Tekst powstał w ramach projektu WP Opinie. Przedstawiamy w nim zróżnicowane spojrzenia komentatorów i liderów opinii publicznej na kluczowe sprawy społeczne i polityczne.
- Żeby Europa Środkowo-Wschodnia była bezpieczna i wolna, Ukraina musi zwyciężyć. W związku z tym jedną z pierwszych, istotniejszych decyzji rządu będzie decyzja o deportacji mężczyzn, Ukraińców w wieku poborowym, którzy nie pracują legalnie w Polsce. Będą mieli okazję walczyć o swoją ojczyznę, żeby horror tej wojny się szybko zakończył - mówił Tobiasz Bocheński z Prawa i Sprawiedliwości podczas czwartkowej konwencji partii. Tym samym potwierdził wcześniejsze doniesienia prasowe, które mówiły o tym, że PiS będzie szło do wyborów z postulatem "reemigracji" Ukraińców.
Kłamliwa narracja
Propozycja ma się ograniczyć do mężczyzn, ale ma również odnosić się do tych, którzy są zatrudnieni w szarej strefie. Powiedzmy to sobie wprost – jest to inicjatywa zagospodarowująca kłamliwe narracje, odpowiadająca na nieistniejące problemy, licytacja na antyukraińskie hasła, której koszt ekonomiczny byłby większy niż ewentualne zyski.
Zacznijmy od faktów. Według danych z raportu BGK "Wpływ napływu migrantów z Ukrainy na polską gospodarkę Podsumowanie stanu wiedzy" aktywność ekonomiczna Ukraińców (czyli odsetek osób, które pracują bądź poszukują pracy) jest wyższa niż aktywność Polaków. Aktywność zawodowa migrantów przedwojennych wynosi 96-99 proc. Wśród uchodźców jest to 70-80 proc. Dla wszystkich Polaków wartość ta wynosi 60 proc. Skąd bierze się tak duża różnica na korzyść gości ze wschodu?
WIDEOPiS o deportacji niepracujących Ukraińców. Ministra reaguje
W największym stopniu jest to wynik innego profilu demograficznego Ukraińców oraz celu samej migracji. Otóż największa część dezaktywizowanej grupy Polaków to osoby na emeryturze. Część to osoby studiujące, a część to po prostu ludzie chorzy (oraz niewielka grupa osób zniechęconych długotrwałym poszukiwaniem pracy).
Trudno o niższe bezrobocie wśród Ukraińców w Polsce
Ukraińcy są relatywnie młodzi i zdrowi. W przypadku migracji przedwojennej niemal wszyscy nasi sąsiedzi przyjechali do nas po prostu pracować. Migranci (a raczej migrantki) powojenni z kolei szybko "wblendowują się" w polski rynek pracy.
Stopa bezrobocia wśród Ukraińców wynosi - w zależności od źródła - od 1,5 do 5 proc. Trudno w zasadzie o niższe bezrobocie. W gospodarce rynkowej bowiem, nawet przy najlepiej naoliwionej gospodarce, zawsze jest jakaś grupa osób, które poszukują pracy. Niektóre miejsca pracy po prostu znikają, czasem ktoś zostaje zwolniony z innych powodów, a czasem sam odchodzi z pracy w celu poszukania lepszego zajęcia. Propozycja PiS jest podobna do PRL-owskiego nakazu pracy. Tylko realizowanego innymi środkami i ograniczonego do jednej grupy etnicznej.
Według danych resortu pracy z lipca zeszłego roku w urzędach było zarejestrowanych 11 tys. Ukraińców (na 800 tys. osób w sumie). Trudno oczekiwać, żeby do dzisiaj wiele się w tej kwestii zmieniło. Nie mamy jednak informacji odnoszących się do podziału na płeć. Zakładając jednak, że połowa zarejestrowanych to kobiety, a polityka miałaby się odnosić tylko do mężczyzn, to oznacza, że potencjalnie mówimy o grupie 5-6 tys. osób.
