wielokrotnie sparzyli się na tym w Iraku, Afganistanie, ale też próbując zmienić władzę choćby na Kubie w latach 60. XX wieku.
Rynki doskonale to rozumieją. Atak rozpoczął się z nocy z piątku na sobotę z 2 na 3 stycznia i na razie reakcji trudno szukać na wykresach, ale można się jej spodziewać w poniedziałek kiedy ruszy handel aktywami.
Konsekwencje rynkowe
Bezpośrednią reakcją na eskalację w Caracas będzie wzrost cen surowców, napędzany przez niepewność geopolityczną i obawy o podaż. Cena baryłki Brent wynosi obecnie około 60-61 USD, natomiast amerykańska WTI osiągnęła 58 USD. Można spodziewać się doliczenia "premii za ryzyko", obawiając się całkowitego paraliżu eksportu z posiadającej największe rezerwy na świecie Wenezueli oraz potencjalnej blokady morskiej na Karaibach, co może doprowadzić do jeszcze silniejszego wystrzału cen po poniedziałkowym otwarciu giełd.
Nie gryzie się w język. "Na budowie najważniejsza jest modlitwa"
Równolegle kapitał masowo uciekał w stronę "bezpiecznych przystani", co wywindowało ceny złota do rekordowych poziomów 4400 – 4500 USD za uncję. Przy założeniu dalszej eskalacji konfliktu wartość kruszcu może przebić barierę 4 900 USD jeszcze w 2026 roku.
Wszystko jednak zależy od tego, jak daleko zdecyduje się pójść administracja Trumpa. Z czysto ilościowego punktu widzenia Wenezuela nie jest dziś filarem światowego rynku ropy. Jej eksport oscyluje wokół 800 tys. baryłek dziennie, co stanowi mniej niż 1 proc. globalnej konsumpcji.
Stany Zjednoczone, dzięki rekordowej produkcji krajowej oraz zapasom w strategicznej rezerwie, są relatywnie dobrze zabezpieczone przed krótkoterminowym szokiem podażowym. To jednak tylko część obrazu. Znacznie ważniejsza jest struktura tej podaży oraz jej znaczenie dla konkretnych segmentów rynku paliwowego.
Wenezuela nie jest tak ważna jak region
Wenezuelska ropa ciężka i wysokosiarkowa ma kluczowe znaczenie dla produkcji diesla, paliwa będącego krwiobiegiem nowoczesnej gospodarki. Transport, rolnictwo, przemysł i logistyka pozostają od niego uzależnione w stopniu, którego nie zdołała jeszcze zmienić ani transformacja energetyczna, ani elektromobilność. Tymczasem rynek średnich destylatów już przed interwencją był napięty, co potwierdzały kolejne ostrzeżenia Międzynarodowej Agencji Energetycznej.
Utrata nawet części wenezuelskiej podaży oznacza więc presję cenową, która szybko może przełożyć się na inflację – i to w momencie, gdy banki centralne z trudem odzyskały kontrolę nad dynamiką cen.
Jeszcze poważniejsze są jednak ryzyka pośrednie, które nie wynikają z samej Wenezueli, lecz z jej otoczenia geopolitycznego.
Jeśli reżim (choć już bez Nicolása Maduro, który został schwytany przez Amerykanów) uzna, że stawką konfliktu jest jego przetrwanie, racjonalną strategią może okazać się eskalacja asymetryczna. Nie musi ona przyjmować formy otwartej konfrontacji z USA. Znacznie tańsze i skuteczniejsze byłoby destabilizowanie infrastruktury energetycznej w regionie – przez działania pośrednie, cyberataki lub wykorzystanie aktorów niepaństwowych.
Szczególnie wrażliwa jest Kolumbia, której rurociągi od dekad pozostają celem ataków. Każde zakłócenie kolumbijskiego eksportu ropy ciężkiej i średniej – w dużej części trafiającej do amerykańskich rafinerii – spotęgowałoby skutki wenezuelskiego szoku, uderzając bezpośrednio w ceny paliw w USA. W Trinidadzie i Tobago nieopodal Wenezueli produkowany jest amoniak kluczowy dla nawozów.
Co dalej z Wenezuelą?
Scenariusz zmiany władzy w Caracas zależy od tego, jak szybko uda się przejąć kontrolę nad państwem przez opozycję. Odbudowa sektora naftowego wymagałaby masowych inwestycji, powrotu kapitału i kadr oraz restrukturyzacji. Doświadczenia Iraku czy Libii pokazują, że połączenie wojny i chaotycznej transformacji politycznej potrafi trwale obniżyć potencjał produkcyjny państwa surowcowego.
Dlatego kluczowe pytanie nie brzmi dziś, czy rynki "przetrwają" interwencję. Prawdziwe ryzyko dotyczy tego, czy światowa gospodarka jest gotowa na kolejny, geopolitycznie generowany impuls inflacyjny – w momencie, gdy margines błędu polityki gospodarczej jest wyjątkowo wąski. W tym sensie pozbycie się Maduro może mieć znacznie większy wpływ na ceny paliw, żywności i oczekiwania inflacyjne niż sugerowałaby skala samej dotychczasowej operacji wojskowej.
Do tego dochodzą pytania o reakcję Chin oraz o to, czy OPEC+ utrzyma dotychczasowy poziom podaży. Jeszcze kilka tygodni temu konsensus rynkowy zakładał scenariusz nadpodaży, a część prognoz dopuszczała spadek cen ropy nawet w okolice 40 USD za baryłkę. W tym sensie moment interwencji nie jest przypadkowy – niskie ceny surowców dawały USA polityczny bufor bezpieczeństwa.
Piotr Arak, główny ekonomista VeloBanku, senior fellow Atlantic Council