Zastanówmy się przez chwilę, ile Polska wydaje na bezrobotnych Ukraińców (tu konieczne jest zastrzeżenie, że Ukraińcy dokładają się do Funduszu Pracy, z którego są wypłacane zasiłki). Zanim przejdziemy dalej, powiedzmy, że z uwagi na absurdalnie restrykcyjne kryteria świadczenia dla bezrobotnych otrzymuje 13 proc. osób zarejestrowanych w urzędach. Ci, którzy mieli szczęście załapać się na zasiłek, otrzymują go do pół roku (są wyjątki, ale pomińmy to dla jasności analizy).
W podstawowym wariancie sumaryczny koszt takiego świadczenia to około 9500 zł brutto (za wspomniane półrocze). Jeśli więc w urzędach pracy jest zarejestrowanych 6 tys. mężczyzn zza wschodniej granicy i 13 proc. z nich dostaje świadczenie, to przy założeniu, że każdy z nich na zasiłku spędzi te 6 miesięcy, daje nam 7,4 mln zł rocznie. I jest to górne oszacowanie. O ile z perspektywy indywidualnego człowieka może się wydawać dużo, to z punktu widzenia wydatków publicznych to absolutnie niewidoczny grosz. Dla porównania – koszt fikcyjnego samozatrudnienia resort pracy szacuje na 2 mld zł rocznie. Czyli co najmniej 270 razy więcej.
Koszt nieporównywalny
Jest w zasadzie pewne, że stworzenie procedury odsyłania migrantów będzie kosztowało znacznie więcej. Taki ruch nie ma więc ekonomicznego uzasadnienia. Ba, z tego, co zostało powiedziane, taki ruch nie ma żadnego uzasadnienia.
Jakie byłyby jedyne dwa efekty, o ile polityka naprawdę zostałaby prowadzona? Po pierwsze, ci Ukraińcy, którzy pracują w niegodnych warunkach, byliby z tymi miejscami pracy silniej związani. To dałoby więcej władzy januszexom, ponieważ w powietrzu wisiałaby groźba "albo weźmiesz dodatkowe darmowe godziny, albo deportacja". I drugi efekt – narastająca wzajemna nieufność i niechęć między Polakami a Ukraińcami w świecie z kryzysem demograficznym, w którym migrantów po prostu będziemy potrzebować.
To jeszcze jedna kwestia – odsyłanie osób pracujących na czarno. Jasne jest, że państwo powinno walczyć z tym przejawem szarej strefy. Tylko że pomysł na jej domykanie przez deportację osób pracujących jest sprawą postawioną na głowie, by nie powiedzieć szaleństwem. Państwo powinno namierzać i karać pracodawców, którzy wykorzystują kiepskie położenie osób na rynku pracy w celu zwiększenia swojego zysku. A nie karać tych, którzy i tak mają kiepsko.
Raz jeszcze to podkreślmy - propozycja nie klei się w zasadzie na żadnej płaszczyźnie. Jest to jedynie zagospodarowanie pewnej emocji, która istnieje wśród części elektoratu. Emocji częściowo wygenerowanej przez rosyjskie boty, częściowo przez dezinformację płynącą z prawej strony politycznej oraz od komentatorów internetowych, którzy po prostu nie wiedzą, o czym mówią (lub kłamią).
Prawo i Sprawiedliwość stara się wykorzystać sentyment (który najprawdopodobniej wyszedł im z badań elektoratu) mówiący o tym, że mamy do czynienia z problemem społecznym "roszczeniowych Ukraińców siedzących na zasiłkach". To tylko fantazja, takiego zjawiska nie ma. A jeśli istnieje, to jest absolutnie pomijalne.
I nie chodzi oczywiście o żadne umożliwienie "umożliwienia Ukraińcom w wieku poborowym walki za swoją ojczyznę, żeby horror tej wojny się skończył", jak twierdzi Bocheński. W samej Ukrainie kwestia mobilizacji jest tematem niezwykle delikatnym i kontrowersyjnym. Mamy tu więc cyniczne wykorzystywanie prawdziwego dramatu do swojej politycznej agendy. Wiadomym jest, że cynizm jest wpisany w zawód polityka. Są jednak pewne granice dobrego smaku, po przekroczeniu których można uznać, że choroba "plastelinozy kręgosłupa moralnego" poszła za daleko.